Oko W oko z Neptunem, czyli kpt. Kopytko i OSTAR2017

Autor:
Klaudia Krause

Pochodzi z opolskiego, a przygodę z wodą rozpoczął już jako dziecko od odzyskania na jeziorze tratwy, a kiedy wiosłowanie okazało się zajęciem nazbyt męczącym przyszedł czas na żagle, i to te najbardziej ambitne i wymagające. „Od lat marzyłem o pokonaniu Atlantyku na północnej trasie i najlepiej samotnie” - mówi kapitan Andrzej Kopytko, który przygotowuje się do startu w OSTAR 2017.

Łatwo być żeglarzem w opolskiem? To region raczej niekojarzony z żeglarstwem. 

Nie wiem, nigdy nie byłem żeglarzem z innego województwa, ale tak serio to z jednej strony tak to jest, że im coś przychodzi trudniej i wymaga więcej wyrzeczeń, tym większa rośnie determinacja. Ona się przydaje. Natomiast będąc z południa nie ukrywam, że problem jest bycie daleko od morza. Wyjazdy na trening na morze na weekend stanowi duże wyzwanie za równo finansowe, jak i czasowe.

Łatwiej pozyskuje się sponsorów? W końcu jest się tam jednym z niewielu…

I tak i nie. Z jednej strony, jeśli projektów żeglarskich na Opolszczyźnie jest 100 razy mniej niż w województwie Pomorskim czy Zachodniopomorskim, to powinno być łatwiej będąc tym jednym na stu. Ale to także oznacza, że zainteresowanie i znaczenia tego, co dzieje się na morzu też jest odpowiednio mniejsze. Więc sponsorzy i media też są tyle samo razy mniej zainteresowani takim projektem. Więc ostatecznie uważam, że na pewno nie jest łatwiej. Oprócz województwa Opolskiego, które wspiera mnie od początku przy realizacji projektu całe wsparcie partnerów pochodzi z innych województw, więc nieskromnie przyznam, że jednak liczy się pomysł, cel a nie pochodzenie.

Jest Pan uważany za wyrocznię? Pytam, bo tak jak Pan wspomniał żeglarstwo siłą rzeczy nie jest tam zbytnio popularnym sportem.

Zdecydowanie nie. Pomimo, iż mam świadomość, że udało się dobrze zbudować projekt, zaistnieć w mediach, liczyć się w kilku imprezach regatowych, to tak naprawdę ciągle przekonuję się jak wiele mi brakuje. Ciągle się uczę, poznaję wielkich żeglarzy, z którymi próbuję rozmawiać i których staram się podglądać na wodzie. Przyznam, że szybko się przekonałem, że nie wystarczy wygrać jednej czy drugiej imprezy, aby poczuć się wielkim, szczególnie w żeglarstwie regatowym. Bardzo wielką wartością długo realizowanego projektu jest poznawanie ludzi. Udało mi się osiągnąć wsparcie kilku wspaniałych osób i żeglarzy, którzy dodatkowo będą przygotowywać mnie do startu. To jest wartość nie do przecenienia.

Żeglarstwo ok., ale dlaczego samotne? Co jest w tym szczególnego?

Trudno powiedzieć. Często szukam odpowiedzi na to pytanie w samym sobie. Zawsze byłem ambitny i niestety od małego już szkole podstawowej słyszałem „Kopytko znowu musi być indywidualistą. Zawsze po swojemu!”, co nie jest najlepszą cechą na lądzie. Ale to, co nie sprawdza się na lądzie sprawdza się właśnie tam, gdzie można liczyć na samego siebie. Poza tym to chyba jeszcze kwestia pewnych kompleksów i własnej samooceny. Chyba każdy szuka sytuacji, w których będzie mógł się sprawdzić i udowodnić przede wszystkim samemu sobie własną wartość. Ma morzu, samotnie, nie dość, że jest się zdanym na samego siebie to trzeba bardzo dobrze opanować wiele dziedzin. Począwszy od samego żeglarstwa, które nie jest łatwe w wykonaniu samotniczym i oceanicznym to dochodzi do tego obszerna wiedza medyczna, meteorologia, techniczna znajomość budowy jachtu oraz umiejętność przeprowadzenia wielu napraw.

Na co dzień pracuje Pan w urzędzie Marszałkowskim? Skąd czas na samotne żeglowanie?

Praca w Urzędzie unormowana jest kodeksem pracy jak większość innych etatów w naszym kraju. Przysługuje 26 dni urlopu oraz długie weekendy i tyle. Ale to też tyle ile musi wystarczyć na pływanie. Natomiast trudniejszym byłoby pytanie „Jest Pan żonaty, ma Pan dwójkę dzieci. Skąd czas na samotne żeglarstwo?”. Tu tak naprawdę nie ma co powiedzieć. Poświęcenie urlopu, weekendów pozwala żeglować, ale nie pozwala w sposób odpowiedzialny i wystarczający wychowywać dzieci i budować dobrych relacji. Natomiast  przygotowania do projektu oceanicznego nie pozwalają iść na skróty, zrobić coś „na pół gwizdka”. Tutaj nawet poświęcając się projektowi na 100% i tak ciągle pojawia się świadomość, że nie wszystko się zrobiło, nie wszystko się umie itd. Dlatego mam nadzieję, że uda się zrealizować projekt, a potem znajdzie się sposób na to, aby odbudować relacje w domu.

Pierwsza samotna wyprawa? Rekreacyjnie czy regatowo? 

Moja pierwsza samotna wyprawa, a która zgodnie z założenia miała być jedyną był od razu udział w regatach „Baltic Polonez Cup Race” w 2013 roku. Przyznam, że z wielu powodów był to mój najlepszy start i najlepsza edycja tych regat. Po pierwsze pierwszy samotny rejs, pierwsze regaty i od razu 200 Nm i do tego wszystkiego szalejący na morzu silny sztorm. Ta edycja była wyjątkowa ze względu na dobry wynik jak na pierwszy start i to właśnie ona dała „kopa” do realizacji wielkiego planu w życiu, czyli przepłynięcia Atlantyku.

W którymś w wywiadów wspomniał Pan, że zakłada przysłowiowe kapcie na pokładzie ;), do tego szanty, jedzonko? W jachcie jak w domu?

„Kapcie” to taki skrót myślowy, czyli pewien komfort żeglugi, jaki może dać dobry jacht nawet w trudnych warunkach. Uważam, że żeglarstwo jest sposobem na życie, a nie przerwą w życiu. Na jachcie trzeba żyć, czuć się maksymalnie komfortowo, odżywiać się najlepiej jak w danych warunkach jest to możliwe. A o kapciach wspomniałem w ubiegłym roku na mecie Bitwy o Gotland, gdy dopiero na zdjęciach zauważyłem, że wielu uczestników kończyło regaty w ciężkich sztormiakach nawet suchych kombinezonach, a ja dopłynąłem do mety w polarze i dżinsach. Ta wielka różnica to różnica pomiędzy konstrukcją i wielkością jachtów. Większe jachty z wysoką burtą, odpowiednio zaprojektowane dość mocno potrafią odizolować żeglarza od otaczającego go morza. To właśnie ten komfort żeglugi powoduje, że można taką żeglugą nazwać „w kapciach”.

Można to nazwać formą ucieczki od rzeczywistości? Zostawia się na lądzie te wszystkie ziemskie problemy?

Kiedyś tak uważałem. Początkowo ucieczka na żagle, morze, pozwalała zostawić problemy z tyłu na lądzie. Z czasem jednak przekonałem się, że każda ucieczka jest ucieczką i prędzej czy później wraca się do niezałatwionych spraw, a te z reguły się nawarstwiają i uderzają ze zdwojoną siłą. Dlatego teraz raczej płynąc na morze staram się nie mieć niezałatwionych spraw na lądzie.

Jakiś czas temu zakończył się Baltic Polonez Cup. Był to jeden z ostatnich przystanków projektu Ocean 17?

Od początku celem na ten rok był i jest start w regatach „Bitwa o Gotland”, ale faktycznie całkowicie poza planem udało się wystartować w regatach „Baltic Polonez Cup” tak trochę „rzutem na taśmę”, gdyż od początku uczestnictwo w wyścigu było obciążone dużym ryzykiem nie dotarcia na linię startu na czas. Najpierw przed regatami miałem krótki weekendowy rejs, a następnie w niedzielę o 18.00 wyścig z czasem, aby przeprowadzić jacht do Świnoujścia. Ostatecznie do celu dopłynęliśmy o godzinie 05.00 rano, więc rozpoczęcie regat było praktycznie bez odpoczynku. Zmęczenie i niewyspanie przed startem z pewnością skutkowało popełnionymi w trakcie regat błędami.

Proszę powiedzieć więcej o samym projekcie Ocean17. Od czego się zaczęło?

Kiedy trzy lata temu przyszedłem do firmy DelphiaYachts, jako osoba bez większych osiągnięć, bez pieniędzy, bez nazwiska, ale z wielkim marzeniem życia miałem raczej małe szanse. Na szczęście los chciał inaczej i życie na mojej drodze postawiło osobę, która miała podobne marzenie i przekonała firmę do projektu. To był początek dobrej współpracy z DelphiaYachts, która mnie wspiera i otworzyła wiele drzwi. To chyba był punkt zwrotny w projekcie i przyznam, że o ile nie wszystko ciągle wychodzi to droga zaczęła się układać. Dzięki tej współpracy udało się wziąć udział między innymi w projekcie „Program Edukacji Morskiej w Gdańsku”, a tym samym zbudować spory kapitał medialny. Dziś projekt myślę, że jest daleko za półmetkiem zarówno, jeśli chodzi o przygotowanie jachtu, mnie, jak i budżety. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie spotkanie wielu życzliwych ludzi. Zarówno osoby prywatne, jak i firmy. Wszystkim bardzo dziękuję.

„Wielkie marzenie życia” – czyli OSTAR?

Od lat marzyłem o pokonaniu Atlantyku na północnej trasie i najlepiej samotnie. To jest marzenie, o którym raczej nigdy nie mówiłem, bo było mało realne. Tak naprawdę starty w regatach przekonały mnie, że najlepszą opcją jest realizacja tego marzenia przy okazji regat. Z kolei o OSTAR czytałem wielokrotnie i wielokrotnie myślałem i może marzyłem, ale tak naprawdę dopiero kilka lat temu pomyślałem, że może to dobra i jedyna okazja.

Jakie trzeba mieć kwalifikacje żeby wystartować w OSTAR 2017? Są jakieś konkretne wymogi?

Największym wymogiem i trudnością z jakim należy się zmierzyć jesteśmy my sami. Start w takich regatach jest trudny, kosztowny i chyba największą trudność stanowi pokonywanie kolejnych przeszkód. Przede wszystkim chyba trzeba wiedzieć, że się chce to zrobić i że się to zrobi. Do tego dobry, dzielny jacht oraz budżet, który pozwoli spełnić wymagania jakie stawiają organizatorzy regat przed każdym z uczestników.

Na początku sierpnia zakończył się rejs laureatów konkursu Programu Edukacji Morskiej w Gdańsku „How do we see the Baltic Sea”, o którym Pan wspomniał. Uczestnicy odebrali dyplomy dokumentujące „chrzest morski” z Pana rąk. To było coś nowego.

O tak. Przyznam, że pływanie z młodzieżą pokazało mi nową formę żeglarstwa, która daje ogromną satysfakcję. Praca z młodymi ludźmi, ambitnymi, chłonnymi wiedzy i zainteresowanymi otaczającym ich światem, daje ogromną radość dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem. Mają dużo pytań, ale także wiele inwencji, co czyni rejs wspaniałą przygodą. Wspaniale jest zapalić w nich tą morską iskrę i poczuć, że się „wkręcili” w żeglarstwo. Natomiast przeprowadzenie chrztu na morzu zawsze jest wielką nobilitacją.

Jak żeglarz samotnik odnalazł się w żeglowaniu z młodzieżą? 

Bardzo lubię samotne żeglarstwo, ale cytując Fryderyka Nietzsche: „Samotność sprawia, że stajemy się bardziej surowi dla siebie samych, a łagodniejsi dla innych: i jedno, i drugie czyni nasz charakter lepszym.” Praca z młodymi ludźmi jest dla mnie czystą radością i wiele dowiaduję się również o sobie samym. 

Swoje pierwsze żeglarskie szlify uczniowie zdobywali na pokładzie „True Delphia". To jacht, na którym planuje Pan w 2017 roku wystartować w regatach samotniczych przez Atlantyk, OSTAR 2017, zgadza się? 

„True Delphia” to sportowa wersja jachtu Delphia 37 GT. Jacht został zaprojektowany i zbudowany z myślą o startach w regatach. Przez dwa ostatnie sezony mam za sobą kilka udanych startów zarówno w regatach samotniczych (II miejsce w klasie OPEN w Bitwa o Gotland 2015), jak i załogowych (I miejsce w grupie OPEN2 w regatach SailbookCup 2016). Jacht także doskonale sprawdził się w rejsach z młodzieżą, stanowiąc świetną bazę edukacyjną. Wygodna i przestronna mesa dawała możliwość prowadzenia szkoleń, z kolei rozległy kokpit pozwalał na swobodną pracę załogi na pokładzie. Nie bez znaczenia także jest jego dzielność morska, która bezpośrednio przekłada się na bezpieczeństwo załogi, co w rejsach z młodzieżą jest bardzo istotne. To właśnie kompromis pomiędzy szybkością jachtu, a oczekiwanym komfortem żeglugi stanowi odzwierciedlenie moich oczekiwań względem jachtu na przyszłoroczne regaty OSTAR.

W kalendarzu na ten rok zostaje jeszcze Bitwa o Gotland. Potem już tylko Plymouth?

Jak wspomniałem wcześniej najważniejszy w tym roku start to regaty „Bitwa o Gotland”, gdyż dają one kwalifikację do regat OSTAR w przyszłym roku. Jednym z wymogów startu w regatach OSTAR przez północny Atlantyk na trasie ponad 3000 Nm jest ukończenie rejsu kwalifikacyjnego na trasie 500 Nm. Warunkiem udanej kwalifikacji jest przepłynięcie odpowiedniej trasy na tym samym jachcie, na którym planuje się wystartować w regatach OSTAR. Planuję dokonać ostatnich przeróbek i wymienić żagle, aby na ostatniej imprezie w tym roku wystartować na żaglach, na których wystartuję w przyszłym roku na OSTAR. Dodatkowo mam cichą nadzieję, że Bitwa będzie trudna i wymagająca w tym roku, co da mi szanse dodatkowego sprawdzenia siebie i sprzętu. A potem tak naprawdę jest od razu Plymouth.

W takim razie trzymamy kciuki za Gotland!

 

 

galeria