Analogia do Londynu

Autor:
Przemysław Miarczyński

W 2005 roku RS:X stał się windsurfingową klasą olimpijską, a w 2006 roku odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w tej klasie. Na RSX-ach ścigaliśmy się po raz pierwszy podczas Igrzysk w Chinach 2008. Cztery lata później w Londynie, podobnie jak Zosi Klepackiej, udało mi się wywalczyć brązowy medal. Teraz, w Rio, blisko podium był Piotr Myszka. Mamy też znakomitych młodzieżowców i juniorów. W windsurfingu olimpijskim tyłów nie gonimy. 

Jednak na nasze nieszczęście, po igrzyskach w Rio zapowiedziano możliwe zmiany na kolejnych igrzyskach olimpijskich, tym razem w Tokio. Dlaczego i tym razem? Bo podobna sytuacja miała miejsce przed igrzyskami w Londynie. Wówczas ISAF miała podjąć decyzję, czy sportem olimpijskim nadal pozostaje windsurfing w wersji RS:X, czy zastąpi go kitesurfing, bądź też wprowadzone zostaną obydwie konkurencje. Na początku olimpijscy oficjele uznali, że zamiast klasy RS:X na olimpiadzie do Rio pojawi się kitesurfing. Kociołek lobbingu i sporów bulgotał. Po czym pół roku później decyzję tą odwołano - klasa RS:X pozostała w programie igrzysk.

Teraz sytuacja wyglądała podobnie. Federacja żeglarska ISAF zastanawiała się czy nie  wprowadzić zmian w systemie żeglarskich klas olimpijskich. Kolejny raz podczas 4-letniego okresu olimpijskiego były wątpliwości czy RS:X się pojawi. Znowu wszyscy zawodnicy stali pod znakiem zapytania. Jednak od paru dni wszystko jest jasne. 10 listopada zapadła decyzja, że RS:X będzie dyscypliną olimpijską w Tokio. Trzeba jednak zaznaczyć, że tym razem wszyscy dużo chłodniej podeszli do tych spekulacji. Nie było takiego szumu jak kilka lat temu. Wszyscy spokojnie czekali na decyzję, choć ta, jak widać po wydarzeniach minionych lat, jeszcze nie musi być w 100% pewna.

Czym są spowodowane te wszystkie olimpijskie roszady? Ot co – żeglarstwo jest zbyt mało widowiskowe dla przeciętnego widza, nie spełnia oczekiwań mediów. Gdy ogląda się relację z igrzysk to dla człowieka, który nie interesuje się żeglarstwem godzinne wyścigi mogą wydawać się nudne. A jak już w grę wchodzą halsówki, to wszystko staje się totalnie niezrozumiałe. Przyznam, że nawet mnie czasami trochę to nudzi…  Moim zdaniem – zmiana formy regat powinna rozwiązać sprawę. Najprościej byłoby skrócić wyścigi do 15-20 min, wyeliminować skomplikowane halsówki, wprowadzić prostą trasę. Tylko gdzie wtedy w tym wszystkim żeglarstwo i często najciekawsze rozgrywki taktyczne?

Jest jeszcze jedna sprawa - foile zamiast RS:X – spekulacje te były już przed igrzyskami w Rio. Deska olimpijska w przyszłości znajdzie się na widowiskowym hydroskrzydle – to pewne. Jednak chyba jeszcze nie w Tokio. 

Przemysław  Miarczyński