Światła piekielnego półwyspu

Autor:
ALEKSANDRA ARENDT-CZEKAŁA

Na skalistych w ybrzeżach i piaszczystych wzniesieniach. Pośród gęstych drzew lub na zupełnym pustkowiu. Latarnie morskie od wieków wskazują żeglarzom właściwy kierunek. Są ich punktem odniesienia, zarówno w nocy, jak i z a dnia. I choć statki oraz okręty w yposaża się w coraz to nowsze i precyzyjniejsze urządzenia nawigacyjne, to samotne wieże dalej trwają na swoim posterunku.

Kiedy po raz pierwszy pojawiło się światło dla żeglarzy? Pierwsze ognie stałe, o których wiemy już z całą pewnością, to ogniska przy wejściu do Pireusu, antycznego portu Aten, umieszczone tam około roku 400 p.n.e. Palono je na specjalnie zbudowanych kolumnach – pisał Marian Czerner w książce „Latarnie morskie polskiego wybrzeża”. 

Podobnie było i na południowym brzegu Bałtyku. Zanim wyrosły tam latarnie morskie, ludzie  – aby ostrzec marynarzy – rozpalali ogień. Nie sposób ustalić, kto pierwszy wpadł na ten pomysł, ale istnieje dużo legend, które tłumaczą, „jak to było na początku”.

Frank poszedł na dno, Krysta po ogień

Jedna z legend opowiada o dobrym kupcu z Kalmaru, Franku Guldenszternie, i jego jedynej córce, która towarzyszyła ojcu podczas rejsów.

Żeglarz był przekonany, że król mórz zawsze będzie dla niego łaskawy. Wierzył, że dopóki ma przy swym boku Krystę, nic złego mu nie grozi. Tak było i wtedy, gdy mimo ostrzeżeń gdańszczan Frank wypłynął swoją „Złotą Gwiazdą” na morze, by pożeglować do Rostocku. Marynarze byli bardzo pewni siebie, a ich myśli wędrowały ku pięknej Kryście, która jak co wieczór śpiewała im Wielką niedźwiedzicę.

To ich zgubiło.

„Zasłuchał się w pieśni młody marynarz w chybotliwym koszu bocianiego gniazda na krojcmaszcie [ostatni maszt na żaglowcu – przyp. red.]. Zadumał się i rozmarzył sternik, wbijający w ciemność oczy, oparty dłonią o bukszpryt nawy. Nie zauważył, że czarny obłok zakrył gwiazdę przewodnią. Nie spostrzegł, iż Bałtyk zaczyna podnosić, jeżyć pienistą grzywę. (…) Fale strąciły w otchłań tych, którzy chwycili się oślizgłejrafy” – czytamy w  książce „Złoty Strąd” Franciszka Fenikowskiego.

Z życiem uszła tylko Krysta. Wedle legendy z morskich wirów wyrwały ją morświny. Poczciwe stworzenia zostawiły dziewczynę na plaży w Rozewiu. I to właśnie zrozpaczona Krysta miała rozpalić ogień tuż przy lesie, by w ciemnościach wskazać rozbitkom, gdzie jest ląd. Jej głośny szloch i krzyki usłyszał kaszubski rybak. Razem pilnowali ognia. Co nocy rozpalała na stromym haku ogień, aby czerwone płomienie, widoczne daleko na morzu, uchroniły zbłąkanych rybaków i żeglarzy od losu jej ojca. Kiedy po wielu latach umarła, czynili to samo jej synowie i wnukowie – napisano w Złotym Strądzie.

18 latarni

Na polskim wybrzeżu znajduje się osiemnaście latarni morskich, a każda z nich jest zupełnie inna. Zgodnie z międzynarodowymi porozumieniami wszystkie stoją dość blisko siebie – po to, żeby załoga statku, płynąc wzdłuż brzegu, przez cały czas widziała co najmniej jedną. A idealną sytuacją byłoby dwóch latarń równocześnie. Wieże różnią się od siebie wysokością, kształtem, kolorem i charakterystyką światła, czyli jego barwą i częstotliwością, z jaką świeci. Żeglarze wypatrują latarń, a zaintrygowane szczury lądowe kombinują, jak się dostać do środka. Niestety, od kilku dekad odwiedziny u latarników nie spełniają oczekiwań marzycieli i miłośników noweli Sienkiewicza o samotnym latarniku z Aspinwall.

Można powiedzieć, że postęp techniki zabrał latarnikom to, czego pilnowali przez wieki. Światło. Dawniej ten zawód był dużo bardziej wymagający. Obecnie często sprowadza się do prac konserwatorskich oraz porządkowych. Na morzu też jakby spokojniej. Nie, żeby Bałtyk ucichł. Tylko że statki na mają na wyposażeniu nowoczesne radary, dzięki którym żeglują bez większych problemów. Co nie zmienia faktu, że wachta w latarni to wciąż bardzo odpowiedzialne zadanie. I choć charakter pracy latarnika znacznie ewoluował, jedno pozostało niezmienne: latarnictwo to wciąż zajęcie dla osób obowiązkowych.

Kociołek, smoła i hop do góry

Pierwsze światło w Helu zaświeciło jeszcze w XVII wieku. Wówczas ogień zapłonął na wieży kościoła w tzw. Starym Helu. Kiedy wieża spłonęła w pożarze, w 1638 roku mieszkańcy wybudowali na wzniesieniu blizę – drewnianą konstrukcję, która kształtem przypominała „żurawia”. Kolejnego roku rozpalano na niej ogień od 24 sierpnia do 3 maja. Jak działał „żuraw”?

„Na końcu drewnianej belki wisiał kocioł, w którym paliła się smoła, albo kosz, w którym palił się węgiel” – pisał Marian Czerner. Gdy tylko w pobliżu pojawiał się statek, kociołek wędrował to w górę, to w dół.

Blizy były wykorzystywane przez mieszkańców Helu od XVII do XVIII wieku.

„Latarnia, zwana przez Kaszubów blizą, musiała być nie lada atrakcją, skoro zwiedził ją sam król Jan III Sobieski. Przybył on na Hel w dniu 25 września 1687 roku” – czytamy w „Latarniach morskich polskiego wybrzeża”.

Drewniany „żuraw” nie miał żadnych szans w starciu z rozwścieczonym Bałtykiem. I w końcu mu uległ. W 1702 roku sztorm zniszczył blizę. W jej miejsce powstała kolejna. Pod koniec XVIII wieku szyprowie i żeglarze zaczęli nalegać, by w Helu powstała latarnia z prawdziwego zdarzenia. Jej światło po raz pierwszy, rozproszyło helski mrok w 1790 roku. Niespełna trzydzieści siedem lat później zastąpiła ją murowana odpowiedniczka. - Wówczas to była najwyższa i najnowocześniejsza pruska latarnia – mówi Apoloniusz Łysejko, autor serii książek o polskich latarniach.

Nie ma ognia? To do więzienia!

Dziś latarnicy z Helu pracują w systemie czterozmianowym. Co to oznacza? Najpierw dwunastogodzinny dyżur, potem doba wolna. Dwanaście godzin służby nocnej i dwie doby na odpoczynek. Poranna zmiana zaczyna się o siódmej rano, wieczorna o dziewiętnastej. Zanim jednak latarnik przekaże służbę swojemu zmiennikowi, musi się upewnić, czy wszystkie urządzenia w latarni działają jak należy.

Kilkanaście lat temu lista zadań latarnika była dłuższa niż ta dziś. A dwieście lat temu – znacznie bardziej restrykcyjna. Za przykład może służyć choćby instrukcja dla latarników z 1847 roku:

„W nocy latarnik stale powinien znajdować się w laternie. Pierwsza wachta rozpoczyna się z zachodem słońca. (…) Pełniący służbę nie może pod żadnym pozorem opuścić laterny, galeryjki. W każdej laternie zawieszony jest dzwoneczek, aby przywołać latarnika wolnego od służby. (…) Po zachodzie słońca obcym wstęp do latarni wzbroniony. Latarnicy powinni prowadzić porządne życie rodzinne.” A to zaledwie kilka punktów z długiej listy. Ich przestrzeganie miało zagwarantować podtrzymanie światła.

- W połowie XIX w. latarnik, który nie zapalił światła we właściwym czasie, nie podtrzymał ognia, skazywany był na karę dożywotniego więzienia, nawet jeśli nie nastąpiła żadna awaria i nikt nie poniósł szwanku na zdrowiu lub też nie utracił majątku – pisał Marian Czerner.

Żeromski mieszkał w latarni?

Wybrzeże i latarnie morskie podbiły też serca artystów i pisarzy. Także tych najwybitniejszych. Niewiele osób wie, że morze szczególnie pokochał Stefan Żeromski. Słynny pisarz spędził nad Bałtykiem aż pięć sezonów z rzędu – jak wyliczył Czesław Skonka, autor książki „Śladami Stefana Żeromskiego na Pomorzu”. Rozglądał się za domem letniskowym w Oliwie; ostatecznie znalazł swoje miejsce w Gdyni. Świetnie znane były mu również okolice Helu i Rozewia. Żeromski miał nawet kilka razy odwiedzić rozewską latarnię morską. I rzeczywiście tak było. Pisarz aż siedmiokrotnie wpisał się do tamtejszej księgi pamiątkowej. Jego wizyty stały się podwaliną lokalnej legendy, wedle której Żeromski miał mieszkać w latarni i to właśnie tam napisać „Wiatr od morza”.

- Nie pozostało mi nic innego, jak rozpisać się na ten temat i ugruntować pobyt Żeromskiego w Rozewiu jak zdarzenie historyczne. Niemal codziennie miałem telefon od Wzorka (Leon Wzorek był latarnikiem). Wiadomości na ogół były krótkie i suche. Musiałem je odpowiednio ‘garnirować’, aby były łatwostrawne i miały posmak sensacji – pisał Alfred Świerkosz w czasopiśmie „Litery”.

Tych rewelacji nigdy nie potwierdziła córka pisarza. Wręcz przeciwnie. Zapewniała, że „Wiatr od morza” powstał w czasie, gdy jej ojciec mieszkał w Warszawie u Mortkowiczów.

Mimo to, w 1933 roku latarnię w Rozewiu nazwano imieniem Żeromskiego. Jeszcze w tym samym roku odsłonięto tam tablicę pamiątkową ku czci autora. Ta niestety nie przetrwała wojny. Nową tablicę,już z popiersiem pisarza, powieszono w 1959 roku.

Ludzie listy piszą

W 1961 roku dziennikarze „Przekroju” zachęcali do udziału w nietypowej ak cji. Wówczas, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, na łamach czasopisma pojawiła się taka oto propozycja: „Szukacie pomysłu, komu jesz cze wysłać życzenia? Proponujemy Wam kilka sympatycznych adresów (…)”. I tak wśród piętnastu adresów znalazł się kontakt do latarnika Ż uchowskiego z Czołpina.

Odzew był zaskakujący. Ludzie wysyłali do niego bardzo ciepłe listy, w których dopytywali między innymi o to, czy Żuchowski naprawdę istnieje. Nadawców interesowało też, jak wyglądają trudy pracy w wieży. Latarnik otrzymał łącznie ponad sto listów. Z autorami niektórych nawet później się spotkał.

Od tego czasu minęło prawie sześćdziesiąt lat, a ludzi wciąż fascynuje praca latarników. Tyle tylko, że teraz nie piszą już do nich listów. Po prostu przyjeżdżają i zwiedzają latarnie.

- Czasem, jak ludzie stoją w kolejce po bilety, to zadają nam pytania. Niemal każda wycieczka dopytuje, czy aby na pewno nie mamy tutaj gdzieś windy – mówi rozbawiony Tomasz Brojek, latarnik z Helu.

Ktoś przecież musi strzec światła na piekielnympółwyspie.