Regaty SYDNEY HOBART 20 LAT po katastrofie

Autor:
Klaudia Krause-Bacia

W latach 40. budziły w Australii podobne emocje, co lot na Księżyc w Stanach Zjednoczonych. Niektórzy porównują je do mitycznych syren – są nieprzewidywalne, wymagające, jednak niezwykle kuszące. Choć ich trasa liczy „tylko” 628 mil morskich, należą do najsłynniejszych, najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych regat na świecie. Legendarne Sydney - Hobart dokładnie 20 lat temu pokazały swoją najmroczniejszą stronę.

Obsada była naprawdę zacna: Larry Ellison zamierzał ponownie wystartować na jachcie „Sayonara” po kolejny rekord trasy, a Scott Jutson – sławny konstruktor zmodyfikował swoją zwycięską jednostkę z 1997 roku – „Brindabella”. Skład uzupełniała sława australijskiego żeglarstwa jednostka „Winston Churchill”, która wystartowała w Sydney Hobart 17 razy. Piękna pogoda, słońce, lazurowa woda, umiarkowany wiatr i wspaniała sportowa atmosfera – tak było 26 grudnia 1998 roku, gdy na starcie do regat Sydney Hobart stanęło 115 jachtów. Nic nie wskazywało na to, że w ciągu najbliższej doby regaty zamienią się w prawdziwe piekło.

Póki co jednak uczestnicy cieszyli się nadchodzącą rywalizacją w tych jednych z najsłynniejszych regat. Niektórzy pamięcią sięgali do lipca 1945 roku, gdy pewnego lipcowego popołudnia, dziewięciu żeglarzy trzymało w dłoni kufle zimnego piwa dzieląc się swoimi żeglarskimi planami na Boże Narodzenie. Leniwa, barowa rozmowa błyskawicznie przerodziła się w prawdziwą licytację. Kto ma najlepszą łódź, kto jest najszybszy i najbardziej doświadczony. Padły zakłady i wyzwania. Postanowiono zorganizować regaty. Z Sydney do Hobart.

Autorem pomysłu był oficer Royal Navy John Illingworth. Od samego początku aż do dziś, start odbywa się w Sydney drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia. Trasa wiedzie wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii, potem przez wody Cieśniny Bassa, a następnie wzdłuż Tasmanii, aż do Hobart. Wiejącego tu wiatru, fal, nieprzewidywalnych prądów i wyjątkowo kapryśnej pogody nie da się porównać z żadnymi innymi regatami na świecie. Żeglarze decydujący się na udział w tych regatach nie mogą po prostu ominąć niesprzyjającej pogody, stąd często określa się je mianem żeglarskiego Everestu.

W pierwszej edycji wystartowało 9 jachtów z Australii i Wielkiej Brytanii, w tym pomysłodawca, który na 34-stopowy jachcie „Rani” przeszedł do historii jako pierwszy zwycięzca Sydney-Hobart. Przekroczył linię mety po 6 dniach, 14 godzinach i 22 minutach. Wciąż jest to najgorszy wynik w historii, jednak od tamtego czasu na jego cześć, każdy pierwszy jacht na mecie otrzymuje Puchar Illingwortha. Wtedy też zaczyna się huczna feta. Zawodnicy witani są wystrzałami armatnimi, pokazami pirotechnicznymi, szampańską ceremonią, iście żeglarski raj.

Piekielna cieśnina

Regaty odbywane w 1998 roku miały jednak być inne. Już po południu, dzień przed startem załogi zostały poinformowane o zmianie warunków pogodowych oraz ostrzeżone przed silnym sztormem, który miał dać się we znaki już za kilka godzin - w pierwszej nocy wyścigu. Pogoda zwiastowała katastrofę, jednak wtedy nikt się tym nie przejmował. Zgodnie z oszacowaniami meteorologów wiatr miał osiągnąć 55 węzłów, czyli ponad 100 km/h, a ostatecznie wiał z prędkością nawet 150 km/h. Ekstremalnie silne podmuchy z północnego-wschodu przesuwające się wzdłuż wybrzeży Australii, jeszcze silniejsze z zachodu na wschód wzdłuż Cieśniny Bassa, a do tego potężny zimny front i duża różnica ciśnień. Na nieszczęście żeglarzy, wszystkie te czynniki zbiegły się w czasie…

Kapitanowie zbliżali się do punktu bez odwrotu. Wiatr wzmagał się, a kilkunastometrowe fale napierały ze wszystkich możliwych kierunków. Niektóre jachty uciekały z morza z powodu roztropności, inni z powodu awarii, a jeszcze inni żeglowali wprost w paszczę lwa – cieśninę Bassa, zwaną też „piekłem na oceanie”. To podobnie jak Przylądek Dobrej Nadziei czy przylądek Horn, czarna dziura oceanu. Miejsce, gdzie najgorsze z możliwych wiatrów, fale i prądy ścierają się ze sobą z nieprzewidywalną siłą. Żeglowanie do mety groziło śmiercią, a zawrócenie także. Dla wielu była to największa próba odwagi i umiejętności żeglarskich w życiu.

„Nigdy nie zapomnę wału chmur, który widzieliśmy za rufą, żeglują na północ do Sydney tamtego niedzielnego ranka. Chmury zaczynały się u szczytu nieba i opadały jak pionowe kolumny, niemal do samej powierzchni morza. Wisiały nad oceanem jak szczęki śmierci” – powiedział Hugo van Kretschmar, kapitan „Assassina”.

Załogi, które przetrwały pierwszy sztorm, nie zdawały sobie sprawy, że drugi, nadchodzący siał jeszcze większe spustoszenie. Gdy większość mieszkańców Australii wiedziała, co czeka na żeglarzy, ci nie mieli nawet cienia podejrzeń, ponieważ reguły regatowe zabraniały komunikacji między jachtami, a lądem, poza tą oficjalną.

Śmiertelny wyścig

27 grudnia o godzinie 14:00 rozpoczął się śmiertelny wyścig. Wybuchła oczekiwana bomba pogodowa, która utrzymała się aż przez dwie kolejne doby! Piloci helikopterów zarejestrowali przy pomocy wysokościomierzy fale o wysokości 45 metrów, rozpoczęło się prawdziwe polowanie na flotę. 

„Jacht „Stand Aside” obracał się jak beczka na wodzie, zabawka oceanu. Zielony kolor wody wskazywał na to, że był to „dziad”, fala wyrastająca z samego dna, niosąca zielone algi. Ocean jest zawsze czarny i biały, z wyjątkiem takich anomalii pojawiających się nie wiadomo skąd, jak diabeł z pudełka. Woda zawinęła się i załamała. Wtedy Stand Aside przekoziołkował, najpierw wessany przez czoło fali, a potem wystrzelony przez jej grzywę. Clark został rzucony twarzą do oceanu. Miał wrażenie, że rozerwało mu kolana. Potem miał się dowiedzieć, że doznał zerwania przednich więzadeł krzyżowych. W czasie wywrotki zerwało mu opuszki palców prawej dłoni – tak objawiła się potęga fal, gdy lecąc za burtę, zaczepił dłonią o coś ostrego” – opisuje Dugard Martin w „Śmiertelny wyścig. Regaty Sydney-Hobart 1998. Opowieść prawdziwa”.

Na kilkunastu jednostkach wiatr i woda dokonały spustoszeń. Pękały maszty, bomy, darły się żagle, w poszyciach pojawiały się dziury. Sytuacja stawała się nie do opanowania. Sztorm zmył z pokładu jednego z żeglarzy, inny zmarł na zawał serca, gdy fala zaczęła miotać jego jachtem jak szmacianą lalką, pozostali, zdesperowani żeglarze szukali schronienia na tratwach ratunkowych. Służby ratownicze nie nadążały. 

„Załoga cierpiała z powodu połamanych żeber i poranionych kończyn. Głowy – kaski, czaszki – mieli popękane od uderzeń o ostre krawędzie i twarde powierzchnie. Wymiociny. Wylewająca się zawartość toalety. Słona woda. Ubrania i worki. Kompletny chaos. Joubert miał złamane żebra, przebite płuco i pękniętą śledzionę. Ale przecież doczołgał się do radiostacji i wysłał sygnał „Mayday”.

Niestety pomocy wzywało zbyt wiele jachtów, do tego stopnia, że trzeba było wybierać kogo ratować, a kogo nie. Bawić się w Boga. Rozpoczęła się gigantyczna akcja ratunkowa, w której wzięło kilkadziesiąt wojskowych i cywilnych samolotów oraz helikopterów, w tym także Australijska Marynarka Wojenna. Choć regaty trwały, a o zwycięstwo walczyła faworyzowana amerykańska „Sayonara” z australijską „Brindabellą”, wynik zszedł na plan dalszy. Najważniejsze było ratowanie żeglarzy.

Potężny sztorm zebrał tragiczne żniwo. Ze 115 załóg aż 71 wycofało się z rywalizacji. Pięć jednostek zatonęło, służby ratownicze wyciągnęły z wody 51 osób. Pomimo sztabu wyspecjalizowanych jednostek sześciu żeglarzy nie udało się uratować. Podczas regat Sydney Hobart zginęli Bruce Gay, Phil Skeggs z „Business Post Naiad”, Mike Bannister, John Dean, Jim Lawler z jachtu „Winston Churchill” oraz Glyn Charles z „Sword of Orion”. Glyna Charlesa i Johna Deana nigdy nie odnaleziono.

Co poruszyło tak wielu? Dlaczego ta tragedia aż tak bardzo wstrząsnęła światem? „Był to fakt, że w regatach Sydney-Hobart uczestniczyli zupełnie przeciętni ludzie. Normalni faceci ze stałymi posadami pchali siebie samych do przekraczania psychicznych, fizycznych i emocjonalnych granic. Wielu z nich miało wszystko – kariery, rodziny, pieniądze – a jednak dali się skusić ryzyku, przekroczyli granice, przed którymi każdy normalny człowiek zatrzymałby się.”

Sydney-Hobart zawsze kończyło się huczną fetą, wystrzałami armatnimi, pokazami pirotechnicznymi, szampańską ceremonią – jednak nie tym razem. Jako pierwszy na mecie pojawił się jacht „Sayonara”, przybycie jachtu obwiesił pojedynczy wystrzał armatni, a na nabrzeżu niósł się ogromny szloch…