Parawodna, czyli Piotr Cichocki i Monika Gibes

Autor:
Klaudia Krause

- Nie jedziemy do Rio na wycieczkę, tylko po to, żeby wygrać te regaty, wygrać igrzyska olimpijskie – mówią zgodnie Piotr Cichocki i Monika Gibes. On, żeglarz z ogromnym doświadczeniem, długą listą startów i niezwykłą historią. Jedną z wypraw przypłacił utratą zdrowia, mimo to nie poddał się i z pływania nie zrezygnował. Ona, niepełnosprawna od urodzenia, dwa lata temu uzyskała coś czego każdy pożąda – pasję, która wypełniła jej życie. Razem - mimo, że dzieli ich różnica pokoleń i tysiące mil morskich doświadczenia - tworzą zgrany super team. Tak, zgrany, że dwukrotnie zdobyli już Mistrzostwo Świata. W ekskluzywnym wywiadzie dla W Ślizgu! opowiadają o swojej drodze do RiO, o tym co już osiągnęli, a co jeszcze chcieliby. O blaskach i cieniach żeglowania w polskiej rzeczywistości.

Jesteście tegorocznymi mistrzami świata Delta Lloyd 2016 Para World Sailing Championships, czy to wasze największe osiągnięcie? 

Piotr Cichocki: Na swoim koncie mamy dwa tytuły Mistrzostw Świata – MŚ Para World, te dla nas bardziej ważne, gdzie startowali wszyscy zawodnicy, z którymi będziemy się ścigać na Igrzyskach Olimpijskich, a tydzień później odbyły się Mistrzostwa Świata Hansa Class, to federacja, która jest producentem naszej klasy. To były dwie niezależne imprezy i obie udało nam się wygrać.

Spodziewaliście się takich wyników?

PC: Tak naprawdę po to pływamy. Pływam 48 lat, to jest moja wielka pasja i mam cichą nadzieję, że Moniki też kiedyś będzie. Myślę, że to kwestia wyborów życiowych – niektórzy poświęcają się pisaniu gazet, inni remontowaniu dróg, a jeszcze inni żeglarstwu. Ja poświęciłem się żeglarstwu w 100%, w obu nogach mam endoprotezy i z tej racji mogę startować w Igrzyskach Paraolimpijskich. Tak naprawdę najważniejszą rzeczą w żeglarstwie paraolimpijskim jest zdobycie kwalifikacji medycznej, a później to już idzie z górki.

Miałam okazję zobaczyć jak pływacie, potrzebujecie chyba tyle samo siły, co sprawni żeglarze?

PC: Taka prawda. Całe życie żeglowałem za sterem i tak też zaczęliśmy z Moniką na początku – ja za sterem, a Monika jako załogant. Jednak szybko okazało się, że taka konfiguracja jest niemożliwa. Dokładnie trwało to 4 dni jak Monika się przesiadła na ster i po tym krótkim czasie pojechaliśmy na naszą pierwszą pucharową imprezę Garga Olimpic Week nad jeziorem Garda we Włoszech. No i tam rzeczywiście się działo, może Monika coś opowie.

Monika Gibes: Pamiętam, kiedy tak strasznie wiało, już jesteśmy na wodzie, szykujemy się do wyścigu i mówię do Piotrka: „ja nie płynę, po prostu nie płynę, nie chcę”. Jednak okazało się, że to był nasz najlepszy wyścig w całych zawodach. 

PC: Wiedziałem co się święci, uspokajałem Monikę, widziałem w jej oczach to przerażenie, ale nie było mowy o odwrocie.

Moniko, chyba łatwiej się pływa jak ma się takiego doświadczonego załoganta u boku.

MG: Jasne że tak, trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. 

PC: Dzięki córuniu, dzięki. Abstrahując, miałem kiedyś takie regaty, że na 8 osób tylko 3 coś potrafiły, a reszta nigdy w życiu nie pływała, wygraliśmy zawody. Później okazało się, że jak spojrzeli na mnie, na to co robię na łódce, na mój profesjonalizm, to uwierzyli, w ogóle się nie bali. To ja się bałem, nie oni, a powinno być całkiem odwrotnie.

Czy przywieziecie nam złoty medal z Rio? Jakie są cele?

PC: Każdy z nas myśli tak samo, my nie jedziemy do Rio na wycieczkę czy po to, aby być w pierwszej trójce. Jedziemy tam po to, żeby wygrać te regaty, wygrać igrzyska olimpijskie i myślę, że je wygramy.

I to jest porządna deklaracja!

PC: Nie nazwałbym tego deklaracją. Za dużo pracujemy, za dużo się dzieje, do tego mamy potwierdzenie w postaci naszych wyników. Poza tym mój dobry kolega, trener kadry narodowej RS:X, Paweł Kowalski, powiedział, że w Rio są takie warunki jak nad Zalewem Zegrzyńskim, a ja nad Zalewem Zegrzyńskim mogę pływać z opaską na oczach. 

Jaka jest wasza recepta na sukces?

PC: Praca, praca, praca. A to rzeczy, o których tak naprawdę nikt nie wie. W marcu wyjechaliśmy do Medemblik, gdzie powietrze miało 8 stopni, woda 8 stopni i wiało 28 węzłów. I nie ma przebacz. To są właśnie te chwile, gdzie się sprawdzamy. Nasz sparing partner, Holender potrafił wypłynąć na godzinę i powiedzieć: „dziękuję, na dzisiaj koniec”, przy czym my trenowaliśmy 3 razy dłużej. Gdybyśmy mogli wytrzymać dłużej to pewnie byśmy pływali, ale było naprawdę zimo. Jednak najbardziej trzeba oddać hołd naszemu trenerowi, Grzegorzowi Prokopowiczowi, on się dużo mniej rusza na tej motorówce, a mimo wszystko cały czas jest z nami, pomaga w trymach łódki, ustawianiu trasy.

Jakie plany przed igrzyskami? Jaki macie program na ostatnie tygodnie?

MG: Na początku lipca jest zgrupowanie do Rio, a potem szykujemy się na wyjazd do Hagi. Tam czeka na nas ten sam sparing partner Holender, jednak nie to jest najistotniejsze. Najistotniejszy jest fakt, że w Hadze, podobnie jak w Rio będą prądy i taką żeglugę chcemy potrenować.

Jak często trenujecie? 

PC: Jak mamy zgrupowania to wychodzimy na wodę dzień w dzień, ale są takie momenty, że musimy od czasu do czasu od tego odpocząć. To nie jest kwestia tego, że czegoś nie potrafimy, tylko raczej doszkalamy to co umiemy. Jednak nie możemy stracić kontaktu z wodą, żaglami, z tym co robimy. Zmierzamy do celu prostą drogą. Od początku roku przepływaliśmy ponad 250 godzin, co jest praktycznie niemożliwe w naszej rzeczywistości. Mieliśmy taki wywiad w Melbourne, po naszych sukcesach, to od razu pisali o nas jakbyśmy weszli na księżyc. Dla nich to było zadziwiające, że niektórzy pływają po 12 lat, a tutaj nagle polska załoga usiadła na łódkę i w przeciągu półtora roku jest 5 w Mistrzostwach Świata, za chwile 3 w Pucharze Świata.

Żeglowanie regatowe osobom pełnosprawnym przysparza wiele trudności, a co dopiero niepełnosprawnym. Jak to wygląda technicznie?

PC: Myślę, że jest to bardziej pytanie do Moniki, bo ona ma lepszą klasyfikację ode mnie.

MG: Mam wszystko na tyle przystosowane do siebie, że czuję się komfortowo. Mam w sterach zrobione przyciski, które pozwalają mi się przechylać razem z łódką, fotel, na którym siedzę też jest zrobiony specjalnie pode mnie przez Piotra zresztą.

A gdyby była taka sytuacja, że łódka się przewraca? Co się dzieje? Jak jesteście zabezpieczeni?

MG: Łódka się nie przewróci.

PC: Monika już wie, że ta łódka jest niewywracalna. Są sytuacje, że może się bardzo mocno przechylić na bok, ale jeszcze nie widzieliśmy takiego przypadku, w którym ta łódka, by się przewróciła. Wszystko jest policzone, bulba, która waży 160 kg  jest umieszczona pod łódką i równoważy ten wiatr. Jednak zdarzyło się tak, że zapomniałem zamknąć klapę, z której wychodzi genaker. Krótka, cięta fala, duży wiatr i zaryliśmy w fale tak, że łódka zaczęła jechać dziobem pod fale i ta cała woda, która tam mogła się dostać, dostała się do środka. Jednak to nic takiego, kwestia chwili, zrzuciliśmy genakera, odpaliliśmy i woda wyleciała. Myślę, że na ten temat można napisać książkę. Żegluga sama w sobie to połączenie technologii materiałowej z technologią naszego ciała i techniką naszego żeglowania.

Moniko, skąd pomysł żebyś wsiadła na łódkę?

MG: Zawszę się z tego śmieję, ale Piotr zwyczajnie mnie znalazł. Byłam instruktorem w fundacji akademii rehabilitacji w Warszawie i to był moment kiedy rzadko chodziłam na te zajęcia, po prostu zawsze miałam inne rzeczy na głowie. Jednak tego dnia akurat byłam…

PC: W tym dniu, w którym ja się pojawiłem. Znaleźć drugą osobę, w moim wypadku kobietę do tego żebyśmy stworzyli coś, to uwierz mi, wśród niepełnosprawnych nie jest łatwo. Nie musiałem przekonywać Moniki jakoś szczególnie, ale też nie było tak, że od razu się zgodziła. 

Nie miałaś wcześniej nic wspólnego z żeglarstwem? 

MG: Nie, nawet nie wiedziałam, że taka klasa istnieje. Gdzieś tam ze sportem miałam do czynienia, ale z żaglami nigdy. Wtedy pojawił się Piotr, oczywiście wszyscy moi koledzy bardzo mnie namawiali i w zasadzie mówiąc pół żartem pół serio chcieli od razu zmienić płeć, bo potrzebna była właśnie kobieta. Dwa dni później zadzwoniłam do Piotra, spotkaliśmy się, pogadaliśmy. Mam duże problemy z kręgosłupem, bo mam wstawiony implant, więc z tego względu też się obawiałam czy sobie poradzę.

A co powiedział Piotr, że zdołał Cię przekonać?

MG: Powiedział, że wygramy wszystko, co będzie do wygrania. Jednak z drugiej strony stwierdziłam, że żal z takiej przygody nie skorzystać. Jestem człowiekiem, który tak naprawdę chwyta się wielu rzeczy. Może tego nie widać, ale staram się brać z życia jak najwięcej, pomimo wózka. Wózek nie jest dla mnie żadną przeszkodą.

Dobrze się czujesz na wodzie?

MG: Na początku były momenty, gdzie bardzo się bałam, ale przełamałam się, przełamałam strach i tak już zostałam.

Powiedz, jak to jest możliwe, ze pływasz zaledwie 2 lata, a już jesteś na tzw. topie? 

MG: Mam Piotra, tylko tyle! To jest cały klucz. 

PC: Ten klucz jest dość oczywisty. Sprawa jest prosta, trenujemy wszystko co mamy do wytrenowania mechanicznie i wypracowujemy to, a jeżeli chodzi o samą żeglugę, to ja czytam, a mała jest po prostu moimi rękami. Jednak, gdyby była wyłącznie samymi rękami i nic z tego nie wyniosła, to nie tworzylibyśmy takiej dobrej załogi. 

Myślisz, że potrzeba wielu lat doświadczenia?

MG: Tak jak powiedział Piotr, jestem tylko albo aż jego rękami. To się przekłada na to, że on mówi mi jak płynąć, gdzie płynąć, bo on to widzi, ma wyczucie, on to czuje każdym zmysłem.

PC: Najważniejsze jest to,  żeby Monika nauczyła się tych pewnych manewrów, zwrotów, odpadania oraz startów, które są najważniejsze. 

Ludzie sprawni boją się pływać regatowo, mają obawy, boją się wody, przechyłów, prędkości, żywiołu, jak to jest robić coś, czego boją się zdrowi ludzie, a Ty jesteś w dodatku na wózku?

MG: Przychodzi taki moment, gdzie po prostu człowiek nie może sobie powiedzieć: „nie, nie pływam dalej, bo się boję”. Nie, trzeba było zagryźć zęby, zawalczyć o to żeby tą barierę przełamać, bo tak naprawdę nie ma się czego bać. Wszystko siedzi w naszej głowie. Jak sobie poukładamy, że chcemy coś osiągnąć i mamy tą pewność, że damy sobie z tym radę, to po prostu działamy. 

Piotrze, jak trafiłeś do kadry paraolimpijskiej? Do 2000 roku, kiedy popłynąłeś w wyścigu wokółziemskim The Race 2000 na pokładzie „Warta Polpharma” byłeś pełnosprawnym żeglarzem. 

PC: Nabawiłem się choroby zwanej jałową martwicą głowy kości udowej obustronnej, na sympozjum lekarskim 49 lekarzy stwierdziło, że jestem pijakiem i alkoholikiem. Ani nie jestem pijakiem, ani nie jestem alkoholikiem. Myślę, że jałowa martwica jest przyczyną tego, że płynąłem w tym wyścigu i mój organizm przestał tam normalnie funkcjonować. Jedliśmy liofilizowane jedzenie, nie łykaliśmy żadnych suplementów diety, piliśmy wodę z odsalarki… Najgorsze jest to, że szef teamu zapomniał o tym, że byłem jego przyjacielem i przez 4 lata w ogóle się do mnie nie odzywał. W dodatku opowiadał, że jak już wszedłem na jacht to byłem chory. A tak naprawdę nikt by mnie nie wpuścił na jacht w takim stanie. To jest tak, że czym większe sukcesy, tym więcej wrogów. Dzisiaj klepią cię po plecach i mówią mistrzu, ale jestem taki sam jak byłem, bo nic się w moim życiu nie zmieniło. Do niej możecie mówić mistrzyni, bo zrobiła bardzo duży krok, taki 7 milowy.

Dalej odczuwasz tą samą radość z żeglowania?

PC: To wszystko postępuje naprzód, mamy sukcesy, więc jeszcze bardziej się nakręcam. Jest tylko jeden fakt, nad którym ubolewamy, a mianowicie na naszych sukcesach paradoksalnie cierpią najbardziej nasze rodziny.  Ten sport to spore wyrzeczenia. Ostatnie święta wielkanocne spędziliśmy z Moniką na wodzie. I nie ma przebacz. Ja myślę, że na nasz sukces składa się w dużej mierze zrozumienie naszych rodzin. Ja nigdy w życiu nie miałem żadnych planów, a teraz: wygrywam igrzyska i 4 dni po przylocie biorę ślub na statku u mojego przyjaciela w Giżycku, a później podroż poślubna na Karaiby… Popłynąłem, pewnie skończy się na Mazurach. Nie mamy walizek pieniędzy tak naprawdę.

Kto was sponsoruje?

PC:  Głownie Ministerstwo Sportu i Polski Związek Żeglarski. Od roku jesteśmy też pod skrzydłami Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, to byli ludzie, którzy trochę zaryzykowali, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy takich sukcesów. Te 3 duże instytucje państwowe nam sprzyjają. Nie mamy żadnych pomocniczych sponsorów, ale nie ma takiej rzeczy, której nie mamy, a którą byśmy potrzebowali. Ten sport nie jest tani, wymaga dużego finansowania, nam się udało. Myślę, że to wielki sukces w tej kwestii, że nie musimy dokładać praktycznie nic ze swojego budżetu.

Członkowie kadry olimpijskiej są również w Energa Sailing Team. Wy również?

PC: My nie należymy do Energa Sailing Team, tylko do PZŻ, a Energa sponsoruje tam poszczególnych zawodników, nie wiem czy o nas tam pamiętają. Za to pamięta o nas uczelnia, klub, w którym pływamy – Olsztyńska Szkoła Wyższa. Oni bardzo nas wspierają, dostajemy stypendium pomocnicze oraz łódki. Tak naprawdę, gdyby nie zakup pierwszych dwóch łódek, to nie istniałaby ta klasa w naszym kraju.

Łódki były robione pod Monikę?

PC: Pod Monikę robiony jest fotel, który ma dla siebie. Cała reszta wygląda w ten sposób, ze łódka wychodzi z fabryki i musimy wszystkie elementy dopasować do nas. Nie zrobilibyśmy żadnego kroku, gdybyśmy nie pojechali na pucharowe imprezy w świecie. Trzeba było ich podpatrywać, robić zdjęcia, przyjeżdżałem do domu, siedziałem i sam dłubałem. W ten sam sposób przygotowaliśmy dwie łódki. Jedna jest w Rio, a druga tutaj. Ta mistrzowska jest tutaj, ale tamta będzie łódką, która wygra igrzyska. Tamta pływa szybciej, tak myślę. To są bardzo trudne decyzje, naprawdę, zagraliśmy va banque.

Pływacie na Skud 18, jaki stopień niepełnosprawności dopuszcza ta łódka?

PC: Każdy, oprócz takich ludzi, którzy kompletnie nie maja sprawnych rąk. My spotkaliśmy się nawet z takim przypadkiem, że człowiek na specjalnie przygotowanej łódce sterował językiem. Mamy też wśród konkurentów Australijczyka, który ma polskie korzenie. On ma taką chorobę, że tak jak Monikę wsadzają go do fotela, ale ręce, końcówki rąk przypinane są rzepami do sterowników i jest naprawdę bardzo dobry, naprawdę kot.

Czy przepisy są takie same jak w regatach osób pełnosprawnych?

PC: Jedyną rzeczą, która się zmieniła dla nas z racji niepełnosprawności to kara, którą wykonujemy – nie mamy 720 stopni jak reszta, tylko 360. Wszystkie przepisy oprócz tego są takie same, te same książki czytamy i tego samego się uczymy.

Czy paraolimpijczykom jest trudniej się przygotować?

PC: Dlaczego? 

Chodzi o fizyczność.

PC: Od momentu kiedy mam do czynienia z tymi bardziej poszkodowanymi przez życie ludźmi to uważam, że są oni mocniejsi od tych zdrowych. 

MG: Nie ma z tym problemu. Ja np. jak jestem w domu to chodzę na siłownię, mam trenera, który przygotował mi specjalne ćwiczenia, które mogę wykonywać na rożnych przyrządach, to możliwe. 

PC: Jak ludzie patrzą na mnie z boku to dziwią się co ja tam robie, ale to nie ja dałem sobie klasyfikację medyczną, po prostu staram się utrzymać formę, kondycje i działam. Tak naprawdę jestem cyborgiem, bo w dwóch nogach mam endoprotezy i w każdej chwili mogę się rozjechać, dlatego uczulam moich kumpli, żeby nie targali mnie za nogi  (śmiech).

W Polsce mało kto wie o waszych sukcesach.
Do mediów przebijają się krótkie informacje. Dlaczego?

PC: Uprawiamy bardzo niszowy sport. Takich zawodowców jak my jest garstka, a wszystkich ludzi, którzy uprawiają żeglarstwo w naszym kraju jest 2 miliony, a na 38 mln to naprawdę niewielki procent. Wracaliśmy z medalem z Holandii, a w radiu tylko o przygotowaniach naszych piłkarzy do Mistrzostw Europy. Czy ktoś słyszał o nas?

Załóżmy, że przyjeżdżacie ze złotem z Rio, wiecie co się będzie działo medialnie?

PC:  Zdaję sobie z tego sprawę, ale mamy ten komfort, zawsze można powiedzieć „wcześniej was nie było”. Będziemy mieli tą swobodę, a ja coś takiego lubię.

Czy macie w Polsce konkurencję?

PC: Kwalifikację do IO wywalczyliśmy my, ale o sam start w IO już musieliśmy walczyć z naszą konkurencję w Polsce. Mieliśmy straszne kłopoty z nimi… na 20 wyścigów, 20 wygraliśmy. Muszę zaznaczyć, że wtedy Monika nie umiała jeszcze tego wszystkiego, co potrafi teraz.

To nie wyobrażam sobie w jakiej formie będzie na Igrzyskach…

PC: Tutaj chodzą takie słuchy żebyśmy się nie spalili, ale nie ma możliwości żeby się spalić jak człowiek pewnie się czuje. Cieszę się z tego, że poznałem Monikę i nie mówię tego pod publikę czy do szkła. Jakby jej nie było to trafiłbym na kogoś innego, ale nie wiadomo czy byłby lepszy. Przeszliśmy już przez etap trymowania łódki, ale teraz jak już pływa szybko, to zostaje kwestia tego żebym inaczej ułożył rękę, Monika inaczej pociągnęła ster, żeby to dopracować mamy jeszcze kilkadziesiąt dni. Dzisiaj mamy tytuły Mistrzów Świata, mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości zostaniemy jeszcze Mistrzami Olimpijskimi.

I tego Wam i sobie życzę.