Volvo Ocean Race. Hiszpański faworyt na prowadzeniu

Autor:
Milka Jung

W regatach Volvo Ocean Race zawodnicy mają już za sobą dwa pierwsze etapy, z Alicante do Lizbony i z Lizbony do Kapsztadu. Pomiędzy siedmioma identycznymi jachtami toczy się zacięta rywalizacja, a każdy z dotychczasowych etapów kończył się walką dosłownie do ostatnich metrów. W klasyfikacji generalnej prowadzi MAPFRE.

Pierwszy etap, po starcie z Alicante, wygrała załoga Vestas 11th Hour Racing. Młoda, amerykańsko-duńska ekipa Charliego Enrighta ma spore doświadczenie, ale w nie była wymieniana w gronie faworytów, gdzie znajdują się starzy wyjadacze. Jako pierwsi wyszli z Morza Śródziemnego przez Gibraltar, gdzie dostali silniejszy wiatr i byli już nie do złapania, pomimo gorączkowych wysiłków faworytów. 

Finisz w Lizbonie to dreszczowiec – przed metą zabrakło wiatru, więc wszystkie ciężko wypracowane przewagi topniały w oczach, do tego prąd na rzece, przez którą wpływa się do portu, cofał jachty na ocean. Przewaga Vestas nad goniącym ich MAPFRE wyniosła 9 mil. Następnie horror się powtórzył, MAPFRE utknęło przed metą, do której zbliżał się Dongfeng Race Team. A kiedy podium było już zajęte, nerwowa atmosfera pozostała. Godzinę po minięciu mety przez Dongfeng, AkzoNobel musiał odpierać atak Sun Hung Kai/Scallywag. Walka o dwa ostatnie miejsca pomiędzy Team Brunel i Turn the Tide on Plastic nie była wcale mniej zacięta niż o te wyżej notowane. Tak jak w poprzednich przypadkach, był to wyścig w zwolnionym tempie do mety, w którym wygrał Brunel sterowany przez Petera Burlinga, gwiazdę Pucharu Ameryki.

Drugi etap rozpoczął się widowiskowo – przez pierwsze doby po starcie jachty żeglowały w silnym wietrze, zalewane tonami wody, co oczywiście cieszyło kibiców, oglądających niesamowite zdjęcia i filmy, ale załogom nie było już tak wesoło. Zdarzało się, że niezbędne były akcje ratownicze na pokładzie, kiedy ktoś z załogi, przypięty, zostawał przygnieciony falą do podłogi kokpitu i zalany kolejnymi tonami wody. Sytuację opisuje reporter pokładowy Turn The Tide On Plastic, Sam Greenfield:

-To jakieś szaleństwo. Słońce zaszło i jedziemy przez fale wysokie jak domy z prędkością rzędu 30 węzłów. Dla tego jachtu to jazda na maksa. Załoga i jacht sprawują się dobrze. Reporter … no cóż … Wyzwaniem jest utrzymać się na siedzeniu przy biurku i nie zostać rzuconym o gródź, która oddziela mnie od stanowiska nawigacyjnego. Niezły trening. Głośno. Mokro. Większość popołudnia byłem na pokładzie, do zachodu słońca, potem zszedłem na dół, żeby zająć się kamerami pokładowymi. Sparaliżowała mnie choroba morska, zasnąłem na krześle, ocknąłem się, zrobiłem wywiad z Dee i teraz zaczynam wysyłać zdjęcia i filmy. Szczerze? Jest bardzo ciężko. W trzech etapach, w których brałem udział w poprzedniej edycji, nigdy nie mieliśmy takich warunków. Dziś widziałem szalone rzeczy. Fala zrzuciła Biankę do kokpitu. Bianka była przypięta, ale zwaliło się na nią tyle wody, że jej kamizelka eksplodowała, co uwięziło ją na podłodze, a woda szła dalej. Widok przerażający. Liz szybko ją stamtąd wyciągnęła. Nie wiem, jak oni tam radzą sobie na pokładzie. Kiedy zszedłem na dół po zdjęciach, miałem w ustach pełno soli, a ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłem trafić w klawisze. Nie mam słów, żeby opisać skalę tego, co się dzieje. Moja kolejna misja: nawodnić się i wysłać zdjęcia i filmy. Przepraszam za opóźnienie, Sam.

Ten odcinek był o wiele dłuższy od pierwszego, a po drodze było przejście przez równik oraz otaczającą go strefę zmiennej i kapryśnej pogody, a także konieczność wybrania drogi do Kapsztadu naokoło, spod Ameryki Południowej, ze względu na rozległy wyż Św. Heleny.

Przez ponad 7 tysięcy mil morskich przetasowania były liczne, ale tym razem Hiszpanie znaleźli klucz do zwycięstwa. Zadecydował o nim jeden zwrot.

MAPFRE gonił Dongfeng Race Team przez długi czas, a po dwóch tygodniach i przejściu okołorównikowej strefy ciszy zrobiono zwrot przez rufę, którego rywal nie zauważył. To był wygrywający ruch – Hiszpanie nie oddali prowadzenia do mety, frustracja Francuzów była ogromna.

Dongfeng prowadził stawkę przez pierwszą dobę po starcie, potem spadli na czwarte miejsce, ale ciężką pracą udało im się dojść do drugiego. „Dobre drugie miejsce” – komentował Caudrelier, kapitan chińsko-francuskiego teamu. „Oczywiście, że liczyliśmy na więcej, ale jeszcze kilka dni temu byliśmy w znacznie gorszej sytuacji, z której udało nam się wybrnąć” – przyznawał.

Kolejne miejsce na podium zajął Vestas, zwycięzca pierwszego etapu.  Załoga Charliego Enrighta zawsze była „w czubie” stawki, ale nie udało im się wejść na prowadzenie. - Cieszymy się, że jesteśmy na podium, razem z bardzo dobrymi załogami – mówił Enright w Kapsztadzie. - Nie jesteśmy jeszcze do końca zadowoleni z tego, jak prowadzimy jacht, więc mamy nad czym pracować. Ale to długi wyścig.

Na czwartym miejscu uplasował się Team Brunel, potem nastąpiła doba przerwy i na piątym znalazł się AkzoNobel, za którego rufą rozegrał się horror podobny do tego w Lizbonie … 

Nieczęsto piąte miejsce przyjmuje się jak zwycięstwo, ale kapitan Akzo Nobel, Simeon Tienpont, nie narzekał. -Walczyliśmy przez cały etap. Oczywiście, jesteśmy zawiedzeni, że wynik nie jest lepszy, ale nie mamy do siebie pretensji. Przy tak bliskich finiszach cieszę się z piątego miejsca.

Na podejściu do Kapsztadu przewaga Davida Witta (Sun Hung Kai/Scallywag) nad załogą Turn the Tide on Plastic prowadzoną przez Dee Caffari wynosiła dwie mile. Jednak po wejściu w zmienne, słabe wiatry przy Górze Stołowej, stopniała prawie do zera. Caffari udało się zbliżyć do rywala na 0,1 Mm, czyli mniej niż 200 metrów – przypomnijmy, że po 7000 Mm na oceanie. Nie udało się jednak załodze Turn The Tide wyprzedzić rywali. - Mieliśmy Scallywag w zasięgu wzroku od równika i uważam, że zasłużyliśmy na lepszy wynik, bardzo mi szkoda mojej załogi. Najpierw straciliśmy dwie mile, a potem je prawie odzyskaliśmy – mówiła Dee Caffari. 1 minuta i 8 sekund. Taka była różnica.

Po drugim etapie w klasyfikacji ogólnej prowadzi MAPFRE z jednym punktem przewagi nad Vestas, a kolejne dwa punkty dzielą Vestas od trzeciego w tabeli Dongfeng.

Wszystkie jachty są całe, obyło się bez wypadków i awarii. Ale to dopiero początek – żeglarzy czeka teraz jeden z najtrudniejszych odcinków, czyli przeskok z Kapsztadu do Melbourne. Wystartują 10 grudnia, do pokonania mają 6300 Mm, co powinno zająć im około 18 dni.

Trudność polega na tym, że w Australii nie będzie można dokonać żadnej poważnej naprawy – taka regulacja została wprowadzona specjalnie przez organizatorów regat. Tak więc załogi nie tylko będą musiały jak najszybciej i bez błędów pokonać ocean Indyjski, ale również znaleźć punkt równowagi pomiędzy szybką żeglugą a ryzykiem awarii. Kolejny, czwarty etap, będzie wyścigiem z Melbourne do Chin (Hong Kong i Guangzhou).

 

P.S. Część rewolucyjnych zmian zapowiadanych przez dyrektora regat, Marka Turnera, została wycofana. W związku z tym regaty mają nowego szefa, którego zadaniem będzie nakreślenie nowej wizji kolejnych edycji legendarnego wyścigu zanim rywalizujące na wokółziemskiej trasie jachty dopłyną do mety ostatniego etapu w Hadze.