ZbignieW Gutkowski. Trzeci raz samotnie dookoła świata

Autor:
Milka Jung

- Mimo, że "Babcia" jest wolniejsza od "Czarnej", jest przyjemniejsza do życia na wodzie – takie były pierwsze wrażenia Gutka z rozpoczętego w Wigilię, 24.12.2016, rejsu dookoła świata. Polski żeglarz zamierza okrążyć świat samotnie, non-stop, klasyczną trasą z zachodu na wschód, dookoła trzech przylądków – Dobrej Nadziei (Afryka), Leeuwin (Australia) i Hornu (Ameryka Płd.) i zrobić to jak najszybciej. 

- Chciałbym wrócić na tyle szybko, żeby jeszcze zdążyć pojechać na narty – żartował Gutkowski. Jeżeli tego dokona, będzie trzecim, po Henryku Jaskule i Tomaszu Lewandowskim, Polakiem z takim osiągnięciem.

Nie chodzi tu o bicie wyśrubowanego rekordu WSSRC (Światowej Rady Rekordów Żeglarskich) – do tego potrzeba ogromnego budżetu i jeszcze więcej szczęścia. (Armel Le Cleac’h, zwycięzca tegorocznej edycji regat Vendée Globe, właśnie ustanowił nowy rekord i wynosi on 74 dni 3 godziny 35 minut i 46 sekund, o prawie 4 dni lepiej, niż poprzedni, wydawałoby się, bardzo wyśrubowany wynik Françoisa Gabarta: 78 dni). 

Polak wybrał inny wariant – żeglowanie swobodne, bez wsparcia sponsorów, o które bezskutecznie zabiega od kilku lat. Tą samą drogą podążali przed nim inni – kilka lat temu Włoch Alessandro di Benedetto opłynął świat na Mini 6,50. W październiku 2016 inny Włoch, Gaetano Mura, na jachcie „Italia” (Class 40) miał identyczny plan. Niestety ze względu na kłopoty techniczne musiał przerwać rejs w Australii. Obaj Włosi to regatowcy. 

Nie chodzi też o ściganie się z wynikiem Jaskuły (344 dni na trasie Gdynia-Gdynia, 178 dni czas zamknięcia pętli, s/y Dar Przemyśla, 1979-1980). Inny jacht, inne technologie, inna epoka. 

Ani o rywalizację z wynikiem Tomka Lewandowskiego (392 dni na trasie Ensenada-Ensenada, s/y Luka, 2007-2008), który startując z Meksyku, żeglował ze wschodu na zachód, czyli w odwrotną stronę niż większość.

Pytany o to, czy płynie po to, aby „wyrównać rachunki” z regatami Vendée Globe, w których wystartował w 2012 roku, ale nie ukończył z powodu awarii, Gutkowski odpowiada:

- Nie do końca. To nie jest ta sama łódka, więc nie. Żeby wyrównać rachunki, musiałbym wystartować na tej samej, którą miałem poprzednio, a którą odkupił Francuz i niestety nie dopłynął. Teraz robię to, czego mi brakowało w życiowych dokonaniach na oceanie. Nie chciałem już dłużej czekać. Słyszałem już tyle obietnic, że trzeba tylko trochę poczekać, a wszystko będzie … Czas nie czeka, lat przybywa, trzeba to robić, kiedy się jeszcze ma siłę i motywację.

Gutek powrócił na ocean na własnych warunkach. Polak żeglował już dookoła świata załogowo (regaty The Race 2000, katamaran Warta-Polpharma) oraz etapami (regaty Velux 5 Oceans 2010-11, Operon Racing). Zna również jacht – GLOBE to dawny OPERON, wyremontowany przez Gutka i wypożyczony od obecnego właściciela. To jednostka z bogatą historią - dwa razy okrążyła świat w regatach Vendée Globe (1992-93 pierwsze miejsce, BAGAGES SUPERIOR, 1996-97 czwarte, CAFE LEGAL), raz w Velux 5 Oceans (z Gutkiem). Teraz żegluje czwarte okrążenie.

Czym różni się obecny rejs od żeglowania regatowego, które jest specjalnością gdańszczanina? 

- Przede wszystkim - łódka. Łódka „Babcia”, teraz GLOBE, to jacht zasłużony dla polskiego żeglarstwa i nie tylko. Ale nie nadaje się już do ścigania. Czuć, że się męczy, nie próbuję nawet już jej cisnąć. Do ścigania bym oczywiście chętnie wrócił, ale na razie nie ma ku temu w Polsce możliwości. Jest jak jest. Trzeba to przyjąć. Chciałem wystartować w Vendée Globe, nie udało się, więc płynę prywatny rejs, żeby zaliczyć tę ciężką trasę. Ale to nie jest to samo. To zupełnie coś innego – mówił w rozmowie ze środka Atlantyku.

Gutek wystartował z portugalskiego Cascais, ze względów pogodowych. Nie było szans na start z Gdyni, bo remont przed rejsem i przygotowanie jachtu, chociaż drobiazgowo zaplanowane, zostały ukończone bardzo późną jesienią i nie było czasu na testy na wodzie. A wiadomo, że wszelkie usterki wychodzą zawsze w czasie rejsu. Jedynym wyjściem było przestawienie jachtu do lepszego portu startowego, czyli takiego już za kanałem La Manche, z pomocą niewielkiej, dwuosobowej załogi. Miał to być Brest, ale pogoda pokrzyżowała plany. 

Jak to zwykle bywa w kwestiach żeglarskich – miał Gutek rację. Co miało się zepsuć, zepsuło się w trakcie przestawiania jachtu z Gdyni do Cascais. Bądźmy szczerzy – nie ma rejsów bez awarii. Dwukrotny zwycięzca Vendée Globe, Michel Desjoyeaux, mówi wprost: - Bądź gotów każdego dnia na jeden poważny problem. 

Zawodnicy ścigający się non-stop dookoła świata przyznają, że taka jest właśnie ich rzeczywistość. Dzień bez awarii to święto. Dowiadujemy się tylko o tych najpoważniejszych, często skutkujących wycofaniem się z regat lub wyjaśniających przyczyny „dziwnych” danych pokazywanych przez system monitorowania pozycji jachtów. Potem okazuje się, że na pokładzie był pożar, powódź albo inny dopust.

Gutek do Wigilii uporał się ze wszystkimi drobnymi naprawami. Czekał jeszcze na uszczelkę do odsalarki, którą ktoś z serwisu producenta wysłał mu zwykłą pocztą. Nie doczekał się, chciał już płynąć. Takie czekanie na brzegu jest najgorsze. Dorobił dwie awaryjne części zapasowe sam i wreszcie ruszył. 

- Chcę popłynąć kółko, bezpiecznie, w swoim tempie – mówił przed startem. 7 stycznia przeciął równik. - Jadę już tędy 10 raz, jest jakiś wiatr, którego nie ma w żadnej prognozie, a tego wiatru, co miał być, wcale nie ma – narzekał. To standardowe frustracje strefy okołorównikowej, która bardzo rzadko pozwala przejść płynnie z jednej półkuli na drugą. Każdy musi tam przeżyć swoje, a przejście bez postoju zdarza się bardzo rzadko. Jak wygląda codzienna praca na pokładzie GLOBE?

- Jeżeli chodzi o pracę, to tak jak na każdej łódce, na bieżąco naprawiam jak coś się psuje. Jeżeli mogę odpoczywać, to odpoczywam. 

Póki warunki na to pozwalały, udawało mi się spać trochę więcej niż zwykle na regatach, chociaż na początku ciężko było w ogóle usnąć.

Kiedy Gutek wpływał na półkulę południową, na północną wracali liderzy regat Vendée Globe. Jednak kapryśne warunki uniemożliwiły spotkanie z innymi samotnikami. Polak uciekał przed powiększającą się strefą ciszy i nie chciał rezygnować z obranej strategii. - Jak tu stanę, to się usmażę żywcem – mówił wprost.

Czy przy takim swobodnym żeglowaniu tak samo intensywnie pracuje się nad wyborem trasy, nad routingiem, nad pogodą?

- Na pewno nie. Nie interesuje mnie jak najszybsze dotarcie do portu, ale taki routing, który pozwoli mi ominąć niekorzystne miejsca na oceanie – na przykład takie, gdzie będzie sztormowo, ale fala w dziób. Na tym się skupiam. To zupełnie coś innego. Ale jeżeli chodzi o systematykę ściągania prognozy czy sprawdzania routingu na komputerze, to prawie się nie różni, robię to co kilka godzin, ale jest to liczone zupełnie pod innym kątem.

Po przejściu równika i strefy konwergencji Gutek żegluje dalej, w stronę chłodniejszych rejonów i przylądka Dobrej Nadziei. Atlantyk Południowy to obszar za równikiem, gdzie główną przeszkodą jest wyż Św. Heleny, którego zasięg bywa różny. Gutek nie musi pokonać go na czas, ale chce wybrać drogę, która nie będzie bardzo wolna, ale jednocześnie da choć minimum komfortu. Ten akwen to również przejście w znacznie zimniejsze rejony oraz strefę ryczących czterdziestek – niezbędne, żeby minąć przylądek Dobrej Nadziei, będący bramą na południowy Ocean Indyjski. Ostatnie chwile spokoju.

W trakcie rozmowy telefonicznej 17 stycznia tak relacjonował warunki: 

- Ostatnia doba była już bardzo inna od wszystkich poprzednich. Wczoraj było jeszcze 30 stopni, jutro będzie już 5. Jestem już właściwie na południu. Jak latają albatrosy, to znaczy, że już południe. Tak naprawdę zacznie się od jutra - mam w prognozie 40 węzłów i 8 metrów fali. Do przylądka Dobrej Nadziei wg komputera jest 7-8 dni. Niestety wyż Św. Heleny rozciąga się obecnie bardzo mocno poniżej Kapsztadu i nie da się żeglować taką trasą, jak płynęli zawodnicy Vendée Globe, bo musiałbym cały czas halsować, zupełnie bez sensu.

Na Indyjskim trzeba pilnować, żeby nie zejść za daleko na południe – chociaż to skraca drogę – to strefa gór lodowych. To również rejon przemieszczających się jeden za drugim niżów, które, przy odpowiednim wyznaczaniu trasy, niosą jacht ze sobą. - GLOBE jest za wolny, żeby utrzymać się w niżu dłuższy czas – mówi Gutek. - Zawsze tak było, znamy się przecież dobrze. Ale tym razem się nie ścigam. Wody południa są najbardziej oddalone od cywilizacji, każdy żeglarz jest tam zdany tylko na siebie. 

- Stres jest obecny zawsze. Natomiast płynie się zupełnie inaczej, nie ma oddechu rywala na karku, ale przez to samotność jest bardziej odczuwalna, bo jak była rywalizacja, to człowiek był zajęty, myślał cały czas, żeby coś poprawić, lepiej wytrymować. Tutaj tego nie ma, myślę bardziej pod względem bezpieczeństwa łódki i swojego. Przede wszystkim, żeby niczego nie uszkodzić. Ale też, żeby nie narobić sobie dodatkowych kłopotów. I to jest numer jeden.

Na szczęście technologia wciąż się rozwija i internet satelitarny na jachcie nie jest już tak upiornie drogi jak kiedyś. A w każdym razie pozwala nie tylko na ściągnięcie poczty i prognozy, ale również na w miarę płynną komunikację za pomocą Messengera czy Skype’a. Dzięki temu łatwiej znosić samotność, która z czasem daje się coraz bardziej we znaki. 

- Można z kimś pogadać i nie generuje to dodatkowych kosztów. Żyjemy w takich czasach, że warto mieć dobre łącze, żeby ściągać prognozy z wielu źródeł, patrzeć na ostrzeżenia nawigacyjne zamieszczane w internecie, to wszystko bardzo pomaga. A jeśli chodzi o samotność – jest podobna, ale to, że można sobie kliknąć i poczytać, na bieżąco, co się dzieje w kraju czy na świecie, pomaga na chwilę oderwać się od  rzeczywistości na oceanie.

 

Przed Gutkiem jeszcze kawał wody. Trzymajmy kciuki. A bieżące informacje – w formie pocztówek filmowych z pokładu – można znaleźć na fan page Polish Ocean Racing: https://www.facebook.com/PolishOceanRacing.

galeria