Bez wody źle się czuję Waldemar Marszałek

Autor:
Arkadiusz Kus

Motorowodniak Waldemar Marszałek w swojej sportowej karierze zdobył aż 27 medali mistrzostw świata i Europy. Po wypadku na zawodach w Berlinie przeżył śmierć kliniczną. Wrócił do zdrowia i dalej zdobywał medale. - Dwóch synów poszło w moje ślady. Starszego z nich Bernarda nie ma wśród nas i to zdecydowanie największy cios jaki w życiu dostałem – przyznaje. - Pomagam teraz Bartkowi, doskonałemu zawodnikowi. Jestem z niego bardzo dumny. 

Panie Waldemarze: gdzie stoją pańskie wszystkie trofea? Jest ich mnóstwo – macie przeznaczone na nie jakieś specjalne miejsce?

Trofea są u mnie w domu. Jest na nie przeznaczony specjalny pokój. Przez wszystkie lata startów nazbierało się tego naprawdę sporo i miło jest powspominać. Każdy medal i puchar związany jest ze inną historią. Łącznie w Mistrzostwach Świata i Europy zdobyłem 27 medali, z czego 6 razy byłem Mistrzem Świata.

A które z nich wszystkich jest najcenniejsze – jest jakieś specjalne?

Każdy z wywalczonych tytułów jest dla mnie cenny. Moja dominacja w tym sporcie trwała wiele lat i na każdy z sukcesów musiałem cięzko pracować. Najcenniejszy jest dla mnie pierwszy złoty medal Mistrzostw Świata wywalczony w 1979 roku w Poznaniu na Malcie. Był to pierwszy mój tytuł mistrzowski, a zarazem pierwszy złoty medal Mistrzostw Świata zdobyty w tej dyscyplinie przez Polaka.

Proszę wyjaśnić – na czym ogólnie polega ten sport i z jakimi kosztami – już w zawodowstwie – trzeba się liczyć uprawiając go?

Moja kariera sportowa trwała w czasach kiedy było ciężko każdemu. To co teraz nie sprawia problemu, jak chciażby wyjazd za granicę w tamtych czasach było skomplikowaną procedurą. Sprowadzanie tego wszystkiego wyłącznie do materialnych kosztów jest za płytkie. Trudno się do tego odnieść. Największym kosztem jest całkowite poświęcenie całego życia na to co robisz i znalezienie osoby, która cię w tym wspiera. W moim przypadku jest to moja kochana żona Krystyna, bez wsparcia której nic nie byłoby możliwe. To dużo cenniejsze od pieniędzy, które w tym sporcie są potrzebne, ale nie są najważniejsze.

Nie tęskni Pan za takim intensywnym pływaniem i dreszczykiem emocji?

Nie. Zdecydowałem się zakończyć karierę podczas startu w Chinach w 2001 roku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że wieku się nie oszuka i że pływanie łodką przestało mi sprawiać taką przyjemność, jak kiedyś. Obecnie wyścigową łódke zmieniam na wędkarską pychówkę lub motorówkę, na której spędzam czas z rodziną. Co do dreszczyku emocji mam go zapewnionego przez syna. W moje ślady poszedł zarówno starszy, jak i młodszy syn. Ten pierwszy, śp. Bernard był mistrzem świata w 2003 roku. Niestety zmarł 7 lat temu. Za tym wszystkim poszedł młodszy Bartek, który jest pierwszym Polakiem w wodnej formule 1 i jego starty zapewniają mi bardzo duży dreszczyk emocji.

Na której z łodzi pływało się Panu na lepiej – w czym ogólnie tkwił ich fenomen, jak były zbudowane?

Łodzie, na których startowałem były wykonane ze sklejki. To były łupinki bez jakichkolwiek systemów zabezpieczeń. Łódka ważyła 40 kg więc łatwo sobie wyobrazić, że nie była mocna. Nie przywiązałem sentymentu do konkretnej ponieważ przez te wszystkie lata miałem ich bardzo dużo. Fenomen polega na tym, że konstrukcja takiej łodzi dawała mozliwość lotu nad wodą. Wtedy pozbywasz się oporu tarcia oraz redukujesz masę do zera. Kadłub unosi się nad taflą wody, a cała moc silnika jest wykorzystywana do rozwijania prędkości. To wspaniałe uczucie i nie ma w słowniku słowa, które odda to, co czułem podczas jazdy.

Jak wiemy zdarzały się różne wypadki, niektóre bardzo ciężkie. Przeżył Pan śmierć kliniczną. Wraca Pan do tego zdarzenia pamięcią i stara się zupełnie wymazać z pamięci, czy się z nim oswoił?

Trudnych momentów było wiele i bez wątpienia jednym z nich był ten wypadek w Berlinie w 1982 roku. Wtedy właśnie byłem w stanie śmierci klinicznej. Nie wymazuję tego z pamięci. Wręcz przeciwnie. Pamiętałem o tym przy kolejnych startach, co pozwoliło mi odnosić kolejne sukcesy. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to sport niebezpieczny, a najlepszych wyróżniało balansowanie na granicy rozsądku i ryzyka. To zdarzenie traktuje jako wypadek przy pracy, a po nim byłem skupiony na tym, aby jak najszybciej wrócić do zdrowia. Do wypadku doszło podczas wyścigu w którym jechałem z pełną prędkością i kadłub łodzi sam się rozwarstwił. Powodem były złe warunki w jakich łodzie naszej sekcji magazynowane były przez zimę. W pomieszczeniu było dużo wody i wilgoci. Sklejka była przez to namoknięta wodą. Takie to były czasy. Pod naporem ciśnienia powietrza przy dużej prędkości przód łodzi poprostu się otworzył i dalej już nie za wiele pamiętam. Właśnie w takich momentach liczy się to, o czym wspomniałem jednym w poprzednich pytań, kiedy wspomniałem o najbliższej mi osobie. Po tym wypadku ani przez moment nie zwątpiłem w siebie i bez wątpienia w drodze do zdrowia i kolejnych sukcesów dużą rolę odegrała moja kochana żona. Proszę sobie wyobrazić co ona czuła i jak dużą odwagę i siłę musiała wykazać, aby pomóc mi wrócić do normalnego życia, którego sport był nieodłączną częścią. Póżniejsze starty pokazały, że postąpiłem prawidłowo. Przed tym wypadkiem zdobyłem trzy tytuły mistrza świata, a po nim dołożyłem kolejne trzy.

Czy nie uważa Pan, ze motorowodniactwo nie jest docenionym sportem w naszym kraju?

Z przykrością potwierdzam, że tak jest. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Kiedy startowałem sport ten stał się w dużej mierze dzięki mnie popularny. Sport to nie tylko sportowcy, ale też ludzie odpowiedzialni za jego organizację i promowanie. Niestety w tym zakresie jest w Polsce fatalnie. Moja osoba była utożsamiana z tą dyscypliną. To tak, jak skoki narciarskie. Kiedy kibice udawali się pod Wielką Krokiew na konkurs mówili że idą “na Małysza”. W przypadku sportu motorowodnego ludzie szli “na Marszałka”. Po zakończeniu mojej kariery to wszystko mineło i teraz mam wielką nadzieję, że starty mojego syna Bartka w Formule 1 na nowo wzbudzą zainteresowanie tym sportem w Polsce. Jego kariera opiera się wyłącznie na finansowaniu przez sponsorów. Nie jest wspierany przez instytucje, które są odpowiedzialne za opiekę nad sportem w Polsce. Jest zdany kompletnie na siebie, więc jak w takich realiach mamy mówić o kompetentnych ludziach, którzy zadbaja o dyscyplinę.

Ma Pan teraz doskonałego następcę w postaci syna. Patrząc na niego widzi Pan siebie z młodości i czy skusiłby się pan porównać Waszą technikę i umiejętności? Swoją drogą nie boi się Pan o jego bezpieczeństwo?

Tak jak wspomniałem dwóch moich synów poszło w moje ślady. Starszego z nich Bernarda nie ma wśród nas i to zdecydowanie największy cios jaki w życiu dostałem. Ból po stracie dziecka jest większy niż wszystkie inne urazy jakich doznałem razem wzięte. Był bardzo dobrym zawodnikiem, wręcz za odważnym. Młodszy z synów Bartek jest zupełnie inny. Jestem z niego dumny ponieważ poświęcił całe życie aby dostać się do Formuły 1. Widzę w nim zapał i ogromną pasję, taką samą jaką miałem w sobie kiedy byłem w jego wieku. Formuła 1 w której obecnie startuje to niesamowicie profesjonalny sport. Niewiele odbiega od samochodowej wersji. Bartek startuje we Włoskiej stajni, gdzie trafił dzięki swojej ciężkiej pracy. Moja pomoc jest wykorzystywana w zakresie technicznym. Obecnie pracujemy nad silnikami, na których Bartek wystartuje w grudniu w Emiratach Arabskich. Nie pokuszę się o ocenę i porównania ze mną, ponieważ Bartek jest jeszcze mało doświadczonym zawodnikiem i nie można tego porównywać z moją karierą. Poza tym łodzie na których startuje to bardzo zaawansowane technologicznie bolidy, które wymagają zupełnie innego stylu prowadzenia. Bez wątpienia ma duży talent. Już w pierwszym sezonie startów w poważnych zawodach został wicemistrzem świata. Obawiam się o niego kiedy startuje i z pewnością teraz denerwuje się bardziej niż o siebie kiedy ja startowałem. Nigdy nie podejmowałem prób wytłumaczenia, aby zaprzestał się ścigać. Widząc jaka ma w sobie determinacje do ścigania wiedziałem, że jakiekolwiek próby wybicia mu tego z głowy skazane są na niepowodzenie. Bez wątpienia Bartek już dokonał rzeczy wielkiej doprowadzając do tego, że jest pierwszym Polakiem w Formule 1. To jest osiągnięcie biznesowe i zawodowe, ponieważ roczny budżet jego startów jest ogromny. Z tego miejsca dziękuję również wszystkim osobom, które wspierają go w sporcie. To, że jest zawodnikiem F1 to już duży sukces biorąc pod uwagę fakt, że startował naprawdę od zera. Wiem, że jest ambitny i na samych startach nie poprzestanie. Już teraz we Włoszech jest produkowana nowa piękna łódź, na której od przyszłego sezonu Bartek będzie miał możliwość rozwiajania talentu w Formule 1.

Czym teraz w wolnym czasie zajmuje się Mistrz i co pochłania najwięcej czasu?

Obecnie swój czas skupiam na pomaganiu Bartkowi. Pracujemy przy silnikach na których startuje. Podczas mojej kariery byłem nie tylko zawodnikiem, ale też mechanikiem swoich maszyn. Przez te wszystkie lata zgromadziłem dużą wiedzę na temat silników. Mamy kilka pomysłów, które wprowadzamy w życie. Sport jest dla naszej rodziny spoiwem i bardzo się cieszę, że mam swojego następcę. Pozostały czas lubię spędzać na działce z towarzystwie ukochanej żony i dwóch jamniczek. Mam tam mały domek w którego od wody dzieli 30 metrów. Tam lubię wędkować. A kiedy ryby nie biorą zabieram żonę na motorówkę i pływamy razem po okolicy. Wszystko sprowadza się do obcowania z wodą bez której poprostu żle się czuję. Pozostały czas poświęcam na pracę jako Radny Miasta Warszawy oraz opiekę trenerską nad Bartkiem.

Czyli wciąż pływanie zajmuje specjalne miejsce w Pana życiu?

Tak będzie już zawsze. Pływanie łodzią jest czymś, co mnie odpręża i dlatego preferuje wszelkie formy rekreacji nad wodą. Szybkie łodzie wyścigowe zmieniłem na wolniejsze, ale za to bardziej wygodne jednostki turystyczne. Nie jest to jednak koniec szybkiej jazdy w moim życiu. Przed tygodniem mój syn Bartek przywióźł z Mediolanu specjalną łódkę Formuły 1 przystosowaną dla dwóch osób. Jest to łódka przeznaczona do przejazdów promocyjnych. Obok kierowcy jest jedno miejsce dla pasażera, który na własnej skórze doświadcza prędkości i dużych przeciążeń w zakrętach. Bartek mi nie odpuści i z pewnośćią już niedługo przejedziemy się razem.

Proszę powiedzieć, czego mogą życzyć Panu i rodzinie nasi czytelnicy?

 

Przede wszystkim zdrowia ponieważ po licznych wypadkach wychodzą teraz różne urazy. Jak na swój wiek jestem w dobrej kondycji, ale wiele wypadków, które miałem pozostawiło po sobie ślad. Tego czego życzyć należy rodzinie to tego aby Bartek rozwijał się w Formule 1 i zapewnił nam wszystkim wielkie sportowe emocje w niedalekiej przyszłości.