Problem ISAF

Autor:
Rafał Sawicki

Piotr Kula żegna się symbolicznie z klasą Finn. Nie dlatego, że kończy swoją żeglarską karierę, ale dlatego, iż uważa, że jedna z najstarszych olimpijskich klas nie przejdzie kolejnej selekcji i nie zobaczymy jej na japońskich wodach w roku 2020. Trudno się z nim nie zgodzić. Żeglarstwo olimpijskie na pewno czekają spore zmiany.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że niewiele się zmieni. Międzynarodowa Federacja Żeglarska tuż po Igrzyskach w Londynie zatwierdziła konkurencje i część klas do udziału w regatach Tokio 2020. Niewiele miało się zmienić, podobnie jak w Rio – 10 takich samych konkurencji, może drobne rotacje w doborze klas/sprzętu. Jednak wiele zmieniło się tuż po igrzyskach w Rio. Mimo, że wyboru konkurencji dokonuje World Sailing (poprzednio ISAF), to został on postawiony pod ścianą przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, który idzie w kierunku bardziej spektakularnych widowisk. IOC podjął decyzję, iż liczba sportowców w Tokio pozostanie taka sama jak w Rio – 10,5 tysiąca osób, ale dołącza do grona rodziny olimpijskiej pięć nowych dyscyplin na czele ze skateboardingiem czy surfingiem. Oznacza to, że kilka dotychczasowych dyscyplin będzie musiało zweryfikować swoje plany, a wśród nich znalazło się żeglarstwo. 

Decyzje mają zapadać na początku przyszłego roku, co oznacza, że zawodnicy obecnych klas olimpijskich pozostają w zawieszeniu. Niezagrożone wydaje się być sześć konkurencji – najbardziej powszechne na świecie (angażujące największą liczbę państw) Laser, Laser Radial oraz RS:X kobiet i mężczyzn, a także 49er i FX ze względu na widowiskowość . Ale i to nie jest pewne. Dlaczego Finn jest pierwszy do odstrzału? Jest to jedyna klasa bez swojego kobiecego odpowiednika, a IOC poza zwiększeniem widowiskowości domaga się zrównania liczby kobiet i mężczyzn, a pod tym względem żeglarstwo wygląda bardzo słabo. Kolejnym problemem jest brak różnorodności wewnątrz dyscypliny. Dla tych, którzy interesują się naszym sportem różnica pomiędzy 49er a Finnem jest ogromna, dla pozostałych 95% populacji, różnicy nie ma żadnej…. Wyścigi we wszystkich klasach wyglądają podobnie, zasady są mało zrozumiałe, a rywalizacja szybko się nudzi. 

Co więc zrobić, aby żeglarstwo przetrwało, a jednocześnie zachowało swoją specyfikę?

Myślę, że nie obejdzie się bez wprowadzenia naszej dyscypliny „na stadiony”. Nie oznacza to jednak, że na igrzyskach mamy oglądać takie zawody jakie odbyły się kilka lat temu na Stadionie Narodowym w Warszawie. Wystarczy, że zmienimy format rozgrywek, zmniejszymy przestrzeń, na której odbywają się regaty, wprowadzimy wyścigi eliminacyjne, rundy play off oraz finały z mniejszą liczbą zawodników. Przykładów nie trzeba szukać daleko – America’s Cup, World Match Racing Tour, Sailing Champions League to obecnie najpopularniejsze widowiska żeglarskie przyciągające masę widzów, nawet tych, którzy o żeglarstwie zbyt wiele nie wiedzą. Co do sprzętu to raczej jestem tradycjonalistą. Rozumiem potrzebę widowiska, latania na foilach, ogromnych prędkości i adrenaliny jaka się z tym wiąże, ale uważam, że na wszystko jest miejsce. Żeglarstwo i tak potrzebuje różnorodności, więc dlaczego nie możemy oglądać na igrzyskach jednocześnie Flying Phantoma, gdzie sprzęt i technika odgrywają kluczową rolę oraz klasycznej J/70, gdzie dominuje taktyka. Jednak wszystko musi być zamknięte na małym akwenie, blisko publiczności i trwać nie więcej niż 20 min (w takim czasie zagrań taktycznych może być cała masa). W swojej przygodzie z żeglarstwem najwięcej czasu spędziłem na klasie 470 oraz na trasach meczowych. Uważam, że połączenie jednego i drugiego może być najlepszym rozwiązaniem.

Decyzje będą jednak podejmowali panowie w smutnych garniturach, którzy nie zawsze idą w kierunku tego co najlepsze dla dyscypliny, ale dla nich samych i grup interesów, które reprezentują – ot polityka…. Oby nie zrobili krzywdy nam wszystkim uznając, że żeglarstwo jest tak mocne, że nie trzeba się zbytnio wysilać. 

Pisząc te słowa oglądam jednocześnie start do regat Vendee Globe. Podobno są pomysły, aby do programu igrzysk wprowadzić żeglarstwo morskie, najlepiej samotników. Narażę się całemu środowisku morskiemu, ale musze to napisać – nuda. Poza pięknymi jachtami i odważnymi żeglarzami nie było czego oglądać, nic się nie działo. Taki format tylko pogorszy sytuację żeglarstwa w kontekście olimpijskim, ale to subiektywne zdanie przybrzeżnego ścigacza „małołódkowego”.

 

Rafał Sawicki