Kitesurfing w błysku fleszy. VICTOR BORSUK

Autor:
Klaudia Krause
Michał Stankiewicz

Startowanie w zawodach od zawsze było moją pasją, jednak w pewnym momencie zaczęły pojawiać się coraz poważniejsze kontuzje, które bardzo utrudniają bycie w szczytowej formie. Kocham kitesurfing i chciałbym zostać w tym sporcie, dlatego teraz wolę challenge, chcę komercjalizować ten sport – mówi Victor Borsuk, siedmiokrotny mistrz kraju w kitesurfingu i najbardziej rozpoznawalny kitesurfer w Polsce. W wywiadzie dla W Ślizgu! opowiada o swoim pomyśle na kitesurfing, o udziale w Agencie Gwiazdy, nowych projektach i ścieżce, którą obrał.

Szykujesz się teraz do bicia jakiegoś nowego rekordu?

Mam kilka niestandardowych projektów, które chciałbym wykonać, ale póki co żadnego bicia rekordu jeszcze nie wymyśliłem. Mam pomysł, ale teraz nie chcę go realizować, bo on niestety wiąże się z dużym ryzykiem, a ja chciałbym jeszcze trochę pożyć (śmiech).

Czyli rekord, który pobiłeś w Rewie był ostatni?

Absolutnie nie, w moich ustach słowo „ostatni” byłoby bluźnierstwem. To była akcja, do której naprawdę sporo się przygotowywałem, jednak kiedy po wszystkim, już na spokojnie pomyślałem, to faktycznie, może nie było to do końca rozważne. Wszystko poszło idealnie, ale jakby cokolwiek poszło nie tak to dzisiaj nie siedziałbym tu z wami.

Powiedziałeś, że to nie było rozważne, w jakim sensie?

Byłem dobrze przygotowany do akcji, natomiast ryzyko było ogromne. Jak spada się z 68 metrów to z człowieka niewiele może się uratować. Wielokrotnie śniło mi się, że spadam, że coś mi pęka, jednak ryzyko to nieodłączny element bicia jakichkolwiek rekordów, wszystko odbywa się na granicy odpowiedzialności. 

A może to moment na bicie rekordów świata, inni światowi kitesurferzy polecieli bardzo wysoko, ponad 200 metrów.

Pierwszy wymyśliłem sobie, że wzbiję się na pewną wysokość za pomocą auta. Oni faktycznie śrubują coraz to większe wysokości, zaczyna się zakładanie spadochronów, nie ma tutaj już żadnych granic.

No właśnie, jak jest z tą granicą?

Granica to chyba nic innego jak ciężar liny. Nikt o tym nie pomyśli. Jak już chcesz wylecieć ponad kilometr do góry to ta lina siłą rzeczy będzie ważyła dosyć sporo, nawet jak mamy te specjalistyczne, które nie nasiąkają wodą to ma ona swój ciężar. W pewnym momencie kite zwyczajnie nie wyciągnie nas do góry.

Tylko lina? A atmosfera, utrata nośności wraz z wysokością?

Na jednym kilometrze w powietrzu jeszcze będziesz oddychał, to akurat nie jest problem. Postawiłbym mimo wszystko na ciężar liny i po prostu – wytrzymałość sprzętu. To nie jest sprzęt do latania, są tu cztery linki, jak jedna pęknie to człowiek spada. W spadochroniarstwie tych linek jest trochę więcej…

Czyli bardziej sprzęt niż umiejętności.

Chyba jednak sprzęt. Jeżeli ktoś zawodowo uprawia sport to wystarczy tylko jak będzie miał odwagę to zrobić. 

No i z pewnością także budżet.

Oczywiście. W tym przypadku już nie polegasz tylko na sobie, a na całym gronie ludzi, którzy są częścią takiej akcji. Do tego dochodzą zabezpieczenia medyczne, odpowiednia motorówka, dobry timing.

Czy challenge, rekordy, to Twój sposób na kitesurfing?

Tak, bo kitesurfing to wciąż sport niszowy. Żeby skupić uwagę ludzi wokół tego sportu i rzeczywiście go rozwinąć trzeba robić nietuzinkowe akcje. Niestety w każdym sporcie niszowym, jak już dawno temu pokazał Red Bull, żeby zostać zauważonym, trzeba zrobić coś z efektem „wow”, m.in. dlatego budują skocznie dla snowboardzistów w samym środku miasta – to jest coś co faktycznie robi wrażenie. Zrozumiałem to, kiedy podpisałem umowę z międzynarodową agencją, która zajmowała się tylko i wyłącznie marketingiem przez sporty ekstremalne. Oni właśnie robili tego typu akcje i promowali się poprzez tych zawodników, których sami tworzyli przez swoje akcje. Temat sponsoringu w Polsce, pomimo, że wydaje się już znany, niestety jeszcze kuleje. 

Czyli na challenge łatwiej dzisiaj pozyskać kasę niż na start w zwykłych zawodach sportowych?

Jest tak jak mówisz. Łatwiej jest pozyskać pieniądze na projekt niż na zwykły sponsoring. Jeżeli ktoś powie do sponsora – „dajcie mi pieniądze, bo będą startował w Pucharze Świata”, to raczej nikt go nie wesprze. Jednak, gdy zrobi ze swojego startu w zawodach projekt, to już zupełnie co innego. Jeżeli do startu dołożymy akcję, w której kręcimy materiał, który będzie publikowany w dziesięciu różnych mediach, do tego livestreaming, social media, to powstaje nam projekt, który już możemy sprzedać. To jest ta różnica w myśleniu, jak wychodzimy z ofertą trzeba pomyśleć o tym jaką korzyść dajemy drugiej stronie. Właśnie dlatego wspomniane challenge są fajne, bo to projekt, który przygotowujemy od A do Z.

Startujesz w zawodach? Coś dawno nie było Ciebie na listach startowych.

W tym roku chciałem startować, jednak miałem kontuzje barku. Dwa lata temu byłem wicemistrzem Polski, a teraz borykam się z kolejną kontuzją, ponieważ oderwałem sobie obojczyk od stawu. Bardzo chcę, ale teraz stan zdrowia zwyczajnie mi na to nie pozwala.

Czyli nie tylko budżety pokierowały Tobą na ścieżkę challengową zamiast zawodniczej, ale kontuzje.

Oczywiście chciałbym startować, to była moja pasja od zawsze, ale rzeczywiście jest tak, że w pewnym momencie kontuzje cię ograniczają i wykluczają. Z drugiej jednak strony jest tak, że chciałbym zostać w tym sporcie, dlatego wolę robić challenge i komercjalizować ten sport. 

A co Cię najbardziej poci2ąga w kitesurfingu?

Lubię kitesurfing od A do Z, lubię się ścigać, poskakać, lubię tą wolność, ewolucje i podróże z tym związane. W tym sporcie można zrobić wszystko, nie ma tu ograniczeń wiekowych.

A kiteracing, czyli klasyczne ściganie się?

 Nie brałem jeszcze udziału w tego typu zawodach, miałem okazję robić to amatorsko, tu chodzi o formę rywalizacji. Połączenie sportu, który kochasz razem z taką rywalizacją, absolutnie tak. Nie jest to mój kierunek, bo jestem z tych którzy bardzo szybko się nudzą, a ewolucje czy triki powodują, że zawsze możesz uczyć się czegoś nowego. 

Nie masz wrażenia jak dzisiaj obserwuje się kitesurfing i jego wszystkie odmiany, że ten sport pęcznieje? Powstają kolejne odmiany i podgatunki, następuje rozproszenie, a przez to trudniej zgromadzić mocną stawkę w jednej wiodącej konkurencji.

Jest to przede wszystkim sport indywidualny. Jesteś zależny od siebie, tyle ile ludzi, tyle odmian tego sportu. Oczywiście dobrze byłoby to scentralizować i narzucić jeden kierunek rozwoju, ale w tym sporcie chyba nie do końca o to chodzi. Tutaj każdy może robić co chce. Z drugiej strony jest to duży problem. W Polsce nie mamy takiego silnego rdzenia ludzi, którzy mają wymyślony kierunek rozwoju kitesurfingu. Od lat trwają przepychanki. Kilka razy

 próbowałem wziąć udział w dyskusji, ale było ciężko, dlatego postanowiłem wspierać ten sport na własną rękę. Sam organizuję amatorskie zawody, które przyciągają spore grono ludzi z zewnątrz, czy eventy coachingowe dla młodych ludzi, by potrafili poruszać się w tym środowisku i pozyskać sponsora.

Niewątpliwie jesteś dzisiaj najbardziej rozpoznawalnym polskim kitesurferem.

Cieszę się, to znaczy, że wykonałem jakiś ruch poprawnie. 

Czujesz presję środowiska na sobie?

Nigdy nie zastanawiałem się nad środowiskiem. Jestem ostatnią osobą, która siedzi na forach. Prawda jest taka, że nie mam takiego poczucia, cały  czas jestem w biegu, coś realizuję i nawet nie mam czasu się zastanowić nad tym, co mówią o mnie inni.

A co mówią?

Jak robiłem akcję w Rewie, to oczywiście doszły mnie słuchy, zaczęły się jakieś kłótnie wewnątrz środowiska. Przeczytałem jeden post, zablokowałem temat i dyskusja się skończyła. Z drugiej strony muszę na sam koniec bardzo podziękować, bo nie ma nic lepszego w rozpoznawalności niż hejt. Wtedy powstają dwa obozy – obóz przychylnie nastawionych i obóz hejterów, a do tego dochodzi cała reszta, która chciałaby objąć jakieś stanowisko. Wówczas to te dwie grupy przykuwają uwagę do całej akcji, więc dla mnie i kitesurfingu jest to niesamowita korzyść. W sporcie podobnie, byłem bardzo kontrowersyjnym zawodnikiem.

Dlaczego?

Ponieważ w zawodach stawiałem bardziej na skuteczność niż styl. To nie wynikało z tego, że nie potrafię, tylko z tego, że wiedziałem jak startować w zawodach. Są dwie formy wygrywania zawodów: jedna, bardzo ryzykowna, gdzie jedzie się na granicy i stawia się wszystko na jedną kartę – albo się uda albo nie i druga, mniej spektakularna, ale konsekwentna i skuteczna. To właśnie ta druga grupa wbrew pozorom częściej wygrywała zawody w trudnych warunkach i w perspektywie całego pucharu zostawali mistrzami świata. Dlatego zastosowałem taką samą zasadę w startach w Pucharze Polski, co przełożyło się na wyniki. 

Czyli pragmatycznie. Nie tzw. „żywioł”, ale postawiłeś na taktykę.

Pragmatycznie i nie powiem - jest to nieco kontrowersyjne - ale skoro przynosi pożądany efekt to dlaczego z tego nie skorzystać.

Teraz wygląda na to, że dalej kierujesz swoją karierą bardzo taktycznie, ponieważ twoja działalność składa się w spójną całość, co potwierdza twój udział w programie TVN Agent Gwiazdy. Jak tam trafiłeś?

To było bardzo ciekawe. Już rok temu dostałem telefon z propozycją wyjazdu do Argentyny, podobnie było z Tańcem z Gwiazdami, ale podziękowałem, bo uważałem, że jeszcze nie jestem na to gotowy, bo udział w takim programie powinien służyć za trampolinę do szybszego rozwoju. Dlatego przez rok starałem się uporządkować swój wizerunek w social mediach, stworzyłem stronę internetową z wyspecjalizowaną ofertą, żeby ludzie, jak zobaczą mnie w programie, znaleźli gościa, którym warto byłoby się zainteresować. Udało się dostać do programu rok później i to jest wielkie „wow” i tak miało być.

Sam tym wszystkim kierujesz czy ktoś Ci doradza jak prowadzić swoją karierę?

Sam tylko i wyłącznie. Żadnej prezentacji nikt mi nigdy nie zrobił, żadnego spotkania za mnie nie załatwił. To jest praca, której nikt nie widzi. Jest w tym niezły paradoks, ciężko pracuję nad tym, żeby pokazać ludziom jak bardzo nie pracuję. Mało kto wie, że codziennie wstaje o 6:00, potem 10 godzin pracuję, jeżdżę na spotkania, wysyłam ofertę, przygotowuję projekty, a potem dopiero zaczynam pokazywać w mediach społecznościowych jaki to miałem dzisiaj przyjemny dzień. 

Wróćmy do Agenta Gwiazdy, jak tam było?

Bomba. Z punktu widzenia przygody – coś niesamowitego. Przychodzi się na lotnisko i pierwsza rzecz, którą robią to zabierają telefony, komputery, do tego dochodzi zakaz rozmowy z produkcją, brak jakiegokolwiek kontaktu z rodziną, ze światem, do końca nawet nie wiedzieliśmy, gdzie lecimy. Na lotnisko wchodziliśmy prywatnym wejściem, żeby nikt nie mógł zrobić zdjęć i wsiedliśmy do samolotu.

Ale nie było worków na głowie? (śmiech)

Nie było (śmiech)! Jednak faktycznie nic nie wiedziałem. Codziennie wstawaliśmy o 8:00 i dostawaliśmy wytyczne, a cała reszta była dopasowana – posiłki, czas. Każdy ma mikrofon, swojego operatora kamery i dźwiękowca. Na początku oczywiście każdy o tym pamięta, ale po godzinie każdy się rozluźnia, a kamera cały czas działa. Są też producenci merytoryczni, którzy cały czas pompują fajną atmosferę. Powiem wam tak, można się wkręcić! Te emocje, gdy ludzie się wkurzają, płaczą, krzyczą są prawdziwe, bo jedynym celem każdego uczestnika jest tylko ten program. A z drugiej strony, jeżeli chodzi o profesjonalizm wykonania to dla mnie jako pasjonata filmów i zdjęć to było wielkie „wow”! 

Ile trwał Twój pobyt?

No jak wiecie, odpadłem w pierwszym odcinku, ta przygoda trwała tydzień. 

W jakim programie jeszcze chętnie wziąłbyś udział?

Właśnie w tym, no i jeszcze Azja Express też byłby super. Właśnie m.in. dlatego, że akcja Agenta odbywała się w Hongkongu zdecydowałem się na wzięcie udziału. Kocham Azję, a ta przygoda była jak kolonie, bo pierwszy raz od 12 lat nie ja byłem organizatorem, a ktoś zupełnie inny. A wracając jeszcze do Agenta spotkało mnie coś czego nie spodziewałem się w najśmielszych snach – zostałem ziomkiem z Rychem Peją. Okazało się, że jest przedsiębiorcą z krwi i kości, nadajemy na tych samych falach i teraz dzwonimy do siebie, widujemy się.

Rozumiem, że teraz, po programie, liczba spotkań, wywiadów i wizyt w świecie medialnym zdecydowanie wzrosła?

Powiem ci, że nie. Wcześniej miałem więcej publikacji, ale teraz wspólnie z TVN zacząłem trochę intensywniej działać. Prowadzę swojego Borsuk vloga, którego rozkręcam na kanale youtube, i w tym wspiera mnie teraz TVN. Świadomość ludzi, jeżeli chodzi o kitesurfing jest nadal bardzo mała.

Wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie. Kitesurfing zrobił tak ogromny postęp przez ostatnich kilka lat, że coraz więcej ludzi go uprawia.

W Trójmieście może tak jest, ale pamiętaj o tym, że ta grupa ludzi jest zupełnie inna niż ta znajdująca się gdzieś na Śląsku albo w Warszawie. Nawet jak prowadzę kanały społecznościowe to na bazie własnych doświadczeń widzę, że same zdjęcia z kitesurfingu nie działają. Dopiero, gdy zacząłem pokazywać siebie w różnych sytuacjach to oglądalność zdecydowanie wzrosła. Ludzie zaczynają darzyć sport większą sympatią, jeżeli zaczynają darzyć sympatią osobę, która reprezentuje ten sport. 

Podobnie było z Adamem Małyszem.

Dokładnie. 

W tym roku też będziesz prowadził szkółkę na Helu?

Zawsze! Przeniosłem się z całą infrastrukturą do Jastarni, będę tam przez cały sezon, więc zapraszam.

Angażujesz się też społecznie. Jesteś ambasadorem kampanii „Młodość bez procentów”.

Fajna inicjatywa, w którą naprawdę wierzę. Jak byłem nastolatkiem był taki moment, kiedy zwyczajnie zaczyna się imprezować. Jednak nie da się połączyć sportu z alkoholem, przez co te relacje ze środowiskiem się zacierają. Wziąłem udział w tej akcji, bo naprawdę chcę młodym ludziom pokazać, że są jeszcze inne formy spędzania czasu. To jest kampania edukująca, jeżeli dzieciaki widzą, że komuś się udaje to dlaczego im nie ma się zmienić forma myślenia.

To znaczy, że nie pijesz alkoholu?

Teraz już mi się zdarzy, jednak do 21 roku życia piłem tylko przy ważnych dla mnie sukcesach, raz, dwa razy do roku. Dla mnie uzależnieniem był kite. To, że skrajnie zdecydowałem się na minimalną ilość alkoholu w swoim życiu, to ze względu na zawodowstwo. Ta akcja ma pokazać, że mimo wszystko istnieje alternatywa.

 

FOT. MARTA DĘBSKA, DAREK ORLICZ