FINAŁ PUCHARU ŚWIATA, TRIUMF BRAZYLIJCZYKÓW

Autor:
Adam Strybe "Strybol"

Hawaje, grudzień, koniec sezonu i zjazd całego surfingowego świata – tak w skrócie wyglądał finał Pucharu Świata w surfingu. Bohaterem finałowego przystanku Bilabong Pipe Masters bezapelacyjnie został utytułowany Brazylijczyk Gabriel Medina, któremu już po raz drugi w karierze udało się sięgnąć po tytuł mistrza globu.

 

 

Tegoroczny cykl Pucharu Świata miał jedenaście przystanków. Zdecydowaną większość z nich wygrali surferzy z Brazylii m.in. Italo Ferreira, Filipe Toledo oraz Gabriel Medina – właśnie oni mieli po dwie wygrane imprezy na koncie i dość wyrównane szanse na zdobycie tytułu mistrza świata. Pretendentów było jednak więcej, w tym dwoje Australijczyków - Julian Wilson i Owen Wright, Jordy Smith z RPA oraz Conner Coffin z USA.

Jednak finał należał tylko do Gabriela Mediny. Determinacja i walka do ostatnich sekund, przyniosła mu wygraną nad równie utalentowanym Julianem Wilsonem. Tym samym, po czteroletniej przerwie, po raz drugi w karierze został mistrzem świata. Wcześniej, swoim pierwszym tytułem zakończył poprzednią epokę w surfingowej historii i cykl nazywany wcześniej ASP World Tour.

- Wygrana na Bilabong Pipe Masters to chyba najtrudniejsza sprawa. Musisz być nie tylko dobry na backdoor, ale też na pipeline. Sama jazda w tubie to nie wszystko, trzeba być w niej głęboko i łapać najlepsze fale. To wszystko Boży plan, w który mocno wierzę. W każdym heat’cie ta wiara dodawała mi sił, dawałem z siebie wszystko aż do samego końca – mówił Brazylijczyk tuż po wygranej.

Sam spot zawodów to przysłowiowa kuźnia talentów, tutaj wszystkie znane surferskie marki mają swoje domy przy plaży, gdzie ich team-riderzy zbierają się, aby trenować i rywalizować na najlepszych falach.

Warto zaznaczyć, że w półfinałach Medina dał radę wyeliminować Jordy’ego Smith’a, dzięki czemu inny Brazylijczyk, Jesse Mendes zdobył tytuł Vans Triple Crown, który jest jednym z bardziej pożądanych trofeów. Cykl zawodów  Vans Triple Crown to seria trzech imprez na Oahu zaczynająca się od Hawaiian Pro w Haleiwie, przez Vans World Cup na Sunset Beach, aż po finał, czyli Billabong Pipe Masters na Pipeline.

- Można powiedzieć, że przejęliśmy pałeczkę. Tytuł jest nasz, Triple Crown jest nasze, czyli dwa największe zwycięstwa w świecie surfingu jakie można zdobyć. A samo Pipe Masters to największa impreza jaką można wygrać w całym roku, więc mamy wszystko – tak Mendes opisał sytuację na koniec sezonu 2018 z punktu widzenia surfera z Brazylii. 

Jeżeli chodzi o ciekawostki tego eventu, sędziowie przyznali tylko jedną idealną 10., którą zdobył tegoroczny mistrz, łapiąc tubę bez chwytania deski za krawędź i wyjeżdżając z niej w efektownym stylu. Bliski tego wyniku był też Kelly Slater, ale jego 9.93 pkt nie było aż tak powalające jak jego inna fala, na którą mimo upadku, dał radę wrócić i popłynąć dalej. Dzięki temu Slater po raz kolejny udowodnił, że nie bez powodu to właśnie do niego należy tytuł 11-krotnego mistrza świata.

Tegoroczny finał był ważnym momentem w brazylijskim surfingu. Zaledwie kilka lat temu „Brazylijska burza” zaczęła przykuwać uwagę fanów sportu i pokazywać się w nagłówkach. Teraz Mendes, Medina oraz ich rodacy są już na świeczniku surfowego świata.

 

Sezon 2018 obfitował w kilka ważnych zmian, w tym m.in. odwołanie zawodów Margaret River Pro w Australii Zachodniej i przeniesienie ich na Bali do Uluwatu. Powód był prosty – bezpieczeństwo. Pierwszy raz w historii pucharu świata impreza została przerwana z powodu nasilonej obecności rekinów w okolicach Margaret River. Wielu osobom nie spodobała się taka decyzja, więc obecna dyrektorka tour’u - Sophie Goldschmidt - nie poszerzyła grona swoich wielbicieli. Na szczęście taka zmiana lokalizacji była tylko urozmaiceniem dotychczasowych przystanków, podobnie zresztą jak pierwsza impreza na sztucznej fali - Surf Ranch Pro. Patrząc na te wydarzenia z perspektywy całego roku, być może taki powiew świeżości był potrzebny dla World Surf League.