KRÓLOWIE LODU, ZUZANNA RYBICKA I MICHAŁ BURCZYŃSKI

Autor:
Klaudia Krause-Bacia
Michał Stankiewicz

Ten sezon należał do nich. Ona zdobyła wszystko, co było do zdobycia w kategorii kobiet, on sięgnął po najwyższe bojerowe trofeum. Polscy bojerowcy, tegoroczni mistrzowie świata klasy DN potwierdzili polską dominację w żeglarstwie lodowym. Poznajcie Zuzannę Rybicką i Michała Burczyńskiego najlepszą bojerową parę na świecie. 

Niewysoka brunetka wchodzi powoli na lód, który pokrywa taflę jeziora. Szczupłą, wręcz drobną sylwetkę ochrania dopasowany kombinezon, na głowie ma kolorowy kask, a oczy zasłaniają duże gogle. Prowadzi ze sobą czarny smukły bolid, przypominający wyglądem nieco bobsleje, którym doczepiono maszt z żaglem. To bojer. Mimo drobnej postury pewnie prowadzi swój pojazd w kierunku startu. Jest zimo, wieje dość silny wiatr. Dziewczyna ustawia się na linii startu z innymi zawodnikami, a gdy pada sygnał, dynamicznie rusza. Buty z kolcami przytrzymują ją na lodzie, biegnie, wskakuje do bojera, a po chwili znika na horyzoncie pędząc z ogromną prędkością. Zaczynają się regaty w klasie DN.

FAJNIE WYGRYWAĆ Z FACETAMI

- To fajne uczucie zostawiać mężczyzn w tyle. Dziewczyn jest niewiele, więc poziom nie jest szczególnie wyśrubowany, dobrze więc ścigać się z facetami i z nimi rywalizować, a czasami nawet wygrywać - mówi Zuzanna Rybicka, tegoroczna mistrzyni Europy i  świata (juniorek) w klasie DN, opisywana wyżej zawodniczka. - Cieszę się, że jako pierwsza kobieta w klasyfikacji open juniorów zdobyłam medal w walce bezpośrednio z chłopakami. Udało mi się tego dokonać już czterokrotnie.

Żeglarstwem zarazili ją rodzice, a właściwie tata, który, gdy miała 7 lat zaprowadził ją na zajęcia w żeglarskiej szkółce. Zaczynała od Optymista, gdzie szybko zaczęła osiągać sukcesy i tak machina ruszyła. Po optymiście przesiadła się na dwuosobowego 29- era, a potem na olimpijską klasę 49-er FX. W międzyczasie, w wieku 12 lat, spróbowała swoich sił na ice-optymistach. Mimo, że mieszkała w Warszawie, to należała do Chojnickiego Klubu Żeglarskiego, tam też trenowała, rodzice zawozili ją na weekendowe zjazdy. Jej harmonogram był napięty, 4 dni spędzała w szkole, 3 dni na treningach. Jako młoda dziewczyna, poświęciła się żeglarstwu w stu procentach.

- Szukaliśmy przedłużenia sezonu i zaczęłam latać na bojerach. Namówił mnie tata, który wszystko zorganizował, od sprzętu po trenera. Wsiadłam i już w pierwszym sezonie zdobyłam medal mistrzostw świata, to było świetne przeżycie i pierwszy mój krążek w regatach tej rangi! Jednak bojer nigdy nie był dla mnie „gwoździem programu”, a raczej uzupełnieniem sezonu letniego. Chciałam mieć styczność z żeglarstwem przez cały rok. Początkowo porzucałam nawet bojery na rzecz ważniejszych dla mnie startów i treningów w na 49-er FX. Dopiero w 2014 roku bojery stały się moją główną i jedyną dyscypliną - wspomina Zuza.

Ze względu na nieoczekiwaną chorobę, musiała zakończyć karierę w klasycznym żeglarstwie i na dwa lata zniknęła również z bojerowego świata. Mimo długiego procesu leczenia, postanowiła wrócić, już nie do tradycyjnego żeglarstwa regatowego, a właśnie bojerów.

- Na dłuższą metę nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez żeglarstwa. Byłam szczęśliwa, że po takim długim czasie zmagań z chorobą w ogóle mogę wrócić na lód.  

Ze względu na okoliczności, całą swoją determinację przelałam na bojery. Efekty są. To jedyne słuszne wypełnienie luki, stan zdrowia nie pozwala mi wrócić na wodę, więc pozostaje mi podnosić sobie poprzeczkę w bojerach - podsumowuje Zuza.

Wróciła silniejsza. Dzisiaj jest czołową zawodniczką wśród kobiet startujących na bojerach. W tym sezonie już jako seniorka została mistrzynią Europy.

ZACZĘŁO SIĘ OD USTERKI

Zuzanna Rybicka dzieli pasję z Michałem Burczyńskim i na odwrót. Poznali się na zawodach bojerowych. 

- Pamiętam, że Zuza wtedy kupiła nowy maszt od węgierskiego producenta, tak się złożyło, że byłem odpowiedzialny za proces wprowadzania ich na polski rynek - wspomina Michał. - Ten maszt na regatach jej strzelił. Przybiegła do mnie roztrzęsiona, krzycząc: „Złamałam maszt! Czy dasz mi zastępczy?”, pomogłem jej, dostała nowy. Tak się poznaliśmy. Później razem wielokrotnie startowaliśmy w tych samych regatach i po jakimś czasie zaczęliśmy się spotykać w życiu prywatnym. 

Bojery rządzą ich życiem w okresie zimowym. Razem trenują, dzielą się spostrzeżeniami i doświadczeniami, przygotowują się do zawodów, są swoimi sparingpartnerami i motywatorami. Cały rok wspólnie dbają o kondycje i przygotowują się do zawodów. Ich działania są też bardzo zależne od warunków pogodowych. Muszą mieć lód, minusową temperaturę i niezbyt dużą pokrywę śnieżną. Początkowo planowali swoje starty oddzielnie – chociażby z uwagi na starty w różnych kategoriach, ale za nimi jest właśnie pierwszy, krótki, za to intensywny sezon wspólnych przygotowań.

Kiedy tylko pojawiają się pierwsze mrozy, śledzą prognozy pogody i czekają w blokach startowych, aby ruszyć na lód. Sprawnie pakują swoje bojery po letniej przerwie i jadą na trening. W poszukiwaniu najlepszych warunków udają się na Łotwę, do Szwecji, Finlandii czy Estonii. W wyborze miejsca pomaga im wewnętrzna sieć wymiany informacji między klubami i innymi zawodnikami z Europy, dzięki której na bieżąco dzielą się aktualnymi informacjami o warunkach. Cały sezon przygotowują się do głównych imprez, czyli mistrzostw świata oraz mistrzostw Europy. 

- W sezonie zimowym bojery to temat, który bardzo nas pochłania, mówię tu zarówno o sparingach, analizach, organizacji logistyki, czy wspólnego śledzenia warunków pogodowych - mówi Zuza. - Bardzo nas łączą i wypełniają nam dużą przestrzeń w życiu prywatnym, siłą rzeczy cały czas trzeba o nich myśleć, a robiąc to wspólnie jest nam dużo łatwiej i przyjemniej. Nawzajem uzupełniamy nasze słabe strony i motywujemy do rozwoju. Bojery to dyscyplina bardzo techniczna, więc musimy uczciwie przepracować czas na lodzie, by wycisnąć z nich tyle, ile się da.

AMATOR ZAWODOWIEC

Dla Michała bojerowcem numer jeden jest jego tata, utytułowany zawodnik w tej dyscyplinie. Ogromnym szacunkiem darzy także Karola Jabłońskiego, którego sukcesy w pełni potwierdzają jego profesjonalne podejście do żeglarstwa. 

W styczniu 2017 roku w wywiadzie dla W Ślizgu Michał powiedział: „Jestem amatorem. Cieszę się, że mimo wszystko mogę się ścigać z takimi ludźmi, jak Karol Jabłoński, na najwyższym poziomie”. Szybko okazało się, że właśnie ten „amator” został trzykrotnym mistrzem globu.

Swoją przygodę z żeglarstwem zaczął typowo, bo w wieku 8 lat na Optymiście. Jako nastolatek wsiadł na Cadeta i właśnie wtedy w jego życiu pojawiły się też bojery. Ten sport wciągnął go na tyle, że od ponad dwóch dekad, co roku w upalne letnie dni, jako jeden z nielicznych, pragnie mrozów, lodu i prędkości.

Bojery dla Burczyńskich są jak piłka nożna dla Polaków. To rodzinna tradycja. Ojciec Michała, Piotr Burczyński był w 1979 roku mistrzem świata, jego wujkowie - Jan i Ryszard Burczyński oraz kuzyni, a nawet starsi bracia Paweł i Łukasz, również byli aktywnymi bojerowcami. W bojery zaangażowany był szczególnie ojciec Michała, który w latach 80., robił je samodzielnie na olsztyńskim osiedlu Zatorze. W małym garażu miał swój własny warsztat bojerowy, gdzie budował maszty i płozownice. W tych pracach chętnie towarzyszył mu mały Michał.

- Moim pierwszym trenerem, a zarazem wzorem był tata. Od dziecka go podpatrywałem, jego warsztat był dla mnie miejscem magicznym. Do dziś pamiętam zapach produkowanego sprzętu, który się tam unosił! Miałem 10 lat, gdy tata po raz pierwszy zabrał mnie na zamarznięte jezioro. Wtedy na jeziorze Trackim pod koniec listopada zaliczyłem swój pierwszy ślizg. To bezszelestne żeglowanie i lewitacja pochłonęło mnie totalnie. Kolejnym bojerowym krokiem były treningi pod okiem Waldka Leśkiewicza, dopiero gdy tata zobaczył, że jestem zawzięty i zaangażowany, to zaczął zabierać mnie pod swoje skrzydła. Szybko pojawiły się sukcesy, które były dobrym prognostykiem do osiągnięcia mistrzowskiego poziomu w przyszłości - opowiada Michał.

Pierwszy start w regatach bojerowych zaliczył w wieku 13 lat, wtedy też zdobył swoje pierwsze trofea. Później, jako 15-16 latek wygrywał wszystkie regaty w swojej kategorii.

- Wówczas wszedł przepis, że mistrz Polski młodzików może startować w mistrzostwach kraju w kategorii wyższej, więc dopuścili mnie do juniorów i te też wygrałem. Później zaczęły się starty z seniorami. Doszło do takiej sytuacji, że wygrałem jedną seniorską imprezę krajową - Lodowy Puchar Giżycka - wspomina Michał. - Chwilę później po raz pierwszy spotkałem się z Karolem Jabłońskim na regatach w Charzykowie, który skomentował moje poprzednie zwycięstwo: „No mały, gratuluję! A wiesz dlaczego to wygrałeś?”, a ja na to: „Bo byłem szybki?”, a on skwitował: „Nie…, bo mnie nie było!” (śmiech). Chwilę później razem stanęliśmy na starcie. Los chciał, że te regaty z Karolem wygrałem, co naprawdę dodało mi skrzydeł. Jako junior „urwałem” imprezę mistrzowi!

Utalentowany młody Burczyński w 1999 roku został powołany do kadry Polski jako czwarty reprezentant na mistrzostwa świata w Montrealu, obok utytułowanego Karola Jabłońskiego, Stanisława Macura oraz Piotra Burczyńskiego. Był „czarnym koniem” zawodów, ale jako jedyny Polak zdobył wówczas medal. Młody 18-latek, startując w stawce 150 zawodników, zdobył brązowy medal, zostawiając w pokonanym polu m.in. Karola Jabłońskiego (był siódmy) oraz swego ojca (dziewiąte miejsce). Tym samym został najmłodszym w historii medalistą mistrzostw świata. Do dnia dzisiejszego nikt w tak młodym wieku tego nie osiągnął.

- To był mój pierwszy medal w imprezie rangi mistrzowskiej. Warto zaznaczyć, że rok wcześniej, brąz należał do mojego taty, więc to właśnie on przekazywał mi puchar przechodni, wtedy też zakończył swoją sportową karierę i tym samym przekazał pałeczkę Burczyńskiemu juniorowi - opowiada mistrz. 

Po sukcesie w 1999 roku, przebojem wszedł do kadry narodowej i nie opuścił jej do dzisiaj. Na swoim koncie ma już trzy tytuły mistrza świata. Tegoroczny zdobył na mistrzostwach świata rozgrywanych w Stanach Zjednoczonych, a wcześniejsze w 2006 roku w Szwecji oraz w 2010 roku w Austrii. Ponadto ma w swojej kolekcji trzy medale koloru srebrnego (2011, 2014 i 2016), cztery brązowego (1999, 2002, 2015 i 2017) oraz 10 krążków z mistrzostw Europy.

Do Trójmiasta przyjechał w 2000 roku, studiował wówczas ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim i tak już został. Jak nie pływa, stara się zachować zdrowe proporcje we wszystkim co robi - znajduje czas na pracę i spotkania ze znajomymi. W Gdyni mieszka już ponad 10 lat. Oprócz bojerów uwielbia kitesurfing, który uprawiają razem z Zuzą. 

OD PASJI DO MEDALI

Tata Michała – Piotr Burczyński – to dzisiaj „trzeci” zawodnik w duecie Zuzy i Michała. To właśnie on jest odpowiedzialny za kwestie techniczne. A przecież to połowa sukcesu.

- Cały sezon w zasadzie przepracowujemy we trójkę. Pan Piotr przed sezonem przygotowuje nam sprzęt, oczywiście też w tym uczestniczymy, ale on jest głównym mózgiem operacji. W sezonie jest z nami praktycznie na każdych regatach, to naprawdę nasz trzeci zawodnik za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni - mówi Zuza. 

- Oprócz samego zakupu sprzętu, który jest dość drogi, równie ważne jest ustawienie. Sam topowy sprzęt nie pojedzie szybko. Trzeba bardzo dokładnie sprawdzić geometrię ślizgu, przygotować płozy, odpowiednio dobrać elastyczności i dopasować bojer do wagi zawodnika, to są lata doświadczeń taty, które sprawiają, że nasze ślizgi pędzą tak jak należy. Gdyby nie on, na pewno nie doszedłbym do takich wyników - dodaje Michał.

Choć sezon właśnie się skończył to para już myśli o kolejnym. Jak sami przyznają ich cele nieco się różnią. Michał twierdzi, że po prostu uprawia sport, a medale to tylko takie „wisienki na torcie”. Tym bardziej, że najważniejsze tytuły już zdobył. Dla niego bojery to przede wszystkim najlepsza forma odpoczynku, do której dochodzi adrenalina związana z prędkością i rywalizacją. To wszystko wyznacza mu rytm życia. Zuza natomiast myśli o zwycięstwach i dobrej zabawie. W bojerach, w klasie open panie i panowie ścigają się razem. Marzy więc, by jako pierwsza kobieta na świecie móc wygrawerować swoje imię na największym pucharze, czyli trofeum za mistrzostwo świata.

 

 

DN Prosty, lekki i szybki

DN to obecnie najpopularniejszy typ bojera w Polsce, a także na świecie. Posiada ponad 6 metrów kwadratowych żagla oraz płozę sterującą na dziobie. Jest stosunkowo prosty w montażu, łatwy w transporcie, a jego popularność i powszechność ułatwia jego serwisowanie na każdych zawodach. Dzięki prostej budowie i technologii można go zbudować samemu przy użyciu planów i aktualnych przepisów IDNIYRA. Mimo, że istnieją oficjalne plany, to ślizgu DN nie można nazwać monotypem, bowiem dopuszczalne tolerancje są tak duże, że dwa ślizgi zbudowane według tych samych planów i zgodnie z nimi mogą bardzo różnić się między sobą. Topowy zestaw regatowy kosztuje w granicy 50 tys. zł, natomiast używany sprzęt można kupić za 10 tys. zł. 

 

Ponad sto na godzinę

Bojery są sportem bardzo zależnym od przyrody. Aby móc rozegrać regaty, po pierwsze, potrzebny jest nie tylko wiatr, ale i lód.

Ściganie można zaczynać, gdy lód osiągnie grubość minimum 15 cm. Im grubszy tym lepszy. Z wiatrem jest odwrotnie – nie powinien być silniejszy niż ok. 10 m/s. Gdy wieje z prędkością ponad 10 m/s, ze względów bezpieczeństwa, regaty nie są już rozgrywane. Gdy już mamy odpowiedni lód i odpowiedni wiatr, to jeszcze na lodzie nie powinno być grubej powierzchni śniegu, gdyż on uniemożliwia rozpędzenie się bojera. Do tego w lodzie nie powinno być szerokich pęknięć, które są niebezpieczne dla pędzącego z dużą prędkością bojera. Prędkości bojerów w czasie regat to od ok. 50 do 110 km/godz. Przy takich prędkościach każda szersza szczelina w lodzie grozi wywrotką i rozbiciem bojera.

Zasady rozgrywania regat są proste. Zawodnicy dzielą się w zależności od wieku na kilka kategorii. Młodzik startuje w Ice Optimist do 16 roku życia, następnym krokiem jest junior od 16 do 24 roku włącznie, natomiast od 25 roku zaczyna się kategoria seniorska. Zawody odbywają się w formule open, na linii startu pojawiają się jednocześnie kobiety i mężczyźni. Dopiero w sezonie 2016/2017 po raz pierwszy w regatach międzynarodowych prowadzono odrębną klasyfikacja i odrębne starty kobiet. Od tego czasu, kobiety konkurują z mężczyznami na jednej trasie, ale prowadzona jest dla nich odrębna klasyfikacja wyciągana z wyników open.

Polska specjalność

Choć żeglarstwo lodowe po raz pierwszy pojawiło się w Holandii w XVII wieku, a ojczyzną klasy DN jest z kolei USA – to właśnie Polska jest dzisiaj najbardziej utytułowanym krajem w tej dyscyplinie.

Pierwsze ślizgi powstały w Holandii w XVII wieku służyły do transportu ludzi i załadunków. W drugiej połowie XVIII wieku wraz z emigrantami holenderskimi ślizg lodowy pojawił się w Ameryce. Nad rzeką Hudson w 1790 roku zbudowano prawdopodobnie pierwszy ślizg rekreacyjny, a 70 lat później powstał pierwszy klub zrzeszający żeglarzy lodowych. Dopiero chwilę przed wybuchem II wojny światowej w Ameryce powstała najbardziej popularna klasa bojerowa, czyli dzisiejszy DN.

W 1937 roku lokalny dziennik „Detroit News” ogłosił konkurs na konstrukcję, która pozwoliłaby poruszać się po zamarzniętych jeziorach. Warunek był jasny, miała być prosta, lekka i łatwa w transporcie. Archie Arroll, Art Jarrett oraz Joe Lodge zostali zwycięzcami tego konkursu przedstawiając projekt małego ślizgu o powierzchni żagla wynoszącej 60 stóp kwadratowych sterowanego jedną przednią płozą. Już rok po ogłoszeniu konkursu w okolicach Detroit pojawiły się dziesiątki bojerów klasy „Blue Streak 60” - tak pierwotnie nazywała się ta klasa. Jednak z czasem od pierwszych liter tytułu gazety i powierzchni żagla powstała nazwa ślizgu „DN-60”, dzisiaj skrócona do samych liter.

ZSRR kontra USA

W Europie DN-y pojawiły się we wczesnych latach sześćdziesiątych, najpierw budowano je w Holandii, potem Niemczech, Austrii, Belgii, a nawet w Jugosławii i na Węgrzech. Klasa ta w przeciągu kilku lat szybko rozpowszechniła się na kontynencie europejskim, ponieważ po zakończeniu II wojny światowej żeglarze lodowi Europy nie mieli własnego międzynarodowego związku i własnych nowoczesnych klas.

W 1966 roku bojery DN trafiły do Polski wraz z Holendrem Wimem van Ackerem, którzy przyjechał na międzynarodowe mistrzostwa Polski z małym ślizgiem z napisem DN. Polacy ścigali się wówczas na 7-metrowych jednostkach z ciężkimi ważącymi prawie 300 kg 15-metrowymi żaglami. Na mały, i prawie 6 razy lżejszy bojer Holendra patrzyli z niedowierzaniem. To był moment przełomowy. Do końca roku w zakładach szkutniczych w całym kraju zostało zbudowane według planów Holendra przeszło 30 ślizgów DN i w marcu 1967 roku, na pierwszych Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w klasie DN rozgrywanych w Giżycku, wystartowało 28 ślizgów polskiej produkcji. Pierwszym Mistrzem Polski został Romuald Rowecki DN P-25.

Mimo, że krajowe bojery były wolniejsze niż amerykańskie, przez Polskę trafiły do ZSRR. W krótkim czasie radzieccy towarzysze z Amerykanami z rywalizacji bojerowej zrobili lodowy pojedynek. Amerykanie rządzili w tej dyscyplinie przez 30 lat, a Związek Radziecki zaczął deptać im po piętach. Do tego pojedynku dołączyli Polacy. Już w 1976 roku Romuald Knasiecki zdobył w Szwecji dla Polski pierwszy tytuł mistrza świata, rozpoczynając wielką serię sukcesów polskich bojerowców, od czasów PRL po dzień dzisiejszy. 

21 tytułów

W 2010 roku w mistrzostwach świata w Austrii walczyło ponad 200 reprezentantów 18 krajów. Wszystkie medale zdobyli Polacy. Michał Burczyński był wtedy pierwszy, Adam Baranowski drugi, a Łukasz Zakrzewski trzeci. Wcześniej potrafili tego dokonać jedynie Amerykanie i reprezentanci ZSRR. Sytuacja ta powtórzyła się później kilkakrotnie. Od tego czasu Polska pozostaje bezsprzecznie największą potęgą w tym sporcie. W ciągu 43 lat Polacy zdobyli łącznie 21 tytułów mistrzów świata. Złote medale dla Polski zdobywali: Romuald Knasiecki (1976), Bogdan Kramer (1978), Piotr Burczyński (1979), Władysław Stefanowicz (1990), Tomasz Zakrzewski (2012, 2013), Karol Jabłoński (1992, 1995, 1996, 1997, 2000, 2001, 2003, 2014, 2015, 2016, 2017, 2018) i Michał Burczyński (2006, 2010, 2019).

Lodowa osiemdziesiątka

Szacuje się, że obecnie w Polsce na bojerach pływa zawodowo około 80 zawodników. Czynnie żeglujących kobiet jest około 11, gdzie większość z nich to juniorki. Wszyscy bojerowcy w Polsce związani są ze Stowarzyszeniem Polska Flota DN, które podlega pod Polski Związek Żeglarski. Każdy zawodnik musi mieć ubezpieczenie i odpowiednie patenty. Odpowiednikiem żeglarskiego ISAF jest IDNIYRA, która wzoruje się na przepisach żeglarskich. To organizacja, która czuwa nad tym, by wszystko odbywało się zgodnie z przepisami. Żeby wystartować w regatach krajowych trzeba być członkiem klubu żeglarskiego, nie można być niezrzeszonym. Kadra narodowa seniorów składa się z czterech zawodników. Trenerem kadry narodowej DN seniorów jest Jerzy Sukow, natomiast juniorów, Paweł Burczyński. Jeżeli chodzi o finansowanie to bojery, podobnie jak kitesurfing, są objęte programem finansowania klas nieolimpijskich. 

- Bojery to z założenia dyscyplina amatorska, tzw. klasa uzupełniająca. Chociażby dlatego, że zawodnik nie jest w stanie utrzymać się z tego sportu - podkreśla Michał Burczyński. - Jeżeli zawodnik należy do kadry PZŻ otrzymuje zwroty kosztów za udział w mistrzostwach świata, Europy i Polski, natomiast medaliści mistrzostw świata i Europy dostają stypendia sportowe - to jedyne wsparcie. Czasami wystarczy to, by nie dokładać do tego hobby - podsumowuje.