Sporady. NIEKONIECZNIE MAMMA MIA

Autor:
AGNIESZKA OLSZEWSKA

W oddali słychać krzyk miejscowego, jakby żywcem wyjętego z greckiego eposu: „Siga, Siga”! Stół, przykryty obrusem w niebieską kratkę, ugina się od jedzenia. Świeżo marynowane oliwki sąsiadują z pieczoną fetą, w tle grecka muzyka, a w oddali w niewielkim porcie, kołyszą się nasze trzy jachty.

Czy można sobie wymarzyć, by było bardziej idealnie?

Planowanie rejsu na Sporadach, czyli najbardziej północnym archipelagu w Grecji, zaczęło się już parę ładnych lat wcześniej. Zawsze chcieliśmy tam żeglować, kusiły nas te wyspy, mało kto tam pływał, ale... a to połączenia lotnicze nie takie, a to nie było odpowiedniego jachtu, i tak czas upływał... W końcu jednak podjęliśmy wyzwanie!

Ekipę mieliśmy rozbudowaną, więc i wariantów dotarcia na miejsce było kilka. Każdy podróżował, jak mu pasowało najbardziej. Summa summarum w niedzielę rano byliśmy w komplecie w porcie Skiathos - dwunastu dorosłych i trzynaścioro dzieci, a organizacja i punktualność na medal. Podczas gdy w skwarnym i gwarnym Skiathos skipperzy dopełniali formalności związanych z przejęciem naszych trzech jachtów, reszta zajęła się robieniem zaprowiantowania. Kiedy wszyscy ogarnęli przypisane im tematy, z radością oddaliśmy cumy i ruszyliśmy na odkrywanie archipelagu Sporad. Mieliśmy na to 2 tygodnie... 

Mamma Mia! Naprawdę?

Od momentu nakręcenia musicalu Mamma Mia Sporady często kojarzą się z tym tytułem, a w sumie niesłusznie... Wszystkie te „filmowe” miejsca są masowo odwiedzane przez turystów. Zdarza się, że nie są tak spektakularne, jak byśmy tego oczekiwali... no, ale to się nazywa magia filmu! Zaczęliśmy więc od spektakularnej plaży Lalaria z malowniczym łukiem na wyspie Skiathos. Poczciwy człowiek dzień przed wypłynięciem powiedział nam, aby dopłynąć tam przed 10 rano i miał rację. Przed 10:00 cisza i spokój, można dopłynąć do plaży i słynnego skalnego łuku wpław. O 11:00 ruch był tak duży, że z godnością opuściliśmy to miejsce i pożeglowaliśmy dalej w kierunku portu Loutraki na Skopelos. Loutraka jest ładnym miejscem, z odremontowanym kościółkiem i mnóstwem knajpek wokół niego. Po obowiązkowej kąpieli w zatoce, skierowaliśmy dzioby naszych jachtów do portu Skopelos. Opłynęliśmy Skopelos od północy, zahaczając o filmowy kościółek na skale Agios Ioannis, nazywany kościółkiem Mamma Mii. Po południu wpłynęliśmy do portu. Miejsca dla jachtów są wyłącznie wzdłuż bardzo długiego falochronu, który widziany z góry naprawdę robi wrażenie. Do portu wpływają poza tym całkiem duże promy, przyprawiając żeglarzy o palpitację serca, gdy wykonują manewr zawracania w miejscu! Wieczorem miasteczko znajduje się w cieniu, ale za to rano jest bosko! Słońce pięknie oświetla schodkową zabudowę na zboczu, wszystko jest kolorowe i zaprasza do spacerów niezliczonymi zaułkami, uliczkami, schodkami... W Skopelos jest dużo sklepów, w których można uzupełnić zaopatrzenie, są wypożyczalnie samochodów i skuterów oraz oczywiście mnóstwo restauracji i kawiarni.

Siga, Siga!

Siga, siga to bardzo popularne greckie wyrażenie. W wolnym tłumaczeniu oznacza „powoli – pomału”, jednak dla Greków jest czymś więcej, niż zwykłe: nie śpiesz się. Wzięliśmy sobie to do serca. Ze Skopelos wypłynęliśmy niespiesznie. Wiadomo - spacer, kawa, zakupy… W drodze na wyspę Peristera zatrzymaliśmy się na kąpiel w zatoce Rousoumi na Alonissos. Wytchnienie od gwarnego Skiathos i Skopelos. W zatoce, mimo obecności kilku jachtów, było cicho. Niesamowitym doznaniem była kąpiel w świetle zachodzącego słońca. Zdecydowaliśmy, że od tej pory na jeden nocleg zatrzymamy się w miasteczku, a na drugi w zatoce, i tak na zmianę. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Po spokojnej nocy wyruszyliśmy w kierunku Alonissos, aby zobaczyć Patitiri, jedno z dwóch uroczych miasteczek na wyspie. Po drodze, zatrzymaliśmy się na kąpiel, tym razem w zatoce Milia. Urocze miejsce – otoczona białymi klifami zatoka i pusta plaża! O takich miejscach marzy się, siedząc za biurkiem w pracy, oj tak! Do Patitiri wpłynęliśmy dość wcześnie, znajdują się dwa centra nurkowe, plaża miejska oraz wypożyczalnie skuterów i samochodów. Niestety, w sierpniu nie udało nam się wynająć niczego ad hoc. Tylko z tygodniowym wyprzedzeniem... Szkoda, bo mieliśmy ochotę na wyprawę w głąb wyspy. Taka sytuacja niestety powtarzała się na każdej z odwiedzanych wysp. Nie zmartwiliśmy się tym jednak, bo pięknie wiało, a naszym celem tego dnia była niezamieszkana wyspa Skantzoura. Żegluga pod pełnymi żaglami była wspaniała i w dobrych nastrojach wpłynęliśmy do zatoki o tej samej nazwie co wyspa. Z daleka nie wygląda zachęcająco, ale po wpłynięciu do niej okazuje się, że jest całkiem nietypowa. Jest bardzo długa i wąska, z mikroplażą na końcu. Warto wspomnieć, że zatoka oferowała miejsce góra trzem jachtom stojącym burta w burtę. Pozostali zmuszeni byli rzucać kotwice przy jednym brzegu, a rufy wiązać linami do drugiego. Takie kotwiczenie (z uwiązaną do brzegu rufą) jest bardzo popularne w Turcji i niektórych rejonach Grecji. Po dość wietrznej nocy, przy wciąż wiejącym silnym wietrze, skierowaliśmy się z powrotem na Alonissos. Tym razem do drugiego z polecanych portów – Steni Vala. Port to dość szumne określenie tej miejscówki. Przy nabrzeżu mieszczą się knajpki, a wzdłuż cumują jachty. Port jest uroczy, ale bardzo płytki, więc należy ostrożnie podchodzić do brzegu. Nie jest takie oczywiste, że stojąc rufą lub niestandardowo, dziobem do brzegu, zejdzie się wprost na ląd. Czasem może zabraknąć 2-3 m przed nabrzeżem i wtedy trzeba zwodować ponton(!), żeby zejść na ląd. Także - miejscówka dla ludzi z samozaparciem (śmiech). Po drugiej stronie cypelka, który ochrania port, jest plaża, a na niej spot dla surferów. Można popatrzeć na uczących się i na zawodowców, albo popróbować samemu. Fajny klimat.

Urocze dziury

Trzymając się zygzakowatego pływania, popłynęliśmy do widzianej ze Steni Vala zatoki Vasilikou na wyspie Peristera. W zatoce tej jest wrak statku, ale z uwagi na to, że większość wystaje ponad wodę, to dla nurków nie jest to jakaś szalona atrakcja. Ale żeby nie było, to ponurkowaliśmy wokół w maskach i rurkach, dopóki znów nie zrobiło się tłoczno. Zjedliśmy obiad, stojąc na kotwicy z widokiem na wrak, snując domysły, co takiego mogło się wydarzyć, że utknął tu na zawsze. Po posiłku wróciliśmy na Alonissos i znów do zatoki Rousoumi. Teraz naszym celem było Agnontas. Miejscówka typu urocza dziura. Trzy knajpy, jedna obok drugiej, plaża, kilka domków z kwaterami letniskowymi, market typu sklep „U pani Kazi” i tyle. Niemniej jednak podobało nam się tam bardzo, zwłaszcza te knajpki ze stolikami stojącymi niemal na piasku. Nie ma tu wielkich deptaków, sezonowych wyprzedaży, ani typowych nocnych klubów. W zamian malownicze widoki i fantastyczne, zawsze świeże jedzenie. I znów zaskoczenie, bo niby porcik niewielki, a prąd i woda w słupku. Na kartę. A karta do pobrania w restauracji za 5 EUR i kaucja za nią też 5 EUR. I jak tu nie lubić Grecji?!

Następny dzień zaczął się bardzo leniwie, od kawy i kąpieli. Po, już „na serio” ruszyliśmy w drogę na Skiathos, a dokładnie do Koukouneri. Stanęliśmy tam, jak już zmierzchało. Gdybyśmy przypłynęli wcześniej, to pewnie byśmy stamtąd zwiali. Zatoka należała głównie do skuterów i narciarzy wodnych, czyli decybele gratis. Na szczęście po zmroku zrobiło się cicho. Towarzystwa dotrzymywał nam potężny, onieśmielający statek motorowy. Nie omieszkaliśmy oczywiście wygooglać po nazwie, co to za jeden... 133m długości, 25 gości, 55 osób obsługi. Ostatni z właścicieli – premier Kataru. A jakżeby inaczej!

Wytrwale, do celu!

Następnego dnia ruszyliśmy w kierunku półwyspu Volos. Płynęliśmy na pełnych żaglach, na tzw. motyla, mijaliśmy dumne wzniesienia, łącznie z malowniczymi pozostałościami po kamieniołomie. Dopłynęliśmy do miejsca, gdzie półwysep wygina się w hak i zaczyna się zatoka Pagasyjska. Tam wpłynęliśmy do małej zatoczki z miejscowością Agia Kyriaki i górującą nad nią Trikeri. Ależ nam się tam spodobało! Problem w tym, że w locji wyraźnie było napisane, że nie ma możliwości stawania przy nabrzeżu.
Tylko kotwica. Jakoś nam się to nie uśmiechało, więc zaczęliśmy kręcić się w kółko, z lewej na prawą i z powrotem, aż z knajpki przy małym nabrzeżu promowym wyszedł pan i gestem zaprosił nas do zacumowania na wprost restauracji. Hmmm, a locja? Okazało się, że prom tu nie przypływa, więc całe nabrzeże nasze. Grunt to się nie poddawać! Jak już zeszliśmy na ląd, to od razu zaczęliśmy oglądać naszą miejscówkę. Pocztówkowa, kolorowa, śliczna, na uboczu. Nie było natomiast baklavy ani kataifi, czyli tradycyjnych greckich, koszmarnie słodkich deserów. Nigdzie. W żadnej knajpce. Żadnych deserów. Tylko kawa. Szok. Lody kupiliśmy więc w sklepie, a potem usiedliśmy przy stoliku na kawę. Niezmordowany Maciej, który nie mógł przeboleć braku prawdziwego deseru, chodził, pytał, szukał... i wyszukał. Dostał namiar na tajną miejscówkę, gdzie sprzedają domową baklavę i po 15 minutach wrócił radosny z dodatkowymi powidłami lokalnymi „hand made”. Po raz drugi tego dnia okazało się, że warto być wytrwałym.

Greckie Mazury!

 

Następnego dnia, mimo że nie chciało nam się wypływać, ruszyliśmy do Orei na wyspie Eubea/Evia. Wiatr wiał z prędkością ok. 30 węzłów, więc żegluga była równa i szybka! Orei to bardzo duży port, sporo w nim jachtów, ale w dalszym ciągu nie jest to marina. Miasto ewidentnie turystyczne. Knajp przy nabrzeżu mnóstwo, do wyboru do koloru, ale samo miasteczko specjalnie nas nie urzekło. Albo nie daliśmy mu na to szansy... Z Orei wyruszyliśmy na Skopelos. Po kilku godzinach wspaniałej żeglugi dotarliśmy na Skopelos i zatrzymaliśmy się w zatoce Panormos, nie naprzeciw plaży, ale w odnodze tej zatoki. A tam klimaty jak na... Mazurach! Trzciny, mały domek nad brzegiem i drzewa kłaniające się wodzie. Uroczo i do tego woda krystaliczna. Zatoka wąska, ale bardzo głęboka, więc chcąc przywiązać rufę do brzegu,  mimo niewielkiej odległości, trzeba było wyrzucić prawie 40 m łańcucha! Trochę na północ od zatoki Panormos jest „filmowa” Kastani Beach. Z daleka jednak widać, że to głównie leżaki, hotel i turyści, więc zatrzymaliśmy się na kąpiel tuż przed, przy jednej z mikroplaż dostępnych wyłącznie z jachtu i wyłącznie dla nas. Przeurocze miejsce! Bardzo niechętnie zebraliśmy się w stronę Skiathos. Tam, naprzeciwko wejścia do zatoki, znajduje się wyspa Tsoungria, przy której się zatrzymaliśmy. Zupełnie, jakby miało to w jakiś magiczny sposób oddalić to, co nieuniknione, czyli wpłynięcie do portu o 17:30, aby zakończyć ten wymarzony rejs...