Czy Vendée Globe to już regaty dla każdego?

Autor:
Milka Jung

W sobotę 11 marca zakończył swój rejs ostatni z zawodników, którzy 6 listopada 2016 wystartowali z francuskiego Les Sables d’Olonne w wyścigu samotnych żeglarzy dookoła świata. Okrążenie globu zajęło Sébastienowi Destremau 124 dni, 12 godzin i 38 minut. Pięćdziesiąt dni więcej, niż zwycięzcy Armelowi le Cleac’h, który metę przekroczył 19 stycznia. Dwa tygodnie więcej niż zwycięzcy pierwszej edycji 1989-90, Titouanowi Lamazou (109 dni 8 godzin).

Sebastien Destremau na jachcie TechnoFirst–faceOcean dopłynął na metę jako 18 z 29 zawodników, którzy stanęli na starcie. Prawo statystyki jest nieubłagane – nie ma takiej możliwości, żeby wszyscy ukończyli ten morderczy wyścig. Niemniej dokonanie tego jest ogromnym sukcesem samym w sobie, tym bardziej, że część floty stanowiły siłą rzeczy jednostki mocno używane, a w każdym razie zupełnie nie nowe. Techno-First został zbudowany w 1998 roku i przed startem miał za sobą już dwa „okrążenia” w regatach VG. Już podczas pierwszych rejsów Destremau przekonał się, że nie jest to „demon prędkości”. Startował jedynie po to, żeby ukończyć. - Nie zepsuję tego, czego nie mam – żartował na temat minimalnego wyposażenia jakie posiadał. Z zawodu dziennikarz sportowy, ale z bardzo regatową przeszłością. (Brał udział w 4 kampaniach Pucharu Ameryki i jednej Volvo Ocean Race, był w załodze, która wygrała Sydney Hobart, startował na Olimpiadzie (kl. Latający Holender), 6 razy stawał na podium Mistrzostw Świata i 3 razy Mistrzostw Europy).

Czy tego typu udział oraz absolutny brak nastawienia się na wynik to są jeszcze regaty, czy wyłącznie spełnianie marzeń w rejsie dookoła świata i mierzenie się z własnymi słabościami, korzystając z osłony ratowniczej, jaką daje oficjalny udział w wyścigu? Destremau nie był jedyny, który startował jedynie po to, żeby ukończyć. Był za to lepiej przygotowany od wielu, którzy nie ukończyli.

Uczestnicy oczywiście muszą wszyscy przejść kwalifikacje i uzyskać akceptację komisji regatowej. Nie miejmy jednak złudzeń – ścigają się nieliczni, oni też biją rekordy. W tej edycji była to pierwsza piątka zawodników, którzy ukończyli regaty (Armel le Cleac’h, Alex Thomson, Jérémie Beyou, Jean-Pierre Dick, Yann Eliès). Wygrał ten, który niczego nie zepsuł – jako jedyny zresztą.

Reszta po prostu płynęła swoje. Miejsca od 6 do 10 to dobrzy żeglarze, ale niekoniecznie z potencjałem zwycięzcy (Jean Le Cam, Louis Burton, Nandor Fa, Eric Bellion, Arnaud Boissières). Bardzo dobre wyniki Jeana Le Cama czy Nandora Fa były powyżej oczekiwań ich samych. Pomimo wieku obaj panowie posiadają kolosalne doświadczenie, które zaprocentowało. W przypadku Nandora Fa to przepiękne pożegnanie z wielkimi regatami. Węgier po raz pierwszy wystartował w drugiej edycji w 1992 roku i przypłynął piąty. Startował w 1996 roku ale musiał wycofać się z powodu awarii. Koniecznie chciał zrobić to jeszcze raz. Udało mu się – i dla mnie jest to jeden z największych wygranych tych regat. Z kolei Louis Burton doświadczenie dopiero zbiera. To jego drugi start, ale pierwsze ukończone regaty. Zaskoczył mnie Eric Bellion w pierwszej dziesiątce. Nie jest to żeglarz znany z wielkich regat, wymagających dużych budżetów i grona sponsorów. Ale bardzo doświadczony. Fakt, że wyprzedził weterana VG, Arnauda Boissieres, mówi sam za siebie.

Końcowa ósemka (Fabrice Amadeo, Alan Roura, Rich Wilson, Didac Costa, Romain Attanasio, Conrad Colman, Pieter Heerema, Sébastien Destremau) to właśnie ci, którzy chcieli spełnić marzenie o rejsie dookoła świata w regatach VG i którym to się udało. Oczywiście każdy miał swój cel i swoje przesłanie (jak np. Conrad Colman, który miał jedynie „naturalne” źródła energii na jachcie, a w dodatku przed metą stracił maszt i dopłynął do celu na takielunku awaryjnym). Oczywiście wszyscy zasługują na sławę i chwałę (warto zajrzeć na stronę regat http://www.vendeeglobe.org aby obejrzeć nagrania z powitania kolejnych zawodników wracających z morza – wszystkich wita się w Les Sables d’Olonne jak zwycięzców i to jest jedna z najpiękniejszych tradycji tych regat), ale mam wrażenie, że oprócz czysto sportowej czołówki mamy coraz więcej uczestników „turystycznych”. 

 

Bardzo jestem ciekawa, ile osób stanie na starcie regat Golden Globe Race (http://goldengloberace.com) w przyszłym roku. Tu sportu zupełnie nie będzie, będzie za to powrót do korzeni – papierowej mapy i sekstantu, a przepisy mówią, że jacht musi być zbudowany przed 1988 rokiem i posiadać długi kil pod całym kadłubem, a jego długość mieścić się pomiędzy 32 a 36 stóp. W dzisiejszych czasach ten retro wyścig wydaje mi się trudniejszy niż Vendée Globe. 

galeria