#FALE #REFLEKSY Radek Kobus

Autor:
Klaudia Krause

- W dzień obserwowałem morze i walkę z falami, wieczorem słuchałem opowieści wypalonych słońcem fighterów. Miałem swoje epizody z kajtem, ale szybko zorientowałem się, że moim zadaniem jest uchwycenie na płótnie ich namiętności do wody – mówi Radek Kobus, artysta, który przenosi fale na płótno.

Skąd pomysł na cykl „Fale i refleksy”? Dlaczego akurat fale zdecydowałeś się przedstawiać na płótnie? Masz styczność z surfingiem?

Przez wiele lat w sezonie windsurfingowym przebywałem w Dębkach i na Helu, gdzie organizowałem obóz muzyczny: "Dub Sound Camp", więc siłą rzeczy obracałem się w środowisku surferów. W dzień obserwowałem morze i ich walkę falami, wieczorem słuchałem opowieści wypalonych słońcem fighterów. Miałem swoje epizody z kajtem, ale szybko zorientowałem się, że moim zadaniem jest uchwycenie na płótnie ich namiętności do wody. Rozumiałem to i potrafiłem uwiecznić pędzlem ten dynamizm. Moje miejsce było przy płótnie. 

Patrząc na obrazy można odnieść wrażenie, że nie do końca chodzi tu o samą naturę?

Dokładnie jest tak jak mówisz. Nawet nie zawsze chodzi o same cechy natury. Na przykład we wspomnianej serii „Fale i Refleksy” to abstrakcyjne zapisy wibracji światła. Rożne zachowania światła na tafli wody, jego nieregularność, różne blaski i odbicia zaczęły mnie frapować. Obrazy związane ze światłem na wodzie, które są wycięte ze swojego naturalnego kontekstu, stają się abstrakcyjne i nie muszą być odczytywane jako natura. Za każdym razem, jak obserwowałem podobne zjawisko, to czułem, że to jest coś niezwykłego, że tu zachodzi jakaś magia.

Skąd czerpiesz inspiracje?

Natura jest dla mnie silnym źródłem inspiracji, staram się odkrywać rzeczy ukryte w najprostszych przedmiotach, które światło odsłania naszym oczom. Świat, który nas otacza jest cudowny, wystarczy się zatrzymać na chwilę i popatrzeć, chociażby na drzewa i liście tańczące na wietrze i skąpane w słońcu.

Kto najczęściej kupuje twoje dzieła?

Mam różnych klientów, którzy mają różne potrzeby. Niektórzy zamawiają obraz i chcą mieć konkretny temat. Wtedy to jest zlecenie, w które nie angażuję zbyt wiele moich emocji. Oczywiście nadaję temu tworowi swój styl, czasem jest to typowa dla malarstwa nowoczesnego lekkość i świeżość i powiedzmy sobie szczerze: „to się sprzedaje”. Tacy są na przykład moi zleceniodawcy zza zachodniej granicy. Najbardziej lubię klientów, którzy wybierają moje obrazy, bo identyfikują się z emocją, którą chcę ludziom sprzedać. Są to ludzie, którzy np. lubią podróże i w podróżach znajdują ukojenie i ucieczkę przed szarą rzeczywistością. Widok energicznie skręcającej się fali, tryskający, błękitny refleks przekazuje im energię, której doznali podczas jednego ze swoich energetyzujących wypadów. Seria „fale i refleksy” spotkała się z dużym entuzjazmem ludzi, którzy odnaleźli sens życia w sportach wodnych, jest to ich zawód lub pasja. Co ciekawe, ludzie związani z biznesem szczególnie doceniają ten żywioł. Patrzenie na wodę i jej bezkresny horyzont daje im spokój i pokorę.

Do cyklu została stworzona specjalna ścieżka dźwiękowa, czemu miał służyć ten zabieg?

To zapis nagrań plenerowych, a dokładnie dźwięki wody, które zostały tak przetworzone w studiu, żeby podkreślić abstrakcyjną i odrealnioną stronę tych obrazów. 

Na początku roku twój cykl został przedstawiony na wernisażu w sopockiej Siatce, teraz prace dostępne są w Saatchi Art., w jednej z największych na świecie internetowych galerii sztuki. To wielki sukces. Czujesz się spełniony?

Powiem tyle: największe spełnienie dają mi chwile spędzone nad płótnem i możliwość malowania, a kolejne sukcesy są budujące i działają jak motor do pracy. 

Czy w świecie, w którym żyjemy, mam tu na myśli przede wszystkim schematyczność i konsumpcjonizm, ciężko tworzyć?

Żyjemy w świecie, w którym dostęp do informacji i wiedzy jest praktycznie nieograniczony. Internet i jego zasoby są źródłem inspiracji. Dla twórczych i otwartych umysłów to wspaniały czas, gdy o tym myślę to przychodzi mi na myśl epoka Odrodzenia. Widząc tyle różnych światów czasem trudno mi się sprecyzować i skupić na jednym temacie czy technice, jednak w tworzeniu dla mnie najważniejszy jest sam proces - ta magiczna chwila, w której nie odczuwam upływu czasu, nic poza farbą, płótnem i mną mnie nie istnieje. W zasadzie właśnie dlatego maluję, bo jest to dla mnie jedno z piękniejszych doznań.  

Zamiłowanie do rysowania i malowania wykazywałeś już w najmłodszych latach? Należałeś do tych szczęśliwców, którzy od razu wiedzieli w jakim kierunku chcą pójść?

Już jako dziecko miałem lekkość w przelewaniu na papier kształtów i ich przestrzenności. Moją pasję zaczęły pielęgnować mama i babcia, które zawsze z dużym ożywieniem podchodziły do moich rysunków, pokazywały je gościom i wieszały z całym ceremoniałem na ścianie. Czułem wtedy, że robię coś ważnego i że robię to dobrze. Gdy miałem pięć lat babcia zaczęła ustawiać dla mnie kompozycje martwej natury. W szkole zacząłem być już bardziej cwany i wykorzystywałem tą umiejętność. Byłem lubiany, dziewczyny prosiły mnie żebym malował im rysunki na zajęcia plastyczne. 

Czyli props od małego! Wyczytałam, że zajmujesz się nie tylko malarstwem, ale też grafiką, instalacjami i nagrywaniem dźwięków. Co było najpierw?

Dorastałem w czasach, gdy ciężko było o plakaty czy koszulki swoich idoli. To był dobry czas na rozwój artystyczny bo plakaty, które robiłem czy wspomniane koszulki z wizerunkami zespołów punkrockowych czy metalowych miały swój niezły, podwórkowo-szkolny rynek zbytu. W tamtych czasach to było dodatkowe kieszonkowe. W ten sposób stawiałem pierwsze kroki w arkanach grafiki i uczyłem się syntetyzowania graficznego. 

Podwórkowy artysta kreślący na koszulce logo Slayera albo portret Zacka de la Rocha – chyba nie mogło być lepiej! 

W tamtej chwili raczej nie (śmiech)! Dźwięk też zawsze był dla mnie istotny, muzyka od zawsze towarzyszyła procesowi malowania czy rysowania. W poruszaniu się po świecie obrazu i dźwięku operuje się podobnymi określeniami jak: barwa, przestrzeń, tonacja, cień. Takie myślenie spowodowało zainteresowanie się kreowaniem dźwięków i kupnem pierwszych syntezatorów, i tak, 15 lat temu stworzyłem studio nagraniowe w słynnej Gdańskiej Kolonii Artystów. 9 lat temu wszystkie pracownie przeniesiono do budynku dyrekcji i do dziś moje studio stanowi dla mnie przestrzeń do swobodnego wypowiadania się.

Patrząc na Twoje dzieła, nasuwa się jedno - przekraczasz schematy.

Przekraczanie schematów to rozwój. Jak dowodzi historia sztuki wszystko, co wykraczało poza swoje granice z początku spotykało się z kpiną czy agresją, by potem stać się czymś, co zapisze się w historii i spowoduje lawinę zmian w tradycyjnym postrzeganiu. Jak ktoś kiedyś powiedział: „Człowiek pokorny przystosowuje się do świata, niepokorny przystosowuje świat do siebie. Stąd wszelki postęp bierze się od tych drugich”.

Ktoś kiedyś powiedział też, że bez błędu nie ma rozwoju i trzeba sobie czasem pozwolić na to, żeby coś nie wyszło. Zgodzisz się z tym czy jesteś raczej perfekcjonistą?

Proces twórczy jest pełen frustracji przeplatanej z euforią. To rozległa sinusoida. W malarstwie błąd jest kwestią kompletnie subiektywną. Bardzo często jest tak, że pracuję nad obrazem dwa miesiące, żeby go potem całkowicie zamalować. 

Traktujesz malarstwo nie tylko jako pasję, ale przede wszystkim jako pracę? Czy może odwrotnie?

Nie znam nikogo kto by w pracy przesiadywał tak długo i zapamiętale, często zapominając chociażby coś zjeść (śmiech), a więc zdecydowanie pasja. Sprzedaż obrazów to jakby skutek uboczny, często jest wybawieniem, gdy obraz absorbuje zbyt wiele emocji. Ludzie odwiedzają studio, w którym maluje i czasem ratują dany obraz przed kolejnymi zmianami lub całkowitym zamalowaniem. Proces twórczy jest ucieczką, ukojeniem, bo wchodzi się do innego świata, ale jest też źródłem frustracji.

Co robisz, gdy nie malujesz?

Maluję dźwiękiem. Jeżdżę na rowerze uzbrojony w rejestrator dźwięku i nagrywam szelest lasu, głosy ptaków i wody. Zabieram potem te „kolory natury” do mojego studia nagraniowego i komponuję ścieżki dźwiękowe, które są później dopełnieniem mojej wizji przy wystawach. Oprócz tego zajmuję się wieloma gatunkami muzycznymi, tworzę utwory od podstaw, zapraszam wokalistów i zespoły. Fotografuję też, aby zatrzymać emocje, które posłużą mi potem do obrazów.

Jednym słowem, nie marnujesz czasu! Nad czym obecnie pracujesz?

W tej chwili krystalizuje sie materiał dźwiękowy, który finalnie wejdzie na płytę „Fluktuacje”. Jest to mój autorski projekt, w których wszystkie utwory tworze od podstaw. Domykam także rozmowy dotyczące wystaw, które jak wiadomo zwykle są planowane z dużym wyprzedzeniem.

Ostatnie pytanie już nie jest związane z twórczością, ale rzeczą zdecydowanie przyziemną, czyli kasą. Jako osoba żyjąca ze sztuki jak oceniasz kondycję rynku sztuki współczesnej? 

Żyjemy w erze kompletnego konsumpcjonizmu. Ludzie mają coraz więcej wyrafinowanych potrzeb. Chcemy ładnie mieszkać, bywać, latać po świecie, otaczać się ładnymi przedmiotami. Patrzymy na jakość. Jeśli masz w domu ekspres do kawy za 10 tysięcy, nie możesz powiesić w salonie wydruku z Ikei w antyramie. Kupowanie sztuki zaspokaja też potrzebę duchową. Można to porównać do inteligentnej rozmowy czy dobrej książki. Kupując obraz zabierasz do domu unikatową cząstkę kogoś. Przełożenie na płótno jakiegoś widoku czy osoby, zapamiętanego momentu przechodzi przez oko artysty, przez jego przeżycia i unikatową osobowość, czyli tysiące filtrów, a więc kupujesz kawałek zagiętej czasoprzestrzeni. Kolejne czynniki, dla których ludzie kupują obrazy to chęć wsparcia artysty i biznes, czyli konsumpcjonizm, snobizm i wrażliwość. Zdecydowanie rynek sztuki w Polsce ma się dobrze.

Dzięki za rozmowę!

 

 

galeria