Zpokładu daru młodzieży, relacja natalii banaś

Autor:
Natalia Banaś

Co działo się na i pod pokładem na nieco ponad 100 metrowym statku w czasie rejsu dookoła świata? Malowanie, mycie pokładu, przepłynięcie pod Golden Gate, fryzjer, obieranie ziemniaków, oświadczyny, a nawet produkcja alkoholu! 170 członków załogi i tyle samo historii, zachęcamy do przeczytania jednej z nich.

“Uwaga załoga i praktykanci, alarm do żagli!” - choć leje jak z cebra, fale przelewają się przez pokład, a porywy wiatru sięgają 56 węzłów, po tej komendzie kapitana wiesz, że nie masz wyjścia i musisz zmierzyć się ze strachem. Nikt jeszcze nie wygrał z żywiołem, a porwane żagle, zepsute szoty to dla nas tylko kolejna lekcja pokory. Każdy żeglarz lubi tą adrenalinę, pracę ramię w ramię i zdarte ręce. Mimo rozciągniętej na całej długości statku lajfliny ktoś ciągle się przewraca. Jeden wpada na drugiego, bosman rzuca przekleństwami. Prawdziwy żywioł. Nawet, jeżeli ktoś nie ma choroby morskiej to wtedy mógł ją pierwszy raz odczuć. Za to pod pokładem życie toczy się normalnym rytmem. Ci co zostali odwołani z alarmu ślizgają się na kocach po korytarzu świetnie się przy tym bawiąc. Dzień niepogody można poznać po rozlanej zupie w mesie, potłuczonych kubkach, kanapkach na ścianach. Brzmi jak przygoda życia, o której chcesz słuchać godzinami? To dobrze, ale wróćmy na chwilę do codzienności.

4 KILOMETRY OD DNA

Zazwyczaj pogoda dopisuje, więc życie toczy się swoim diabelsko powtarzalnym rytmem. Codzienne prace, które wykonujemy 24h na dobę, żeby statek nie zatonął i do tego prezentował się dobrze to nasz chleb powszedni. W szczególności obieranie ziemniaków, bo chyba każdy ma taki obraz przed oczami, gdy pomyśli o żaglowcu, a wbrew pozorom to jedna z przyjemniejszych prac. Do wachtowych zadań należy także codzienne szorowanie pokładu, klatek schodowych, mostka nawigacyjnego i szkoleniowego. W szczególnych przypadkach, w mycie pokładu zaangażowanych jest dużo więcej osób i cała akcja trwa dość długo, bo jakby nie było to 100 metrów powierzchni. Drewniany dek pozostaje czysty na chwilę, bo zaraz ktoś coś maluje i chlapie farbą, gdzie popadnie. Mnie i reszcie trzeciej wachty przypadło sortowanie śmieci. Praca ta jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiemy co się znajdzie w środku. Do tego dochodzą prace na wachcie - malowanie, szlifowanie, szycie żagli, czyszczenie mosiądzy. Choć są też te bardziej “żeglarskie” jak nawigowanie, sterowanie czy obserwacja tego co się dzieje dookoła, czyli tzw. “oko”. Zdarza się też, że nawet malowanie dostarcza więcej emocji niż miganie się od pracy i chowanie przed bosmanem – o ile odbywa się to za burtą statku, parę centymetrów od tafli wody, 4 kilometry od dna. Prace pokładowe czasami umilają nam skaczące delfiny.

CYTRYNÓWKA Z PACYFIKU

Codzienne życie urozmaicamy sobie realizacją pasji. Ćwiczeniami podczas wacht, grą na gitarze, w karty, oglądaniem filmów czy... produkcją “statkowej” cytrynówki. Oczywiście tylko z przeznaczeniem na ląd, ale cała produkcja odbywa się na Pacyfiku. Spirytus przywieziony z Polski, a blisko 40 cytryn wyniesionych z kuchni w pełnej konspiracji. Mało kto ma problem z wpisaniem w deklaracji celnej 5 litrów nalewki własnej roboty tak jak nasza załoga.

Skoro już jesteśmy w USA, korzystamy z okazji i próbujemy tutejszej marihuany. Pierwsze kroki na stałym lądzie postawione w San Francisco w słonecznej Kalifornii sprawiają, że totalnie pochłania nas  tutejszy klimat. Totalnie legalnie i zgodnie z panującym tu prawem, idziemy odwiedzić lokalny sklep „zielarski”. Palona na dziobie przy wschodzie czy zachodzie słońca sprawia, że płyniemy dalej mimo stania w porcie.

HANDEL WYMIENNY PAPIEROSY, SŁODYCZE, KOD DO INTERNETU

Jeśli już o porcie mowa to, gdy ktoś chce prezentować się w nim wyjściowo, może wcześniej odwiedzić jednego z dwóch pasjonatów fryzjerstwa. Dobrego albo taniego. Do dobrego zawsze jest długa kolejka, dlatego panowie zazwyczaj wybierają taniego, a potem chodzą w czapkach. Najpopularniejszą walutą zazwyczaj są papierosy, słodycze, cola, ale też kod na dostęp do internetu - standardowo każdy ma godzinę na trzy dni. Damskiego fryzjera niestety brakuje, lecz jest kilka makijażystek. Dla niektórych codzienny make-up jest jak obowiązkowe ścielenie łóżka, więc tutaj grupa dzieli się na te pomalowane, i te wyspane.

Inną sprawą jest fakt, że wśród tak licznej załogi co chwilę ktoś ma urodziny, dlatego dosyć często śpiewamy głośne “Sto lat” na porannej banderze. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, poranna bandera to codzienne zbieranie załogi na rufie statku, wciąganie jej na maszt o godzinie 8 rano i przekazanie najważniejszych informacji przez kapitana. Nikt jednak nie spodziewał się usłyszeć “Gorzko, gorzko!”. Zaręczyny na żaglowcu, gdzieś na Pacyfiku, czy jest coś bardziej romantycznego? Janek ma sporo odwagi, klęka na kolano i zadaje to jedno z ważniejszych w życiu pytań, a Magda odpowiada „tak!”. Mniej lub bardziej oficjalne związki tworzą się także wśród członków załogi, ale czy przetrwają powrót na ląd – niech to pozostanie ich słodką tajemnicą.

POD GOLDEN GATE

Najważniejszym wydarzeniem, na które przygotowujemy zarówno siebie, jak i statek jest przepłynięcie pod pełnymi żaglami pod mostem Golden Gate u wrót San Francisco. Długie i intensywne próby stawiania i zrzucania żagli niestety nie dają pożądanego efektu. Pogoda nie dopisuje i przepływamy pod mostem na silniku, jednak sami jesteśmy na rejach, więc i tak jest to  niesamowite uczucie. Chwilę później na pokładzie pojawiają się choinki, światełka oraz inne bożonarodzeniowe dekoracje - nadchodzi Wigilia. Dzielenie się opłatkiem ze 170 członkami załogi zajmuje bardzo dużo czasu, ale plus jest taki, że nie każdy może pochwalić się tak dużą rodziną. W powietrzu czuć świąteczną atmosferę, na stołach pojawiają się typowe świąteczne potrawy - barszcz z uszkami, pierogi i ryby. Tego dnia nawet praca jest nam darowana. O północy standardowo pasterka, przy akompaniamencie, nieco zmęczonych próbowaniem amerykańskiej trawki, kolędników. Później jak za dotknięciem różdżki cały czar pryska i musimy wracać do swoich codziennych obowiązków…

Ludzi od zawsze coś ciągnie w morze. Legendy o piratach, odkrywanie nowych lądów, bitwy morskie, marzenia o bogactwie, bicie rekordów. Morze wciąga i gdy raz połknie się przysłowiowego bakcyla trudno już się z tego wyleczyć. Choć zmieniają się powody, dla których ludzie żeglują, to jedno wciąż pozostaje bez zmian - przygoda i sztormy. My swoje przeżyliśmy!

 

NATALIA BANAŚ  I KONRAD KMIEĆ#FALA SZCZĘŚCIA

Fala Szczęścia (falaszczescia.pl) - tak nazwaliśmy swój projekt. Pierwsza Fala Szczęścia zastała nas na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego na warszawskich Młocinach. Długie godziny tam spędzone umilała nam piersiówka whisky popijana w kącie uczelni dla złagodzenia stresu. Od tego chyba się zaczęło. Rejs Niepodległości, w którym udział wygraliśmy w rządowym konkursie na wspomnianej uczelni stał się początkiem przygody. Koleś z pomysłem i laska z rozsądkiem to chyba nie najgorsze połączenie w podróży. Wspólnie przygotowaliśmy się do konkursu, wspólnie wygraliśmy miejsca i wspólnie też popłynęliśmy. Nasza żeglarska przygoda zaczęła się 14 listopada 2018 r. w japońskim porcie w Osace. To tam zostaliśmy zamustrowani na żaglowcu, przypisani do wachty, rozlokowani w kubrykach, a zakończyła się 36 dni i ponad 5500 mil później w Los Angeles. Było warto.