Polacy, na katamarany

Autor:
Michał Stankiewicz

No i stało się. Jeszcze kilkanaście lat temu nikt by nie przewidział, że gdzieś na północy Europy, nad zimnym Bałtykiem i to w niekoniecznie zamożnym kraju ktoś sobie wymyśli katamaraning. Owszem katamarany to jachty - mają żagle, ster i tak samo używają wiatru. Są oczywiście szybsze niż jednokadłubowce, choć każdy kto pływał na nich, wie, że halsowanie nie należy do najfaniejszych, nie mówiąc już o wyostrzaniu. Inaczej się je prowadzi, inaczej układa balast. Ale to wciąż, niezmiennie jachty.

Mimo tego popularne na świecie hobiecaty, czy topcaty wciąż kojarzą się nam się głównie z ciepłymi morzami, Australią, Nową Zelandią, Karaibami. Można je spotkać na większości gorących plaż, a większość Polaków kojarzy je z zachodnich produkcji filmowych. Te stereotypy widać też w Sopocie, gdzie niegdyś Jacek Noetzel wymyślił sobie centrum katamaraningu. A jak wymyślił tak zrobił. I choć dzisiaj to naprawdę spory klub z tradycjami to dla plażowiczów widok katamaranu wyciągniętego właśnie na brzeg wciąż jest wielką atrakcją. Widać to po setkach zdjęć jakie robią sobie plażowicze, dość pozując przy pływakach, próbując na nich siąść mając w tle kolorowe żagle. Zresztą te małe dwukadłubowce najwyraźniej budzą sympatię. To trochę jak z kabrioletami. Znamy je i widzimy od dawna na naszych ulicach, ale wciąż się oglądamy niczym za egzotyką.

Z tym, że w Navigo na zabawie się nie skończyło. Widać to było szczególnie kilka tygodni temu, kiedy po raz pierwszy w Polsce odbyły się Mistrzostwa Świata A – klasy, czyli jednoosobowych katamaranów. Wierzcie mi – widok 150 kolorowych jednostek na plaży – przyprawiał o uśmiech nie tylko turystów, ale każdego pasjonata żeglarstwa. Co więcej – nie tylko liczba była imponująca. Do Sopotu zjechały prawdziwe sławy żeglarstwa znane z innych klas i wielkich wyczynów. I - tutaj mała dygresja, a właściwie myśl jaka mi się nasunęła – jako czterdziestolatkowi obserwującemu krzątających się po klubie zawodników. Żeglarstwo to jednak fantastyczny sport, jest w nim miejsce dla każdego. I dla juniora i dla pana w średnim wieku i dla pana… przed 80!  Tak, na liście startowej tej czysto sportowej klasy zameldowały się roczniki z lat 40! Wielki szacunek dla nich, a dla wszystkich młodszych - fantastyczny prognostyk na przyszłość.

Wracając do mistrzostw – sam fakt ich organizacji to sukces. Do tego doszły wyniki. Jacek Noetzel, twórca i szef Navigo przyzwyczaił nas już do swoich sukcesów w kategorii masters. W tych zawodach weszliśmy jednak na poziom wyżej. W pierwszej szóstce znalazło się aż 4 (!) Polaków, z tego dwóch zajęło podium. Mowa oczywiście o Tymku Bendyku, wicemistrzu świata i Kubie Surowcu, brązowemu medaliście i jednocześnie mistrzowi świata juniorów. Tak, Słowianie znad Bałtyku dokopali najmocniejszym teamom na świecie. Lepszy okazał się tylko jeden Australiczyk - Steven Brewin. Jest więc co świętować. Choć nasi zawodnicy rozpoczęli już przygotowania do kolejnych wyzwań. A, że apetyt rośnie w miarę jedzenia to teraz przed katamaraningiem nowy, niezwykle ambitny cel - czyli olimpijska klasa Nacra 17. Noetzel od lat marzył o stworzeniu polskiej kadry w tej klasie co jednak jest niezmiernie trudne. Raz – to katamarany, czyli patrz wyżej. Dwa – koszty, a trzy to mikst, czyli potrzeba załogi mieszanej. Nie mówiąc już o tym, że by powstała jakaś sensowna grupa zawodników to powinno być kilka załóg, nie tylko po to, by obniżyć koszty, ale by mieli się z kim ścigać. O ile z panami nie ma problemu, to z paniami jest trudniej. 

Dzisiaj – po udanych mistrzostwach i świetnych wynikach wydaje się, że cel jest coraz bliżej. Dwie załogi są już skompletowane – a stworzą je właśnie Bendyk i Surowiec. Załogantki też już są. Łódki mają być. Cel: Tokio 2020, a potem Paryż 2024. Przed nimi i całym klubem - niezwykle ciężka praca. Polacy medalistami w katamaringu na igrzyskach? Czemu nie? Ekipa z Navigo już nie raz pokazała, że wszystko jest możliwe. 

Michał Stankiewicz