Imoca Koniec kryzysu i francuski marketing

Autor:
Milka Jung

Do startu najbliższej edycji Vendée Globe zostało 18 miesięcy (start 6/11/2016). Policzyłam nieoficjalne zgłoszenia i deklaracje uczestnictwa na stronie organizatorów i innych stronach, które śledzę: 32 zawodników. Pewnie przybędzie jeszcze kilku. Jak na najdroższą (poza Pucharem Ameryki) klasę żeglarską to naprawdę dużo. Koniec kryzysu? Na to wygląda – dla W Ślizgu! o sytuacji w klasie Imoca - pisze Milka Jung.

Najogólniej – rysuje się szansa zobaczenia około 30 jachtów z co najmniej 4 różnych generacji żeglujących jednocześnie – przynajmniej na linii startu. Raz już tak było – w edycji 2008/09 wystartowało 30 zawodników, ale ukończyło 11, co jest normą statystyczną tych regat. Wszystkie jednostki, które były na sprzedaż, zostały sprzedane. Starsze i nowsze.

Zobaczymy więc zupełnie nowe nazwiska – oraz nowych sponsorów. O tym, że we Francji VG to religia, przypominać nie trzeba. Organizatorzy w zawiadomieniu o regatach podali maksymalną liczbę zawodników – 27. Kiedy w 2011 rozmawiałam z dyrektorem regat, Denisem Horeau, powiedział, że ok. 20 jachtów to maksymalna „rozsądna” liczba startujących – zarówno ze względów bezpieczeństwa, jak i mediów. Jak widać, zmienił zdanie.

Wiadomo, że od deklaracji startu do znalezienia się na nim droga jest bardzo długa. Dlatego, choć można by uznać, że wszystkie miejsca są już „zaklepane”, organizatorzy regat pomagają zarówno zawodnikom szukającym sponsora, jak i firmom, które chcą reklamować się w trakcie tego wyjątkowego wyścigu. A reklamować się warto, bo we Francji VG jest popularniejsze od Tour de France czy meczów na kortach Roland Garros. Oraz od piłki nożnej (tak, to możliwe!).

Tak powstał pomysł „speed dating”, czyli szybkiej randki, na której zainteresowani zawodnicy i prezesi dużych firm mogli, by spotkać się w jednym miejscu, przedstawić swoje projekty oraz oczekiwania, na wzór „randek w ciemno” dla szukających żon czy mężów.

Pierwsze spotkanie odbyło się 1 kwietnia, a pomysł wyszedł od Bruno Retailleau, prezesa stowarzyszenia SAEM Vendée, organizatora regat. Powód był prosty: „Ostatnie regaty VG były ogromnym sukcesem pod względem liczby zawodników i efektów medialnych, a kolejne zapowiadają się równie obiecująco”. Czyli, jeżeli coś działa dobrze, należy temu pomóc, żeby dalej działało tak samo albo jeszcze lepiej. Nie wystarczy odcinać kupony.

Każdy z zawodników miał 5 minut na prezentację. Prezesi byli na miejscu – bez konieczności „wydeptywania” sobie ścieżek do ich gabinetów. Dodatkowo obecni byli również przedstawiciele firm, które z VG już współpracują – mówili o swoich doświadczeniach i o efektach inwestowania w żeglarstwo z najwyższej półki. „Popularność naszej marki wzrosła dwukrotnie na przestrzeni dziesięciu lat. Za jedno euro wkładu otrzymaliśmy cztery euro zwrotu” – tak podsumowała współpracę z VG Patricia Brochard z zarządu Sodebo (firmy-partnera czterech ostatnich edycji). Trzeba przyznać, że argument przekonujący.

Vendée Globe to marka, to sport, popularność i pieniądze. Wszystko jednak związane z klasą jachtów IMOCA – Open 60. Klasą, która jest bardzo kosztowna, co mogło prowadzić do jej zaniku. Kryzys ekonomiczny „wykończył” trimarany ORMA. IMOCA przetrwała i ma się coraz lepiej. Moim zdaniem ożywienie klasy jest niewątpliwie związane z aktywnością stowarzyszenia OSM które przejęło część zadań promocyjno-marketingowych klasy oraz cyklem Ocean Masters, czyli powrotem do Mistrzostw Świata. Bez nowych pomysłów – oraz – nie oszukujmy się, pieniędzy – sytuacja na oceanach wyglądałaby zupełnie inaczej. Zatwierdzone przez klasę modyfikacje konstrukcyjne idą w kierunku częściowej monotypizacji i obniżenia kosztów (m.in. standardowe maszty i kile w nowo budowanych jednostkach). Z drugiej strony nowy wynalazek – hydroskrzydła, umożliwiające dużo lepsze osiągi – chyba wyrównują te „oszczędności”.

Nandor Fa podczas rozmowy przed startem regat Barcelona World Race powiedział mi wprost: „To nie są tańsze jachty”. Nie są. On wie najlepiej, ile wydał. Węgierski Spirit of Hungary jest pierwszym egzemplarzem najnowszej generacji IMOCA, zbudowanym wg nowych przepisów (ale bez hydroskrzydeł) i projektu samego Nandora. Jak widać w trakcie Barcelona World Race – nie ma szans na nawiązanie walki z dużo starszymi jachtami. To niewątpliwie wina projektu. Moim zdaniem budowanie jachtu tej klasy poza Francją nie ma sensu (wyjątkiem potwierdzającym regułę jest nowy Hugo Boss powstający w Hampshire w Wielkiej Brytanii). Potrzebni są specjaliści i technologia, a każdy, kto będzie na własnym podwórku próbował osiągnąć to samo, na co oni pracowali latami, zapłaci drożej i nie będzie pływał szybciej.

Standardyzacja ma jednak plusy – producent masztów będzie mógł mieć kilka „na składzie”, dzięki czemu operacja wymiany będzie prostsza i tańsza, a na pewno szybsza niż obecnie, kiedy każdy maszt jest inny, a po awarii robi się go na zamówienie, co trwa w najlepszym przypadku kilka tygodni. Plus olinowanie. Plus transport.

Co do możliwości hydroskrzydeł – oczekiwania są wielkie, ale czy znajdą potwierdzenie na regatowej trasie – zobaczymy. Dlatego najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem sezonu IMOCA są dla mnie w tym roku regaty Transat Jacques Vabre, gdzie pierwsze nowo budowane jachty zmierzą się ze sobą oraz ze starszymi modelami. A jeszcze ważniejszym testem będą regaty powrotne – Transat B2B (Back to Brittany, czyli Powrót do Bretanii). Ważniejszym, bo udział wezmą tylko jachty IMOCA (w TJV jest kilka klas), z jednoosobową obsadą, a ukończenie ich będzie dawało kwalifikację do VG tym, którzy jej potrzebują.

Oczywiście kwalifikację można odbyć na kilka sposobów, ale ten jest optymalny – najbezpieczniejszy i najtańszy. Najbezpieczniejszy, bo płynie się w grupie (co nie jest bez znaczenia – przy powrocie z ostatnich regat TJV Bernard Stamm stracił swój jacht i przeżył dzięki szybkiej i skutecznej akcji ratunkowej prowadzonej w ekstremalnych warunkach). Najtańszy, bo taniej jest żeglować – nawet tak drogim jachtem – niż wozić go na statku z Brazylii do Europy.

 

Klasa się rozwija i nie ma obaw o brak zawodników na starcie VG, co bardzo kontrastuje z Volvo Ocean Race, gdzie pomimo zmiany jachtów na mniejsze i ich całościowej standaryzacji mamy w obecnej edycji tylko 7 jednostek, czyli tyle, ile gromadzą „pomniejsze” imprezy IMOCA (Transat Jacques Vabre 2013 – 10 jachtów, NY-BCN 2014 – 5 jachtów, Route du Rhum 2014 – 9 jachtów). Trzeba jednak pamiętać, że to zupełnie różne regaty – chociaż wyniki medialne mogą być porównywalne. Pozostaje mieć nadzieję, że w 2016 roku w Les Sables d’Olonne zobaczymy też polską flagę. A może kiedyś również w VOR?

galeria