Będzie sukces, będzie kasa

Autor:
Michał Stankiewicz

„Nie mam już na to siły, nie chcę marnować mojego cennego czasu na to, jestem tak zdegustowany i sfrustrowany, dlatego podziwiam wszystkich, którzy to robią i nie poddają się”. To słowa Karola Jabłońskiego, jednego z najlepszych polskich żeglarzy regatowych. I nie chodzi tutaj bynajmniej o dalsze ściganie się, czy uprawianie żeglarstwa, ale… pozyskiwanie kasy. To zmora polskiego żeglarstwa sportowego. Oczywiście kasy szukają wszystkie dyscypliny sportowe, ale na przykładzie żeglarstwa szczególnie widać dysproporcję pomiędzy wielkim potencjałem tej branży, czyli liczbą osób uprawiających żeglarstwo, jego powszechnością, liczbą zawodników, a realną kasą jaka wpływa na projekty sportowe.

Jabłoński w wywiadzie dla W Ślizgu! opisuje swoje projekty, starając się jednocześnie zdiagnozować sytuację. Oczywiście nie da się tego wyczerpująco zrobić w jednym wywiadzie. Teza jest jasna – system źle działa. Pod pojęciem systemu kryje się szeroko pojęte, systemowe publiczne finansowanie. Na szybką poprawę trudno liczyć. Zresztą czy kiedykolwiek system dobrze działał? Trudno też liczyć na okazjonalne wsparcie spółek skarbu państwa, czy też instytucji publicznych.

Fiasko projektu Polska100 może ten trend pogłębić. 

Jak nie publiczne, jak nie państwowe pieniądze to więc jakie? Odpowiedź jest prosta - prywatne. Już był taki moment kiedy maszyna prywatnego sponsoringu się rozkręcała, ale niestety zgasła. I póki co jej nie widać. Zdaniem Karola Jabłońskiego powód tkwi w naszej mentalności, zacofaniu społecznym wobec Zachodu. Trzeba więc to nadrobić. I tutaj przechodzimy do konkretów. Kierunek już jest, działania już są. To komercyjne, prywatne projekty, które od kilku lat są coraz bardziej widoczne. To polskie załogi jak R – Six team, czy też starty teamów Krzysztofa Krempecia. To wreszcie działalność stosunkowo młodych klubów: Yacht Club Sopot i  Ocean Challenge Yacht Club, które organizują udział w prestiżowych regatach na świecie. Tempo się zwiększa, bo już widać ich naśladowców - raptem kilka tygodni temu w  Barcelonie objawił się nowy polski jacht TP52, którym zarządza Paweł Górski, jeden ze współzałożycieli Sopot Yacht Club. To też projekt dedykowany do komercyjnych regat. Póki co te rejsy to zabawa za ciężkie pieniądze i tylko dla bardzo zamożnych, ale z czasem to powinno się wszystkim nam opłacić. Jak? Znów wracamy do Jabłońskiego: bogaci od pokoleń Europejczycy uczeni są żeglowania od dziecka, dlatego kupują jachty. To właśnie ta zaszczepiana od pokoleń pasja w połączeniu z bogactwem powoduje głównie, że chcąc dzielić się nią z innymi decydują się na finansowanie regatowych projektów. 

Truizm? Pewnie tak, ale dopiero teraz w Polsce widzimy jak się mozolnie kształtuje. Pozostaje nam liczyć, że wspomniani biznesmeni – niczym zachodni koledzy nie tylko kupią wkrótce swoje jachty (nie motorówki), ale kolejnym ich krokiem będzie chęć tworzenia i finansowania sportowych projektów.

Inna ścieżka to wykreowanie jak największej rzeszy kibiców, bo ich liczba ma przecież decydujący wpływ na skłonność firm do wydawania pieniędzy. Tutaj mówię o ścieżce tradycyjnej, czyli sponsorze przekonanym o skuteczności promocji swojej firmy poprzez dany sport, ale nie związanym z nim w żaden sposób emocjonalnie. Jak ulepić kibiców? Tutaj znów Ameryki nie odkrywamy. Oczywiście sukcesami. Świetnym przykładem są skoki narciarskie. Wg danych Polskiego Związku Narciarskiego skoki w Polsce uprawia łącznie 226 osób! To dane za 2016 rok. Ta liczba od lat oscyluje pomiędzy 200, a 300 osób. To przepaść w stosunku nie tylko do żeglarstwa, ale i zdecydowanej większość dyscyplin. Nawet zawodników curlingu czy gry w bule może być w Polsce więcej. Niemniej to skoki narciarskie są bogatą dyscypliną hojnie wspieraną przez sponsorów. Początkiem były oczywiście wielkie sukcesy Adama Małysza, które uruchomiły całą machinę. Dzisiaj kolejni skoczkowie na czele z Kamilem Stochem korzystają z tej dobrej passy. Sukces trwa, ściąga kibiców, a za nimi idą pieniądze od sponsorów. 

W przypadku żeglarstwa podobnie zadziałaby z pewnością sukcesy klas olimpijskich. I nie chodzi o to, że kasy nieolimpijskie są gorsze. Z punktu widzenia Kowalskiego to właśnie medal olimpijski jest tym przyciągającym największą uwagę, a sportowcom dającym dostęp do głównych mediów. Nie bez powodu najbardziej dzisiaj znanym polskim żeglarzem jest Mateusz Kusznierewicz. Każdy w Polsce wie kto zdobył olimpijskie złoto. Potrzebny jest jednak efekt skali – nie jeden medal, a kilka. Nie raz, ale systematycznie. Im więcej tych medali zdobędziemy i najlepiej w jednym momencie tym rosną szanse dla wszystkich. Wyobraźcie sobie sytuację: przywozimy nagle 5 medali z igrzysk, w tym 2 złote. Polska szaleje, a żeglarze są witani jak… piłkarze. Firmy zaczynają rywalizować w sponsorowaniu żeglarstwa, a bogaci członkowie jacht klubów kupować jeszcze więcej regatowych, dużych jednostek. Skiperzy nie nadążają z ogarnięciem propozycji startów, poszukiwani są członkowie załóg do polskich teamów we wszystkich regatach na świecie. Wygrywamy Fastnet i Volvo Ocean Race. Wreszcie sięgamy po Puchar Ameryki, dzień zwycięstwa zostaje ogłoszony jako dzień wolny, a …

Wracam na ziemię, ale pomarzyć chyba można! 

Michał Stankiewicz