PRZEMYSŁAW MIARCZYŃSKI - ŻEGNAJ ZAWODNIKU, WITAJ TRENERZE

Autor:
Michał Stankiewicz
Klaudia Krause

Poczułem windfoil i bardzo podoba mi się ta odmiana windsurfingu. Jest szybciej, przyjemniej, może to być przyszła klasa olimpijska, więc warto zbierać doświadczenia, ale już nie dla siebie, ale dla moich podopiecznych. I trzymać rękę na pulsie. Patrzę na to już pod kątem trenerskim - mówi Przemysław „Pont” Miarczyński, brązowy medalista olimpijski z Londynu, najbardziej utytułowany polski zawodnik RS:X, który 3 stycznia oficjalnie zakończył karierę sportową i przeobraził się w trenera polskiej kadry RS:X. O jednej z ważniejszych decyzji swojego życia, swoich doświadczeniach, wspomnieniach, planach, a także sukcesach z perspektywy czterdziestoletniego „emeryta”, opowiada W Ślizgu!

Zacznę nieco zaczepnie. Przed nami igrzyska w Tokio 2020, Paryż 2024, Los Angeles 2028. W których Twoi podopieczni zdobędą pierwsze medale?

Oczywiście celuję w najbliższe, uważam, że mają duże szanse. Nie wszyscy są na takim poziomie, by medale zdobyć, ale mamy wciąż 1,5 roku na przygotowania. Wbrew pozorom czasami wystarczy chwila, by znaleźć się w czołówce. Patrząc chociaż na moją karierę - był moment, że długo pozostawałem w tyle, ale jak już przebiłem się do tej dziesiątki, to już tam zazwyczaj zostałem. Moim zdaniem, mamy taki zespół, że w każdych z trzech wymienionych możemy zdobyć medale, ponieważ ci najmłodsi do czasu igrzysk w USA zdążą się już przygotować.

No właśnie - Piotr Myszka, Paweł Tarnowski, Radek Furmański, Maciek Kluszczyński – to zawodnicy już doświadczeni i z tytułami. A w kontekście tych młodszych podopiecznych?

Gdybym miał typować wyniki Tokio 2020, chociażby ze względu na doświadczenie i wyniki, stawiałbym na Piotrka Myszkę i Pawła Tarnowskiego. Natomiast Radek Furmański ma świetne warunki fizyczne, zdarza mu się wygrywać z chłopakami, ale jednak jest od nich  trochę młodszy i na niego stawiałbym w rywalizacji kolejnych igrzysk. Maciek z kolei bardzo dobrze żegluje przy słabszym wietrze, więc jak trafi na swoje warunki to z pewnością będzie liczył się w stawce.

Jak widzisz nasz windsurfing olimpijski w 2028 roku?

Mamy tutaj w Sopockim Klubie Żeglarskim i polskiej kadrze juniorów kilku takich zawodników, którzy dobrze rokują – jest  m.in. Kamil Manowiecki, który niejednokrotnie zdobywał medale na optymiście, więc ma świetną bazę. Spotkałem go kilka razy w SKŻ, gdy zaczynał swoją przygodę z windsurfingiem po przejściu z optymista - widać było ogromne zaangażowanie, a to jest najważniejsze i dla polskiego sportu na pewno przyszłościowe.

Pytam o igrzyska olimpijskie, bo panuje raczej zgodna opinia, że medal olimpijski jest dla sportowca najważniejszą zdobyczą?

Jak miałem 17 lat to wydawało mi się, że jednak najważniejszy jest medal mistrzostw świata. Podszedłem do tego czysto matematycznie - skoro na igrzyskach startuje 30 - 40 zawodników, a na mistrzostwach świata około 100, to wiadomo, gdzie jest trudniej. Jednak po latach przekonałem się, że mimo wszystko to właśnie igrzyska olimpijskie są top of the top i na pewno nie są łatwiejsze od żadnych innych światowych regat. Z perspektywy wszystkich swoich startów i medali, medal igrzysk olimpijskich zdecydowanie jest tym najważniejszym, myślę, że dla każdego sportowca.

Czyli pytanie: które zwycięstwo w karierze było dla ciebie najważniejsze, jest pytaniem retorycznym…

Zgadza się. Jakbym miał wymienić jakąś ciągłość moich najważniejszych osiągnięć, którym zawdzięczam swoją sportową karierę, to najpierw w 1995 roku wygrałem mistrzostwa świata juniorów na Balatonie, co dało mi przepustkę do kadry Polski - Sydney 2000. Wtedy w zasadzie ruszyła cała machina. Moim trenerem był wtedy Paweł Kowalski, a wcześniej Maciej Dziemiańczuk. Kilka lat później w 2003 roku wygrałem mistrzostwa świata seniorów w klasie Mistral, byłem wtedy dobrze przygotowany zarówno fizycznie, jak i sprzętowo, a do tego to były moje warunki - wiało, co dało mi zdecydowaną przewagę. Natomiast wisienką na torcie był oczywiście brązowy medal olimpijski w Londynie.

Wiadomo, że każde miejsce medalowe daje radość, ale zapytam o osławione czwarte miejsce. Na tegorocznej gali sportu „Przeglądu Sportowego” - prowadząca wręczając nagrodę dla Kamila Stocha jego czwarte miejsce na igrzyskach określiła jako „nieudany konkurs”. Od razu zaprotestowała żona skoczka – Ewa Bilan – Stoch, która w jego imieniu odbierała nagrodę odpowiadając, że czwarte miejsce na igrzyskach trudno uznać za porażkę. Dostała brawa. Jak to jest z tym czwartym miejscem - pechowe czy bardzo dobre?

Powiedziałbym, że to bardzo dobre miejsce, które jednak pozostawia bardzo duży niedosyt – często są to minimalne różnice, które zawodnicy bardzo dobrze pamiętają – np. gdzie popełnili te małe błędy, które odsunęły ich od podium. Kilka razy plasowałem się na czwartym miejscu - na mistrzostwach świata w Weymouth w 2009, czy  w Australii w 2010 roku. Byłem rozczarowany, ale wiadomo, że wolałem być 4 niż 5 czy 6, bo to jednak miejsce tuż przy podium. Z jednej strony człowiek jest zły z powodu tych drobnych potknięć, ale gdy dojrzale to sobie przemyśli, to zda sobie sprawę, że należy do światowej czołówki.

Mówimy o tym, bo za każdym razem za trzecie miejsce się gratuluje, a za te czwarte miejsce niekoniecznie. Wręcz ktoś może żałować, współczuć lub nazywać tak jak na tej gali. A za piąte, szóste – znów same gratulacje… 

Faktycznie, tak to się właśnie odbywa (śmiech).

Spotykamy się w momencie dla ciebie przełomowym – oficjalnie zakończyłeś karierę zawodniczą i rozpoczynasz trenerską. Żal?

Pościgałbym się, ale dopadło mnie takie uczucie jak brak motywacji do walki, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mimo doświadczenia, nie jestem w stanie osiągać tak dobrych wyników jak pozostali. Byłem zawodnikiem wiele lat, przez dłuższy czas plasowałem się w czołówce, teraz, od jakiegoś czasu zajmowałem miejsca dalsze, które tak naprawdę mnie nie interesują. Mocno zastanawiałem się czy karierę faktycznie oficjalnie kończyć - jednak po przemyśleniach i analizie swoich możliwości stwierdziłem, że teraz jest czas dla młodych, mój już się skończył.

Mówisz o wieku?

Na pewno ma to duży wpływ. Akurat w windsurfingu potrzebna jest dynamika, która chociażby na starcie pozwala osiągnąć dobre pozycje. Zauważyłem, że u mnie ta cecha zaczęła słabnąć. W momencie, gdy pływasz 20 lat, po czym łapiesz się na tym, że kolejny start ci nie wyszedł ze względu na kiepskie wyniki wydolnościowe, to twój cały system taktyczny zaczyna się rozpadać. To działa jak szachy, gdy ktoś cię zaskoczy jakimś ruchem, musisz szybko reagować i zmienić swój plan. Oczywiście, im jesteś bardziej doświadczony, tym bardziej możesz to umiejętnie odrabiać i modyfikować. Jednak pytanie: ile można?

Nie chciałeś poczekać na igrzyska w Paryżu, być może pojawi się tam wspomniany windfoil - a z tego co nam wiadomo, od niedawna jesteś wielkim fanem tej nowej dyscypliny i to z całkiem dobrymi wynikami - jesteś brązowym medalistą na mistrzostwach Europy w windfoilu.

Poczułem to, bardzo podoba mi się ta odmiana windsurfingu. Jest szybciej, przyjemniej i jak wspomniałeś, może to być przyszła klasa olimpijska, więc warto zbierać doświadczenia dla podopiecznych i trzymać rękę na pulsie. Patrzę na to już pod kątem trenerskim. W roku 2024 będę miał 45 lat – uprawiając sport, lecz unikając przy tym systematyczności – z miesiąca na miesiąc jestem coraz słabszy, a do tego wiek zdecydowanie nie ten.

Czyli ustaliliśmy już, że nastąpiło pewne zmęczenie materiału, wiek robi swoje - kończysz 40 lat, czas na trenerstwo. Z racji tego, że mamy przed sobą szacownego czterdziestolatka z tytułami wypadałoby wrócić do historii. Powiedz nam o swoich początkach, kiedy pojawiła się u ciebie żyłka sportowca?

Pochodzę z gdańskiego Przymorza, mieszkaliśmy blisko Hali Oliwii, więc jak byłem dzieckiem trenowałem z bratem piłkę nożną, hokej, pływanie - jednak to nie było to. Kiedyś ojciec na Mazurach zaprzyjaźnił się z windsurfingiem. Po powrocie z urlopu, okazało się, że ktoś w Sopocie sprzedawał deskę z żaglem, kupił ją i zaczął na niej pływać. W latach 80. rodzice kupili działkę nad jeziorem Wysockim w Osowie i właśnie tam w wieku 8 lat wraz z bratem stawialiśmy pierwsze kroki na windsurfingu. W związku z tym, że żagiel ojca był ogromny, mama - krawcowa, dzięki swoim nieocenionym zdolnościom manualnym, zrobiła z niego dwa mniejsze. Maszt ucięliśmy, od wujka pożyczaliśmy drugą deskę i tak powstały dwa pełne komplety windsurfingowe, dla mnie i dla brata. W 1988 roku rodzice zapisali nas do Sopockiego Klubu Żeglarskiego. Mój brat miał 10 lat, ja 9 lat, w Sopocie sekcja już istniała, ale szybko okazało się, że pływamy lepiej od niektórych z nich. Atmosfera, sport, klub, trenerzy - wszystko spodobało nam się do tego stopnia, że postanowiliśmy podjąć rękawicę.

I w taki sposób zostałeś tu aż 30 lat (śmiech)?

Dokładnie 30 lat, chyba jestem jednym z niewielu, który dotrwał tak daleko (śmiech)! W między czasie było kilka ciekawych historii, jak chociażby ta, dzięki której rodzice rzucili palenie (śmiech). Na początku swojej kariery, pojechaliśmy z bratem na mistrzostwa Polski, mój tata, by nas zmotywować zapowiedział, że jak któryś z nas zdobędzie medal to rzuci palenie. Skończyło się tak, że ja zdobyłem złoto, a brat chyba srebro! Natomiast mama zripostowała: „tak to robicie?! Dobrze, to ja rzucę jak będziesz mistrzem świata!”. Los chciał, że rok czy dwa lata później zdobyłem mistrzostwo świata juniorów, więc ona też nie miała wyjścia. Wygraliśmy!

No to zasługi dla rodziców także masz spore. Czy od razu, od pierwszego momentu pojawienia się w SKŻ, poczułeś się zawodnikiem? Kiedy nastąpiło to przejście z hobby do pływania zawodniczego?

Myślę, że to jednak rodzice dla mnie zrobili więcej (śmiech).Trudno znaleźć taki moment, ale tak jak mówisz, myślę, że to zaczęło się od momentu pojawienia się w klubie. Pojawiły się pierwsze wyjazdy na zawody, w tym trzy koronne zawody w Polsce - w Bazie Mrągowo, w Nieporęcie, oraz Puchar Prezydenta Sopotu.

No i ruszyła kariera, a w jej trakcie pojawiła się miłość…

Do deski? (śmiech)

Tak, ta jest niewątpliwa, ale teraz pytam o tą inną – i to trwającą już ponad 20 lat. Windsurfing czy kajt kojarzy się z ludźmi ceniącymi wolność ponad wszystko, goniącymi za wiatrem i falami, obieżyświatami. Jesteś chyba nielicznym przykładem, że można to pogodzić i to nie w krótkiej perspektywie, ale dziesięcioleci. Może podaj receptę wszystkim koleżankom i kolegom z branży na długotrwały, stały związek?

Myślę, że taka nie istnieje, trzeba po prostu dobrze trafić. Na szczęście, moja żona Kasia jest ode mnie 3 lata starsza, to było bardzo ważnym elementem. W wieku 17 lat, gdybym miał rówieśniczkę, to byłoby ciężko. Natomiast my, świetnie dogadywaliśmy się kiedyś i tak samo wygląda to teraz. Myślę, że duży wpływ na to miał fakt, że ona również była zawodniczką windsurfingu, a w kadrze pojawiła się nawet szybciej niż ja. W 1996 spotkaliśmy się w kadrze, tak się zaczęło i trwa do dzisiaj.

Macie dwójkę dzieci, 10-letnią Ewą i 8-letniego Patryka - pytanie jest oczywiste - pływają? Chcą iść w ślady taty?

Potrafią pływać, ale hobbystycznie, nie są zapisani do klubu. Póki co, dajemy im wolną rękę, jednak trudno ich nie inspirować, jak byłem zawodnikiem, to bardzo dużo ze mną podróżowali. Widzieli wszystko od podszewki - przygotowania, zgrupowania, treningi. Przez to życie sportowca, bardzo dużo czasu spędzałem poza domem, z jednej strony fajnie, bo przez częste wyjazdy miałem możliwość treningu, a z drugiej strony dzieci tak naprawdę do pewnego momentu nie zdawały sobie sprawy, o co w tym wszystkim chodzi. Teraz zaczynają rozumieć i coraz śmielej deklarują swoje zacięcie sportowe.

W kierunku windsurfingu? Wiadomo, że w dzisiejszych czasach na pewno bardziej kolorowy dla młodych jest kajt.

Myślę, że będą próbowali jednego i drugiego – chociaż nie będę mocno naciskał, bo to musi wyjść naturalnie, w innym razie się nie uda. Ewa i Patryk już w wieku 6 lat stali na desce i operowali żaglem, teraz potrafią dopłynąć do wskazanego miejsca, zrobić zwrot, myślę, że mają potencjał.

Czyli możemy powiedzieć wszystkim oficjalnie, żeby się nie zdziwili, jeżeli za kilka lat na liście startowej zawodników pojawi się znowu P. Miarczyński?

Dokładnie tak!

A wracając do ciebie i sportu zawodowego i twojej przyszłości - jak będzie wyglądał teraz twój codzienny rytm dnia i styl pracy? Oficjalnie jesteś trenerem męskiej kadry w klasie RS:X.

W zasadzie, jeżeli chodzi o wyjazdy to będzie tak samo, albo i więcej. Sport olimpijski od czasu Sydney 2000, bardzo się rozwinął. Teraz wszyscy są tak bardzo zaangażowani w wyniki, że to robi się niezdrowe. Dodatkowo media społecznościowe wzmacniają presję. Wbrew pozorom teraz mam więcej obowiązków. Oprócz tego, że nieustannie próbuję wygenerować trochę czasu dla siebie sportowo, to głównie zajmuje się organizowaniem wyjazdów „od a do z” i planowaniem cykli treningowych. Zawodnik ma o tyle lepiej, że martwi się wyłącznie o siebie i sprzęt, a całą organizacją - zakwaterowaniem, dojazdem, wyżywieniem, logistyką, finansami i całą „papierologią” - zajmuje się trener i biuro sportu Polskiego Związku Żeglarskiego, które tak naprawdę nie raz działa jak prężne biuro podróży.

A SKŻ? Jaką rolę pełni w twoim życiu?

Można powiedzieć, że nadal jestem jego reprezentantem. Jeżeli kiedykolwiek jeszcze wystartuje w zawodach, już hobbystycznie, a wszystko na to wskazuje, to wciąż będę pływał pod banderą SKŻ - jestem jego honorowym członkiem.

Czyli teraz skupiasz się głównie na byciu trenerem kadry w klasie RS:X, i to jest twój plan na najbliższe lata?

Póki co do 2020 roku. W dłuższej perspektywie, nie ma żadnej gwarancji, że RS:X nadal pozostanie klasą olimpijską. Mam nadzieję, że ulegnie modyfikacji w stronę windfoila. Taka jest historia windsurfingu olimpijskiego - co kilka lat ze względu chociażby na technologię pojawia się nowa klasa, dlatego czas RS:X powinien wkrótce dobiec końca.

Na koniec pytanie, które trzeba wyjaśnić. Skąd wzięła się ksywa Pont?

Dlatego w zasadzie trenuję sport, żeby nie wrócić do tych gabarytów z młodości, bo ksywa Pont powstała po kilku latach mojej obecności w klubie, gdy mój kolega podczas gry w piłkę na treningu krzyknął do mnie: „Ponton biegnij do tej piłki!”. A potem wraz ze zmianą gabarytów, skróciła się też ksywa i z początkowego Pontona, został Pont. Nie da się ukryć, że byłem grubszy, albo inaczej miałem większą wyporność niż reszta, a co było największym plusem - mogłem siedzieć w wodzie godzinami! Nie marzłem, miałem doskonałą izolację, gdy inni wychodzili z wody z trzęsącą szczęką, ja dopiero się rozkręcałem. Jestem typowym przykładem na to, że nie należy skreślać grubszych osób, bo i one odpowiednio zmotywowane mogą zdobyć medal olimpijski.

 

 

Przemysław Miarczyński

Czterokrotny olimpijczyk, brązowy medalista z Londynu, siedmiokrotny medalista mistrzostw świata. Jest absolwentem XI Liceum Ogólnokształcącego w Sopocie oraz Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. W 2003 roku nominowany przez światową federację żeglarską ISAF do nagrody na najlepszego żeglarza na świecie. Czterokrotnie wybrany najlepszym żeglarzem w Polsce. W 2010 odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Mieszka w Sopocie z żoną Kasią i ich dwójką dzieci. Prywatnie entuzjasta jazdy rowerowej i gry w squash. 3 stycznia oficjalnie zakończył karierę sportową i sprawnie przeobraził się w trenera męskiej kadry RS:X.

 

Najważniejsze wyniki sportowe w latach 1995 – 2018

Mistrzostwa Świata

1995 Balaton HUN (junior) – I miejsce

1996 New Port USA (junior) – I miejsce

1997 Fukuoka JPN (junior) – IV miejsce

1998 Brest FRA – VIII miejsce

1999 New Caledonia NCL – VI miejsce

2001 Varkiza GRE – II miejsce

2003 Cadiz ESP– I miejsce

2004 Cesme TUR – II miejsce

2006 Garda ITA – III miejsce

2007 Cascais POR – II miejsce

2008 Auckland NZL – V miejsce

2009 Weymouth GBR – IV miejsce

2010 Kerteminde DEN– II miejsce

2011 Perth AUS – IV miejsce

2012 Cadiz ESP – VII miejsce

2014 Santander ESP – II miejsce

 

Mistrzostwa Europy

1999 Puck POL – VI miejsce

2001 Marsylia FRA – II miejsce

2004 Sopot POL – I miejsce

2007 Limassol CYP – I miejsce

2008 Brest FRA – III miejsce

2012 Madeira POR – I miejsce

2014 Cesme TUR – III miejsce

2016 Helsinki FIN – V miejsce

 

Igrzyska Olimpijskie

2000 Sydney AUS – VIII miejsce

2004 Ateny GRE – V miejsce

2008 Pekin CHN – XVI miejsce

2012 Londyn GBR – III miejsce

 

Klasa Formuła Windsurfing 

2009 MŚ Santa Pola ESP - III miejsce

2012 MŚ  Liepaja LAT - III miejsce

2009 ME Sopot POL - I miejsce

 

Klasa Windfoil

2018 ME Puck POL –III miejsce