Czas surferów czy grubych portfeli?

Autor:
Tomek Janiak

 Do uroków Półwyspu Helskiego nikogo nie trzeba chyba przekonywać, napisano na ten temat już sporo. Znaczna większość wodniaków zna to miejsce doskonale. Kilku mistrzów Polski, a nawet świata stawiało tam swoje pierwsze kroki - czy to na desce, czy to z latawcem w ręku. O „ciemnej” stronie półwyspu, o wszelkich  sezonowych bolączkach, jak chociaż „korki” czy brak miejsc parkingowych, również sporo powiedziano. Mimo to, co roku, w sezonie letnim, magia tego miejsca przyciąga tłumy.

Tym razem jednak chciałbym „pochylić się” nad kwestią, która nas, osoby związane z wiatrem i wodą, bezpośrednio dotyczy. Coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy Półwysep Helski to jeszcze mekka surferów? Przez nakręcającą się z roku na rok koniunkturę na wypoczynek nad Bałtykiem, wzrastają odczuwalnie ceny. Co za tym idzie, zmienia się też profil osób rezydujących na kempingach zlokalizowanych wzdłuż półwyspu, a przez to niestety zmienia się  też atmosfera tych miejsc. Nie jest tajemnicą, że za wzrostem popytu stoi głównie światowa makroekonomia. W tym przypadku to niestabilna sytuacja w Egipcie, Turcji czy Tunezji, która przyczyniła się do tego, że nasi rodacy w ostatnich sezonach częściej wybierają właśnie wypoczynek nad polskim morzem.

Obserwuję jak z roku na rok następuje ekonomiczna selekcja – jak pasjonaci wiatru i wody, wypierani są przez pseudo krezusów szalejących na skuterach wodnych 10m od brzegu, jak alejki miedzy przyczepami zamieniają się w wybiegi mody, a parkingi w salony samochodowe najdroższych marek. Nie chcę generalizować, bo nie każdy, kto ma skuter wodny, drogi samochód, czy modnie ubraną żonę to lanser chcący uchodzić za surfera. Nie można również oczekiwać od ludzi, że wszyscy będą dzielić pasję do wiatru i wody, niektórzy mają swoje zainteresowania i możliwości, aby je realizować, więc to robią, wolny kraj. Pytanie tylko w jaki sposób i czy nie przeszkadza to innym.

 Tak więc, jest popyt, jest i podaż, nie ma co się dziwić, że ceny z roku na rok szybują w górę, skoro na jedno miejsce na kempingu jest kilku chętnych. Właściciele lub dzierżawcy mogą dowolnie wybierać koga chcą u siebie, a kogo nie, zgodnie z powiedzeniem: „wolnoć Tomku w swoim domku”. Nie ma się co dziwić, chcą przecież zarabiać,  ale chyba niektórzy trochę się w tym wszystkim zatracili.

Od zawsze półwysep był miejscem mieszania się wielu stylów życia, klas społecznych, czy kultur. Była „bananowa” młodzież mieszkająca w wypasionych przyczepach swoich tatusiów, ale było też miejsce na rozbicie namiotu przez studenta chcącego nauczyć się pływać na „windzie” w jednej ze szkółek. Wiadomo powszechnie, że kempingi na półwyspie nie były i nie są najtańszym miejscem spędzania letniego wypoczynku, ale zawsze alternatywne opcje zakwaterowania istniały. Niepokojące jest jednak to, że proporcje niebezpiecznie z sezonu na sezon zmieniają się, niestety na niekorzyść. Półwysep zaczyna tracić swoją magię, a ludzie tworzący przez ostatnie lata wyjątkowy klimat tego miejsca uciekają. Wspomnianych miejsc na rozbicie namiotu, czy zaparkowanie kampera jest coraz mniej, co gorsza, wypierane są przez „domki holenderskie” 500pln za dobę. Ustawianie maksymalnej ilości przyczep kosztem plaży, na której do niedawna można było rozłożyć sprzęt i wystartować latawiec. Wypompowywanie nieczystości bezpośrednio do zatoki, nierzadko opryskliwe zachowania obsługi kempingów. Przykłady braku poszanowania potrzeb ludzi przyjeżdżających w sezonie aktywnie spędzać czas można mnożyć. Jednak obywatele  napierają regularnie co roku, może w takim razie takie status quo nikomu za bardzo nie przeszkadza, a problem jest sztucznie wykreowany…?

Nie jestem stałym rezydentem żadnego z kempingów, przyjeżdżam popływać oraz spędzić czas ze znajomymi, czasem w celach zawodowych organizując zgrupowania, czy treningi. Pojawiam się na różnych kempingach - na niektórych dłużej, na innych krócej. W mojej ocenie niewielu jest dzierżawców, którzy stawiają sobie za cel zachowanie proporcji pomiędzy ekonomią, a atmosferą i jakością spędzania czasu na kempingach, i to jest właśnie zasadnicza sprawa.

Spośród kilku kempingów trzymających styl, w moim odczuciu wyróżnia się zdecydowanie jeden, który potrafi stworzyć (a może zachować) przyjazną atmosferę dla surferów. Być może dlatego, że właściciel/administrator jest młodym, uśmiechniętym człowiekiem, przesiąkniętym pasją do surfingu, a przede wszystkim sprecyzowaną wizją tego, jak powinno to wyglądać. Sam uprawia kitesurfing, jest częścią środowiska, czuje więc o co w tym chodzi. Na kempingu organizowane są kameralne koncerty, imprezy muzyczne i sportowe, szkolenia instruktorów, testy sprzętu, etc. Infrastruktura kempingu to nie tylko przyczepy, sklepy, czy szkółki. To także boiska, trampoliny, rampy, przyrządy do crossfit’u. Poza aktywnościami na wodzie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Śmiało można określić to miejsce sportowo-kulturalną stolicą półwyspu.

Życzyłbym sobie, aby działania i taki sposób prowadzenia kempingu natchnęły innych dzierżawców,  a za osoby, o których piszę, trzymam kciuki oby nie straciły zapału w realizowaniu swoich wizji.

Oczywiście nakręcająca się z sezonu na sezon koniunktura ma swoich  udziałowców- korzystają na tym nie tylko dzierżawcy kempingów, ale i sklepy, szkółki i hotelarze. Może więc wszystko działa tak jak powinno, a ja szukam dziury w całym? Myślę, że każdy sam sobie poradzi z odpowiedzią na pytanie czy postawiona teza jest słuszna, czy też nie. Zawsze dla prawdziwych pasjonatów kitesurfingu, windsurfingu czy też surfingu, pozostają jeszcze najpiękniejsze miesiące na półwyspie, czyli maj, czerwiec oraz wrzesień, październik.

 

Najważniejsze, że już coraz bliżej do kolejnego sezonu letniego, mam nadzieję, że równie wietrznego jak ostatni!