Pasja, która przeradza się w miłość

Autor:
Zbigniew „Gutek” Gutkowski

Kiedyś brałem udział w regatach Velux, które w swojej historii pochłonęły kilka ofiar śmiertelnych. Nie brakowało też desperackich, ale szczęśliwie zakończonych akcji ratunkowych, gdy Mike Golding wyciągnął z wody swojego głównego konkurenta Alexa Thomsona. A kilka godzin później także jego jacht uległ uszkodzeniu i obu musieli ratować organizatorzy. Niewygodę związaną z życiem na ciasnej łódce pośrodku oceanu możemy sobie tylko wyobrazić i uwierzcie, nie są to miłe wizje. Gdy możesz liczyć tylko na siebie, zaczyna działać instynkt przetrwania. Mózg wyłącza ból.

Siłą rzeczy bliska stała mi się cała sytuacja z Nanga Parbat. Nie mnie oceniać czy Tomek Mackiewicz zachował się słusznie czy też nie. Wiem natomiast jakie emocje targają człowiekiem w jego nienaturalnym środowisku. Tak jak ocean jest dla człowieka obcym środowiskiem, tak samo wspinaczka powyżej 7000 metrów. Oczywiście jest szereg różnic jak warunki pogodowe, przewidywanie prognozy, tlen, okoliczności, ale ryzyko w obu przypadkach jest wpisane w ten sport.

Wiem, że zarówno żeglarze samotnicy, jak i himalaiści, starają się realizować swoją pasję w sposób bezpieczny i przemyślany, by unikać niepotrzebnego ryzyka. Na pewno są to sporty niebezpieczne, ale to po prostu pasja, która później przeradza się w miłość. Ktoś kto tego nigdy nie doświadczył, nie jest w stanie tego zrozumieć.

Dlaczego to robimy? Dlaczego śrubujemy kolejne rekordy? Dla tego samego, dla czego Armstrong lądował na księżycu. Człowiek po prostu ma potrzebę eksploracji. Ten, który siedzi na kanapie, mógłby to uszanować i raz sprawdzić na własnej skórze jak to jest, gdy wyjdzie się ze swojej strefy komfortu.

Dlaczego ludzie ryzykują swoje życie, by kogoś ratować? Po prostu mają empatię. Poza tym to jest wpisane w standard. Najbliższą pomoc jaką możesz uzyskać to pomoc, która przyjdzie od pierwszego lepszego na wodzie rywala. Tak jak w moim wypadku w połowie piątego etapu regat Velux z Charleston do La Rochelle brytyjskiemu zawodnikowi groziło zatopienie jachtu, bez zastanowienia ruszyłem mu z pomocą. W środku nocy zadzwonił do mnie dyrektor regat z informacją, że Stanmore-Major ma włączony EPIRB i nie można się do niego dodzwonić. Poprosił, żebym do niego popłynął. Takiej prośbie się nie odmawia. Kiedy już byłem mniej więcej milę od teoretycznej pozycji Chrisa, dowiedziałem się, że alarm został odwołany, a my możemy wracać do przerwanego wyścigu. Mówi się, że organizatorzy nieustannie monitorują sytuację uczestników i są w każdej chwili gotowi do rozpoczęcia akcji ratunkowej. Ta świadomość pomaga, ale jak pokazuje życie prawda jest taka, że najczęściej są oni poza zasięgiem śmigłowców i akcja ratunkowa może trwać bardzo długo. 

 

Podziwiam Bieleckiego i Urubko, to czego dokonali w tak krótkim czasie jest niesamowite. Zdawali sobie sprawę, że przy akcji ratunkowej narażali własne życie, a mimo wszystko zrobili, co do nich należy. Wiem jak czuje się człowiek, gdy jest sam w środku niewyobrażalnego żywiołu. Poza wszystkimi elementami nabytymi, zawsze, ostatnim czynnikiem decydującym o powodzeniu jest szczęście. Idealnym komentarzem będą słowa Mackiewicza: „Człowiek jest tylko mocny w stosunku do drugiego człowieka. W pyskówkach, w przekomarzankach. Często opiera swoją wartość na materii, która przecież, jak wiadomo – a to w górach najlepiej widać – jest po prostu tymczasowa, zresztą jak i sam człowiek”.