MALEDIWY, RAJ DLA SURFERÓW

Autor:
Adam Strybe "Strybol"

Biały piasek, intensywnie błękitna woda, bujna przyroda i regularne, wysokie fale! Malediwy - istny raj dla surferów. Jak wygląda życie surfera w tym pięknym miejscu na ziemi? W podróż zabierze was Adam Strybe!

Ta podróż była jedną z tych nieoczekiwanych, przyszła do mnie sama, a ja wiedziałem, że nie mogę tej szansy zaprzepaścić. Byłem w Australii, akurat się wyprowadziłem z mojego mieszkania na Bondi, gdy kolega wysłał mi propozycję nie do odrzucenia. W zasadzie decyzja zapadła od razu, a odpowiedź była tylko jedna możliwa: pewnie, że lecę! Mimo, że miałem już zakupione bilety powrotne do Europy, wykonałem kilka telefonów, sprawdziłem opcje i kilka tygodni później byłem już gotów, aby spełnić kolejne marzenie.

Z WYSPY DO WYSPY

15 marca z Sydney wyruszyłem w podróż marzeń. Leciałem przez Kuala Lumpur i po kilku godzinach postoju w Malezji, wyjściu „na miasto”, obejrzeniu Petronas Towers, byłem już w samolocie do Male, stolicy Malediwów.

Widok jaki zastałem w nocy ma się ni jak do tego, co ukazuje się naszym oczom, gdy budzimy się o poranku. Wtedy dopiero widać jak magicznym miejscem są te atolowe wysepki na środku Oceanu Indyjskiego, będące rajem dla surferów, nurków i wszystkich innych turystów, którzy chcą wypocząć w tym szalenie pięknym miejscu.

Z lotniska wyszedłem z plecakiem, dużą torbą oraz jeszcze większym boardbagiem, w którym miałem 3 deski surfingowe - moje trofea z Australii oraz jedną dodatkową deskę dla znajomego z Polski. Całość ważyła z jakieś 60 kg, a przy moich 70 kg masy, miałem co dźwigać (śmiech). Po chwili, udało mi się dostać na łódeczkę łączącą lotnisko z miastem Male, które jest już zupełnie inną wyspą.

Dzięki cennym wskazówkom znajomego, który mnie na tą podróż namówił, znalazłem się w miejscu będącym najbliżej lokalnego surf spotu. To, co zastałem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Miejscówka była pusta, zero ludzi na wodzie, lokalni surferzy tylko naprawiali deski w cieniu przy plaży. Z szacunku do lokalnych zwyczajów i surferskiej etykiety, spytałem się jak wygląda pływanie na „ich spocie”, dlaczego nikt nie pływa i co powinienem wiedzieć. Po chwili rozmowy dostałem zielone światło i informację, że sezon się dopiero rozkręca, fale są dla nich póki co małe, ale mogę spokojnie wskakiwać i rozpoczynać swoje surfowanie na Malediwach. Naładowany pozytywną energią, poszedłem na śniadanie przy moim hoteliku, przebrałem się, wziąłem deskę pod pachę i na bosaka podreptałem na moją pierwszą sesję.

JA I MOJA DESKA

Po godzinie pływania w całkiem niezłych falach, miałem jedno spostrzeżenie, nieczęste jak na surfera pływającego zazwyczaj na zatłoczonych spotach Sydney. Przez cały ten czas na wodzie byłem sam, żywej duszy, tylko ja, moja deska i fale rozbijające się w narożniku, przy plaży z beach barem, zaraz obok mostu „przyjaźni chińsko-malediwskiej” łączącego miasto z lotniskiem.

Tego samego popołudnia czekała nas podróż małym, śmigłowym samolotem na południowe atole, pół stopnia nad równikiem. Po nadaniu bagażu, oddaniu torby na przechowanie, rozsiadłem się spokojnie w awionetce, którą przez godzinę lecieliśmy na Kaadedhdhoo. Tam czekał na nas speed boat, którym dostarczono nas w ciągu kilkunastu minut pod naszą łódź, którą mieliśmy krążyć przez kolejne 10 dni po okolicznych wysepkach w poszukiwaniu najlepszych fal.

Po powitaniu, wzięliśmy się za rozpakowanie desek oraz wybranie kajut na nasz rejs. Potem zakupy na okolicznej wysepce, wędki, haczyki, linki. Wszyscy byliśmy w niemałym szoku widząc ogromny jacht motorowy, który był cały do naszej dyspozycji. Pod pokładem kajuty dwuosobowe, główny pokład kuchnia, salon, kapitanka oraz przestrzeń na rufie. Górny deck to pojedyncze kajuty z kanapą dla relaksu oraz druga miejscówa na rufie, gdzie na ściance trzymaliśmy nasze dechy. Na samej górze mieliśmy duży pokład z małym daszkiem a do tego leżaki, maty do jogi oraz linki do suszenia szortów po pływaniu.

Codziennie rano następowała ta sama procedura. Statek zacumowany wewnątrz atolu, na stabilnych wodach, budził się ze snu koło 6 rano, odpalał silniki, załoga zaczynała sprzątać pokłady, przygotowywać śniadanie, a ja przyzwyczajony do porannego wstawania w Australii budziłem się w tych samych godzinach i obserwowałem ten przyjemny rytuał.

DELFINY I EKO AKCJA

Pierwsze pływanie było czymś wyjątkowym, wypłynęliśmy na rafę u wejścia do atolu małą łódeczką, którą zawsze mieliśmy na holu. Tam czekały na nas rzędy pięknych, równych, delikatnych fal. Co więcej! W trakcie sesji na naszym spocie pojawiły się delfiny, nie dwa, pięć, ale całe stado, które pływało kilka metrów od nas. Sam miałem przyjemność i szczęście złapania jednej fali razem z dwoma kompanami, którzy towarzyszyli mi pod wodą, ale widząc, że płynę dalej i zaczynam skręcać, oddali mi fale i ustąpili pierwszeństwa, zgodnie z surferskimi zasadami. Ot taki wodny savoir-vivre.

Kolejne dni to czysta przyjemność surfowania, praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka. Na tym wyjeździe miałem największą jak dotychczas powtarzalność na falach, najlepszą opcję do faktycznego poprawienia techniki, potrenowania nowych ruchów, a z pomocą naszych trenerów udało mi się wyeliminować kilka błędów i nabytych złych nawyków.

Szóstego dnia, mimo codziennych masaży, mieliśmy już tak obolałe mięśnie, że postanowiliśmy zrobić sobie dzień przerwy od surfingu. Żeby nie marnować czasu pojechaliśmy na bezludną wyspę, gdzie braliśmy udział w projekcie oczyszczania Malediwów. Sprzątaliśmy brzegi oraz środek wysepki, a powiem wam, że można było tam znaleźć dosłownie wszystko! Począwszy od plastików, styropianów, starych japonek, szkła, po całe worki śmieci, jakie niektóre statki z turystami zrzucają w takie niewidoczne miejsca, aby uniknąć opłat przy zrzucaniu odpadów w porcie. To niestety niechlubna praktyka występująca nie tylko na Oceanie Indyjskim...

Po takim dniu regeneracji, wróciliśmy na wodę i do ostatniego dnia łapaliśmy tyle fal, ile się dało. Nie obyło się bez drobnych incydentów. Mieliśmy kilka wgnieceń, trochę otarć stóp, dłoni bądź pleców o rafę, ale udało nam się przetrwać bez większych szkód, z masą doświadczenia, nowymi umiejętnościami, pewnością łapania fal w bardziej wymagających sekcjach i oczywiście z dużymi uśmiechami.

OCENIAM NA 5!

Jak na każdym wyjeździe, smutny element to pakowanie tego całego bałaganu. Po wylądowaniu w stolicy, wesołym krokiem weszliśmy na lotnisko. Trzeba pamiętać, że nie można tu wwozić alkoholu, narkotyków i innych zakazanych w muzułmańskim państwie towarów. Stąd warto sprawdzić ograniczenia przed wylotem na wakacje w nowe strony.

Malediwy to miejsce nie do podrobienia. Ciężko jest zobaczyć i doświadczyć czegoś podobnego w innym miejscu na ziemi. Tubylcy są bardzo mili i gościnni, a pogoda jak można się domyślić - bardzo znośna. Z całą odpowiedzialnością mogę polecić wyjazd w te strony, osobom chcącym poprawić swoją technikę. Statek, surfing, odpoczynek i wędkowanie - przy takim założeniu naprawdę można się wiele nauczyć. Teraz już wiem, że spełnione surfingowe marzenie to bezcenne doświadczenie i każdemu pływającemu na desce życzę choć raz w życiu takiego wyjazdu!

Aloha!