Ekstraklasa Klubowa? Marzenia a rzeczywistość

Autor:
Maciej Cylupa

Każdy z nas wie jak wygląda klub żeglarski. Każdy z zazdrością ogląda wspaniałe siedziby klubowe, oszklone restauracje z widokiem na wodę, tarasy na przystani, zacumowane jachty i motorówki, dumnie powiewające proporce klubowe, klimatyczne sale klubowe i zgromadzone trofea. Tak jest w wielkim żeglarskim świecie. Jak jest w Polsce? Zastanawia się Maciej Cylupa, organizator Polskiej Ekstraklasy Żeglarskiej.

Przynależność do klubu żeglarskiego zawsze wiąże się z prestiżem. Czasem większym, czasem mniejszym. Są kluby bardzo elitarne, ale też i otwarte. Jednak na wodzie spotykają się wszyscy i są równi, szczególnie gdy uczestniczą w takich projektach jak Ligi Żeglarskie, gdzie nie ma różnic sprzętowych i budżet nie decyduje o wygranej. Oczywiście start w barwach swojego klubu wiąże się z dumą i honorem. Czasem trzeba mocno i długo walczyć, aby dostać prawa reprezentowania klubu na arenie krajowej, a potem międzynarodowej. Klub wspiera, pomaga, tworzy warunki i środowisko dla ambitnych i zdolnych, członkowie też pomagają, kibicują, wspierają czy to pracą, czy finansowo czy choćby w poszukiwaniu sponsora. Z założenia działają na rzecz klubu, ich wspólnej dumy i części życia. I naturalnie uśmiech im pojawia się, gdy przedstawiciel klubu wygrywa i do kolekcji trofeów trafia kolejny puchar, statuetka czy dyplom. 

Taki obraz działania klubów mam przed oczami i miałem go w chwili, gdy zaczynaliśmy projekt Polska Ekstraklasa Żeglarska, czyli pierwsze w historii Klubowe Mistrzostwa Polski PZŻ. Idea ligi żeglarskiej, wzorem innych dyscyplin, gdzie zawodnicy w ramach klubu zdobywają tytuł dla klubu i dla siebie nie jest niczym nowym, a w żeglarstwie zaczęło się to rozwijać około 5 lat temu w Niemczech. Tam teraz są 2 ligi po 18 klubów, a do rywalizacji kandydują kolejne. 

Jak jest w Polsce? 

Po 3 latach wiemy, że mechanizm klubowy nie działa. Wszystkie startujące ekipy oczywiście pływają w barwach jakiegoś klubu, ale paradoksalnie to nie klub jest inicjatorem. To są indywidualne inicjatywy, prywatne osoby, które namawiają klub aby je poparł. Lub po prostu startują w jego barwach, a klub często dowiaduje się o tym po fakcie. Bywa też tak, że załoga nawet szuka jakiegoś klubu, w którego barwach mogłaby wystąpić. Czemu tak się dzieje? Stawiamy sobie to pytanie bardzo często i co ciekawe odpowiedzi jednoznacznych nie ma. Problem jest wielowarstwowy, wielowątkowy, tkwi w historii i sposobie działania klubów, mentalności potencjalnych uczestników oraz pewnie w ekonomii. Pokusiłem się o listę grzechów głównych:

  1. Ekonomia – kluby żyją ze składek oraz podstawowych usług, typu: wynajem pomostu, hangaru, miejsca na zimowanie czy domku na weekend. To wystarcza ledwo na bazowe utrzymanie infrastruktury klubowej. Pozostałe działania to np. dodatkowo finansowane sekcje regatowe, gdzie rodzice płacą za trenera, sprzęt, czy wyjazdy. Nie ma w budżecie klubu kasy na wystawienie reprezentacji w regatach takich jak np. ekstraklasa. Co gorsza, nie pomysłu skąd ją wziąć, bo czasem nawet nie ma chęci, aby taki pomysł realizować.
  2. Brak promocji, PR, pozyskiwania sponsorów – na palcach jednej ręki można policzyć w Polsce kluby, które starają się promować siebie, swoje osiągnięcia, zawodników, żeglarzy itp. A jeśli już to robią to nie jest to działanie nastawione na pozyskiwanie sponsorów, partnerów i zdobycie dodatkowych funduszy. Czemu? Brak czasu, praca w klubie to hobby, brak wiedzy jak to robić efektywnie, a jak już znajdzie się jakiś sponsor to przeważnie jest to firma jednego z klubowiczów.
  3. Brak potrzeby – kluby nie postrzegają wspomnianej ekstraklasy jako możliwości promocji klubu i zwiększenia budżetu. Nie czują prestiżu i korzyści z tego, że ich załoga bierze udział w regatach rangi Klubowych Mistrzostw Polski. Może to wina organizatorów Ekstraklasy, może nie zadbaliśmy o odpowiedni wizerunek i kreacje rangi. Porównujemy nasze działania do bliźniaczych lig w Zachodniej Europie, tam frekwencja wzrosła natychmiast, mimo że działania były podobne lub nawet mniejsze.
  4. Brak ambicji – niestety wiele załóg, które pojawiło się w ekstraklasie po paru regatach przestało przyjeżdżać. Często są to załogi, które zmontowane z grupy przyjaciół w konfrontacji z czołówką krajową typu Sawicki, Zbroja, Górski, Szymik czy Stańczyk po prostu dostały tzw. tęgie lanie. To ich zniechęciło do startu i nauki, a przecież nie ma lepszego sposobu na naukę i poprawę umiejętności niż obcowanie z lepszymi. Oczywiście są wyjątki, np. wspomniany już kiedyś Dżygit z Białegostoku – po pierwszych startach i plątaniu się na końcu, po 2-3 sezonach zaczynają mieszać w czołówce. Ba, nawet zaczęli się szkolić i pływać w meczach, z sukcesami. Da się, ale podeszli do problemu ambitnie i na zdrowych zasadach. 
  5. Brak organizacji – wielu byłych, doskonałych, znanych zawodników z klas sportowych Finn, OK, 420, czy 470 często dzwoni, pyta i deklaruje, że to jest super inicjatywa, że można się pościgać na dobrym poziomie, na dobrym sprzęcie i wrócić do „regacenia się” po latach przerwy. Niestety na tym się kończy, bo ciężko znaleźć czas i jeszcze 3-4 innych do załogi. Smutne, bo w każdym klubie z sekcja sportową znalazłoby się co najmniej kilku takich byłych, dobrych zawodników, którzy chętnie by „odrdzewieli” i chwycili za przedłużkę.
  6. Nagroda to problem – paradoksalnie często problemem jest wygrana, która daje kwalifikacje i możliwość startu w Sailing Champions League, czyli Lidze Mistrzów. To właśnie szansa startu z innymi czołowymi klubami w całej Europy w jednym z prestiżowych klubów żeglarskich w Porto Cervo, St. Moritz czy St. Petersburgu. Problemem jest budżet, bo samo wpisowe to koszt 1000 euro plus dojazd i pobyt w miejscu, które do tanich nie należy. Efekt jest taki, że wielu musi zrezygnować, bo nie stać ich na wydanie 15-20 tys. zł za weekend. 
  7. Historia – wciąż jeszcze tkwimy w przekonaniu, że to klub ma nam coś dać, zorganizować , zapewnić. To się zmienia. Niestety czasy są takie, że jeśli sami sobie tego nie zorganizujemy to klub nic nie załatwi. Ważne jest to, aby klub pomógł, lub przynajmniej nie przeszkadzał, bo takie przypadki też znamy.

Poruszyłem trudne problemy, bardzo pobieżnie i pewnie wielu osobom się to nie spodoba, wielu będzie miało inne zdanie, a paru się obrazi i uzna mnie za aroganta i mądrale. Jednak chyba wszyscy co do jednego się zgodzimy, że każdy chciałby, aby nasze kluby wyglądały jak czołowe kluby włoskie, niemieckie, brytyjskie, czy francuskie. A ja marzę o tym, aby każdy z nich walczył o miano najlepszego w Polsce, chwalił się sukcesami i zaistniał na rynku marketingu sportowego. Czego wszystkim życzę.