ALEKSANDRA ARENDT. BAŁTYK HISTORIE ZZA PARAWANU

Autor:
Jakub Jakubowski

Co Tomasz Raczek robił na transatlantyku Stefan Batory? Dlaczego po plaży paradowano w sukienkach? Czy brązowa opalenizna zawsze była w modzie? Gdzie nad morzem była „nowa Warszawa”, a gdzie „małe Zakopane” Jak zmieniały się nadmorskie kurorty i moda plażowa. Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w fascynującej książce „Bałtyk – historie zza parawanu”. O bałtyckich tajemnicach, o tym ile prawdy jest w legendach rozmawiamy z autorką książki, Aleksandrą Arendt. 

Co Panią najbardziej zaskoczyło w trakcie pisania tej książki, która historia okazała się najbardziej intrygująca, niesamowita?

Tylko jedna? To cios poniżej pasa (śmiech). Każda z tych historii zaskoczyła mnie na swój sposób. Jednak najbardziej zaintrygował mnie nieistniejący już wyciąg plażowy w Jastrzębiej Górze. Dowiedziałam się o nim zupełnie przypadkowo. Nie pamiętam gdzie natknęłam się na zdjęcie, na którym była ta winda. Od razu zaczęłam szukać o niej informacji, a tych było niewiele. Na szczęście mieszkańcy podzielili się ze mną swoimi wspomnieniami i zdjęciami. W dwudziestoleciu międzywojennym Jastrzębia Góra stała się modnym kurortem, do którego chętnie ściągała elita z całego kraju. Nazywana była nową Warszawą. Winda powstała na stromym klifie, po to by łatwiej było dostać się na plażę. Na samej górze żelbetonowej wieży zaprojektowano taras widokowy. Niestety, wybuchła wojna i windy nie uruchomiono. Zaczęła działać dopiero w 1967 roku, przez dwa sezony. Potem wyłączono ją z użytku, bo klif zaczął się obsuwać. W 1982 roku, podczas sztormowej nocy, konstrukcja runęła na plażę. 

Zmierzmy się zatem z tymi ciekawostkami. Zacznijmy od Helu, a w zasadzie od Starego Helu, którego już nie ma, bo pochłonęły go bałtyckie fale... 

Stary Hel to osada, która naprawdę istniała. Znajdowała się około 1,5 km na północny zachód od obecnego miasta. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie powstała. Dokumenty, w których pojawia się Stary Hel pochodzą z XIV wieku. Co można powiedzieć o tej osadzie? Była dość bogata, a to dzięki obfitym łowiskom śledzi i dobrym układom handlowym. Helanie mieli winiarnie, karczmy, port i stocznie. Żyć, nie umierać! Niestety, ze względu na położenie – narażone ciągle na działania żywiołów, osada przestała istnieć – tak twierdzą historycy. Legenda, jednak mówi co innego. Stary Hel miał zniknąć przez grzechy mieszkańców. 

Nie zdradzajmy wszystkiego, bo warto sięgnąć do książki. Zapytam o co innego. Ponoć zwyczaj zażywania kąpieli w Bałtyku upowszechnili Francuzi...

To Anglicy pierwsi zaczęli zachęcać do morskich kąpieli. Uważali, że słona woda może mieć zbawienny wpływ na zdrowie. Ale kąpiele w Bałtyku rzeczywiście upowszechnili Francuzi, którzy  pojawili się na naszym Wybrzeżu po zakończeniu wojen napoleońskich. W końcu to lekarzowi z Alzacji zawdzięczamy rozwój kąpieliska w Sopocie, ale nie tylko. Doktor Haffner miał też spory wkład w powstanie kąpieliska w Gdańsku Brzeźnie. 

Okazuje się, że w dawnych czasach kąpiele w zimnym Bałtyku miały szerokie zastosowanie...

Można powiedzieć, że były lekiem na całe zło. Kąpiele w morzu miały wyleczyć histerię, reumatyzm, depresję, anemię, nawet paraliż. Brzmi niedorzecznie? Pewnie tak, ale te 170 lat temu nadmorskie kuracje cieszyły się sporym zainteresowaniem. A to za sprawą Anglików, którzy rozpływali się nad leczniczym zastosowaniem słonych kąpieli. Ta moda przywędrowała również nad Bałtyk. 

Wystarczyło kilka razy wejść do wody i choroby ustępowały?

To nie było takie proste (śmiech). Jeśli ktoś chciał podreperować swoje zdrowie, najpierw musiał się wybrać do lekarza. To on ustalał jak przebiegała cała kuracja. I tak pewien warszawski aktor miał przejść na dietę i codziennie przez 60 dni zażywać kąpieli w morzu. Bez względu na pogodę. Jakby tego było mało, obowiązywał cały szereg zasad, które określały jak prawidłowo się kąpać.  

Ponoć w XIX wieku nad Bałtykiem obowiązywała segregacja plażowiczów? Dlaczego na plażach wprowadzano osobne strefy i dla kogo one były przeznaczone?

Płeć piękna i płeć niebezpieczna na jednej plaży? Wykluczone. W XIX wieku po prostu nie wypadało razem wypoczywać nad wodą. Dlatego plaże dzielono na trzy części: dla pań, panów i małżeństw z dziećmi. Strefy wydzielały płachty z materiału albo płoty. Czasami wyznaczano nawet godziny kąpieli. Oczywiście nie wszystkim te zasady się podobały. Nie brakowało śmiałków, którzy nic sobie nie robili z tych ograniczeń. W Świnoujściu pewien młody Niemiec założył damski czepek i wpłynął do „damenbadu”. Wszystko po to, by poflirtować z urodziwą Polką. Takich mistyfikacji było więcej. 

Dzisiaj każdy z nas marzy o pięknej, brązowej opaleniźnie. Kiedyś jednak było zupełnie na odwrót, a plaże latem były pełne ubranych od stóp do głów ludzi. Dlaczego? 

Opalenizna była „zarezerwowana” dla biednych, dlatego bogaci kuracjusze tak skrupulatnie chronili się przed słońcem. Parasolki, długie suknie, rajstopy – każdy sposób był dobry, byle tylko uchronić się przed zarumienioną skórą. Zachowała się nawet relacja pewnej kobiety z Kołobrzegu, która nie zdołała uratować córek przed letnią opalenizną. Cóż to był za dramat! Matka bardzo bała się o swoje dzieci. Ale wcale nie chodziło jej o ewentualne poparzenia. Martwiła się, że gdy dziewczynki wrócą na stancję, będą wyzywane od wieśniaków. Kobieta była tak zdesperowana, że robiła im okłady z maślanki. Po co? Żeby je choć trochę wybielić…

Wszystko zmieniło się, gdy pojawiła się Coco Chanel. 

No właśnie, kiedy zaczęła się rewolucja w modzie plażowej i jak ona przebiegała?

Pierwsze kostiumy kąpielowe nie były ani ładne, ani przydatne. Tak naprawdę utrudniały zażywanie kąpieli. Szorstkie, grube materiały, kołnierzyki, pantalony – nie brzmi to zbyt zachęcająco. Duży wpływ na to jak później wyglądały kostiumy miała pierwsza wojna światowa. Stała się ona początkiem rewolucji obyczajowej. Mężczyźni ruszyli na front, a kobiety same musiały sobie radzić z codziennymi trudami. Były silne i niezależne, a to nie umknęło uwadze projektantów. Sama Coco Chanel forsowała styl kobiety-chłopczycy. Powoli stroje były coraz krótsze. W końcu kobiety nie wstydziły się pokazać łydek. Na kolejną rewolucję trzeba było poczekać na odważną Brigitte Bardot odzianą w skąpe bikini. 

Cofnijmy się jeszcze bardziej w czasie. Mamy XVIII wiek i na bałtyckie plaże wjeżdżają wozy kąpielowe.... 

Teraz takie wozy byłyby wielką atrakcją. Kilka wieków temu przede wszystkim pełniły funkcję użytkową. Miały skutecznie ukrywać wstydliwe plażowiczki przed ciekawskimi spojrzeniami podglądaczy. Jak? Pani wsiadała do wozu, który stał na brzegu, a ten po chwili wjeżdżał do morza. Jedne plażowiczki się przebierały, inne pływały nago. Po skończonej kąpieli wjeżdżały wozem na brzeg. Takich wozów używano np. w Sopocie. 

Dzisiaj na plażach królują parawany. Jakie inne ciekawe wynalazki plażowe można było spotkać nad Bałtykiem w dawniejszych czasach? 

Zanim pojawiły się parawany, popularne były grajdołki, czyli piaszczyste okopy na plaży. Te usypywali nie tylko dorośli, ale i dzieci. Przeglądając prasę z lat 80. natknęłam się nawet na artykuł, w którym opisano „wojnę” o grajdołek. Plażowicze uwielbiali też wiklinowe kosze. Te można było zobaczyć m.in. w Brzeźnie, Świnoujściu, czy Sopocie. Na szczęście na niektórych plażach znów pojawiły się te urocze „wiklinowe osiedla”. 

Co mają ze sobą wspólnego skoki narciarskie i polskie wybrzeże?

Nic, prawda? Większość osób tak by właśnie odpowiedziała. Wcale mnie to nie dziwi, bo ja też nie mogłam uwierzyć w to, że w Trójmieście w latach 1940-1970 uprawiano skoki narciarskie. Oczywiście nie miały one nic wspólnego z nowoczesnymi obiektami, na których teraz biją rekordy nasi skoczkowie. Te trójmiejskie skocznie często wykorzystywały naturalne ukształtowanie terenu. Skoczkowie, z którymi się spotkałam, wspominają, że „stawali na wzniesieniu i rzucali się w przepaść”. Nie mieli kombinezonów i kasków. Skakali w powyciąganych swetrach i na nartach znalezionych gdzieś w domowych piwnicach. Ale dawali z siebie wszystko. W Sopocie nawet ruszyły prace nad budową skoczni z prawdziwego zdarzenia…

I na koniec zapytam co Tomasz Raczek robił na transatlantyku Stefan Batory?

Spełniał swoje wielkie marzenie. I nie chodziło tutaj o udział w wycieczkowym rejsie. Tomasz Raczek nie zamierzał wylegiwać się w swojej kajucie, on chciał być marynarzem. Przez lata nie dawno mu żadnych szans, ale kiedy stał się już popularny, otworzyły się przed nim nowe możliwości. Prezes Polskich Linii Oceanicznych zaproponował Raczkowi posadę oficera rozrywkowego. Jego zadaniem było dbanie o dobre samopoczucie pasażerów. Jak? Organizował bale, pokazy mody, spotkania klubu dyskusyjnego. Na „Stefku” dużo się działo. Ale nie zdradzajmy wszystkiego.  

 

 

galeria