Fakty i mity match racingu

Autor:
Maciej Cylupa

Wokół match racingu krąży wiele legend i mitów. Dla jednych to „czarna magia”, dla innych to całe życie. Czy to faktycznie brutalna odmiana żeglarstwa? Co widzą w tym zawodnicy? Czym są owe mecze i czemu pływanie w nich sprawia, że wyniki w innych regatach osiąga się dużo łatwiej? Odpowiedzi na te pytania udziela Maciej Cylupa,organizator wielu regat match racingowych w Polsce.

Match racing, czyli inaczej po prostu mecze, obrosły wieloma legendami i mitami. Z 15 lat temu, gdy zaczynaliśmy mecze w klasie 730, doskonały żeglarz, jeden z najlepszych z jakimi miałem okazję obcować, Zbyszek Kania, który wtedy wygrywał prawie wszystko we regatach flotowych podsumował mecze takimi słowy: „wiesz co, to jest dla mnie zbyt brutalne żeglarstwo”. Faktem jest, że ilość kolizji, konieczność unikania kontaktu, porwanych żagli, głównie spinakerów, wynikająca z dużego pośpiechu przy zrzucaniu, jest w meczach dla kibica czy początkującego meczowca szokująca. Czy to jest brutalne? Dla sprzętu na pewno tak, ale dla zawodników absolutnie nie. Co w tym widzą zawodnicy, dla których mecze to priorytet a ściganie flotowe to tylko dodatek? I czemu pływanie w meczach powoduje, że wyniki w innych regatach osiąga się dużo łatwiej? Spróbuję to wyjaśnić, ale zacznijmy od początku.

Czym jest match racing?

Mecz to wyścig tylko dwóch jachtów. Trasa jest prosta, najpierw halsówka, potem kurs z wiatrem, halsówka i znowu kurs z wiatrem do mety. Wyścig trwa 10-15 minut. Zaczyna się jednak nie z sygnałem startu, a 4 minuty wcześniej, gdy oba jachty na przeciwnych halsach, każdy z innej strony linii startu, wpływają na pole startowe. Właśnie tu zaczyna się faza przedstartowa, w ocenie większości, najbardziej widowiskowa. Czemu? Ponieważ mamy tylko dwa jachty, cel jest taki, aby wystartować lepiej niż ten drugi. Proste. Nie mamy pięciu, dziesięciu czy stu przeciwników tylko jednego, co znacznie upraszcza strategię, ale mocno komplikuje pływanie. Ten, który wpływa w pole na prawym halsie ma przewagę i stara się zablokować, zepchnąć, zmusić do błędu tego, który jest na lewym. Ten się oczywiście broni i zaczyna się swoisty „taniec” dwóch jachtów, który trwa do sygnału startu a czasem nawet i jeszcze długo po, bo nie liczy się czas startu tylko fakt, że wystartujemy lepiej od naszego jedynego konkurenta. Proste, prawda? Teoretycznie tak, jednak w praktyce jest to bardzo skomplikowana faza obfitująca w niezliczone ilości zwrotów, zmian kursu, hamowań, ruszania z miejsca, a wszystko przy minimalnych odległościach między jachtami okraszane krzykami obu załóg i wieloma protestami. Ktoś kto pierwszy raz ogląda dobrze obsadzone regaty meczowe, nie może uwierzyć, że nie dochodzi do kolizji non stop. Po prostu w meczach pływają załogi bardzo dobrze wyszkolone, zgrane, rozumiejące się bez słów. Potem następuje start, czyli po prostu wyścig up&down. Tu znowu strategia jest prosta, bo musimy kontrolować lub atakować tylko jeden jacht. Jednak ilość taktycznych zagrywek jest naprawdę spora, więc ich opanowanie to kolejny stopień wtajemniczenia. Do tego dochodzą dość zmienione przepisy regatowe, które na początku mogą być barierą dla nowych zawodników.

Jakie są plusy? 

To co jest barierą na początku, okazuje się – a na to dowodów jest tyle, ilu żeglarzy meczowych – że krok po kroku umiejętności załogi szybko rosną i cały zespół staje się po prostu dużo lepszy. Zaczynamy pływać szybciej, manewry robimy dużo sprawniej, komunikacja i współpraca w załodze działa, a każdy załogant rozumie jaki ma wpływ na szybkość jachtu i końcowy sukces. Ponadto nie potrzeba własnego sprzętu. Regaty meczowe rozgrywa się w 99% przypadkach na jachtach przygotowanych i podstawianych przez organizatora. W dodatku jak coś się zepsuje czy urwie, organizator na wodzie dostarcza serwis, który tym się zajmuje. To bardzo wygodne, bo na regaty przyjeżdżamy z plecakiem, ciuchami i kosmetyczką. No i z pieniędzmi na wpisowe, bo każdy kij ma dwa końce. Za jacht i serwis trzeba zapłacić trochę więcej wpisowego niż na regatach na swojej łódce, ale to i tak suma summarum w sezonie wychodzi taniej. Pisałem o tym w poprzednim numerze przy okazji podsumowania Polskiej Ekstraklasy Żeglarskiej. 

W match racingu uczymy się też przepisów, w taki sposób, że zaczynamy je rozumieć i umieć stosować. Przez to stajemy się lepszymi zawodnikami, bardziej efektywnie wykorzystujemy taktykę w regatach, każdych regatach. W dodatku po regatach nie ma protestów! Jak wygramy wyścig to definitywnie, nic się już nie zmieni. W meczach po wyścigach po prostu mamy wolne i możemy udać się na relaks. Wszystko dlatego, że regaty sędziowane są przez arbitrów, jednego, dwóch lub nawet czterech na jeden wyścig. I oni na żywo, na wodzie, natychmiast po zgłoszonym flagą proteście podejmują decyzje czy ktoś jest winien i nakładają lub nie karę. Brzmi niesamowicie, ale tak to działa. Kara to po prostu dodatkowy zwrot z wiatrem lub pod wiatr, zależy na którym boku trasy wyścigu jesteśmy. Co ciekawe karę możemy wykonać w dowolnym czasie lub w ogóle nie wykonać, bo jeśli przeciwnik również dostanie karę, to kary się zniosą i płyniemy dalej z czystym kontem. Nie można mieć jedynie więcej niż dwie kary, bo wtedy dostaniemy czarną flagę równoznaczną z dyskwalifikacją.

Doskonała forma treningu

Wygląda to skomplikowanie, ale jeśli opanuje się podstawy to wszystko zaczyna być prostsze, a nasz team zaczyna działać jak dobra maszyna. Ci, którzy śledzą wyniki regat na pewno znają nazwiska polskich żeglarzy jak: Stańczyk, Tarnacki, Zbroja, Wosiński, Szymik czy Sawicki. To doświadczeni, doskonali żeglarze, którzy pływają w meczach od lat. Gdziekolwiek nie wystartują, na jakiejkolwiek klasie czy regatach flotowych są w tzw. „czubie”. Dlaczego? Bo mecze to doskonała  forma treningu regatowego na różnych jachtach  (każde regaty to inne jachty i inny organizator). W ciągu jednego meczu wykonuje się więcej zwrotów i manewrów niż przez cały dzień regat flotowych. A mecz trwa 10-15 minut i takich meczów w ciągu dnia jedna załoga płynie od 5 do 10. Ilość powtórzeń i wysoki poziom konkurencji szybko obnaża błędy i sprawia, że zawodnicy również szybko uczą się je niwelować.

Medialność

Poza aspektami czysto żeglarskimi, mecze są jedną z najbardziej, jeśli nie najbardziej widowiskową i medialną formą żeglarstwa. Taka forma rywalizacji na wodzie jest przyszłością zarówno na płaszczyźnie sportowej, jak i marketingowej. Są jedyną formą żeglarstwa, którą da się dobrze realizować telewizyjnie i która realizuje idee „żeglarstwa stadionowego”, czyli widocznego, zrozumiałego i interesującego dla kibiców na brzegu. To powinno się przekładać na potencjalne fundusze od sponsorów i komercjalizację zespołów i regat.

Jak zacząć? 

 

Zawsze powtarzam, że wystarczy chcieć. Organizowane są tzw. kliniki (z ang. clinics), czyli meczowe szkolenia z teorii i zajęcia na wodzie prowadzone przez doświadczonych trenerów, zawodników i arbitrów. To najlepszy start. Można podglądać innych, środowisko jest bardzo przyjazne i chętnie pomaga. Jest wiele regat w Polsce i za granicą, o różnych poziomach sportowych, od grade 5, czyli takich regat klubowych, szkoleniowych przez grade 4, 3 do grade 1, gdzie spotkamy się z zawodnikami zawodowymi z czołowej 10 czy 20 rankingu Pucharu Świata.  Jednak to już kolejne kroki. Sam udział w takim szkoleniu daje tak dużo wiedzy teoretycznej i praktycznej, że efekty widać od razu na najbliższych regatach flotowych na swojej ukochanej łódce z gronem znajomych konkurentów. Będą zdziwieni, że pływacie szybciej i lepiej? Na pewno.