Krzysztof Krempeć. Sam sobie sterem żeglarzem okrętem

Autor:
Klaudia Krause

- Poza Polską jest to absolutnie bardzo powszechne, że właściciel steruje, sponsoruje, a jeżeli ma sponsorów z zewnątrz to raczej na zasadzie finansowego uzupełnienia – mówi Krzysztof Krempeć, biznesmen, szef giełdowej spółki Mercor S.A. i jednocześnie uznany żeglarz regatowy. Zaczynał od windsurfingu, by poprzez klasę 505 budować swój własny team - MAG Racing, który skutecznie rywalizuje w całej Europie w klasach RC 44, J 70, czy Melges 20. W rozmowie ze W Ślizgu! opowiada o swojej biznesowej i żeglarskiej drodze, o problemach i sukcesach, a także finansowaniu żeglarstwa. 

Łatwiej jest dzisiaj w Polsce uprawiać żeglarstwo regatowe niż kiedyś? Ma pan już chyba 20-letnie doświadczenie w tym temacie. 

Z doświadczeniem się zgodzę, jednak w tej drugiej kwestii niewiele się zmieniło. Nadal barierą w uprawianiu żeglarstwa regatowego są koszty. Koszty nie spadły, a społeczeństwo nie wzbogaciło się na tyle, by ten sport był w zasięgu znacznie większej liczby osób. Nikt też w jakiś istotny sposób się nie zaangażował i nadal nie powstało żadne strukturalne rozwiązanie dla żeglarstwa regatowego. Było ciężko i jest ciężko.

Mówię o tym żeglarstwie morskim, bo właśnie w tym pan siedzi.

W żeglarstwie morskim również nic się nie zmieniło. Spójrzmy chociażby na żeglarstwo olimpijskie. Powinno ono służyć promowaniu tej dyscypliny sportu i zachęcaniu ludzi do uprawiania jej,. Brakuje  informacji w środkach masowego przekazu, co ogranicza pozyskanie prestiżowych, dużych sponsorów, którzy czerpaliby korzyści z takiej współpracy i jednocześnie promowali żeglarstwo. Mamy telewizję publiczną, która ma swoją misję, ale na pewno brakuje w niej misji krzewienia kultury fizycznej, sportu, propagowania aktywności, w tym aktywności żeglarskiej. Wystarczyłyby cykliczne relacje żeglarskie, z zawodów, popularyzacja tego sportu, wówczas znacznie więcej firm angażowałoby swoje środki w tę dyscyplinę. W Polsce brakuje edukacji na temat żeglarstwa morskiego, istnieje przede wszystkim żeglarstwo olimpijskie, które żyje dla medali, dla jednorazowego pochwalenia się wynikami, a nie pociąga za sobą masy ludzi,  kolejnych pasjonatów żeglarstwa. Uważam, że to duży błąd. 

Widzi pan jakieś sensowne rozwiązanie? 

Takie rozwiązanie jest możliwe tylko w zakresie struktur państwa, samorządów, czy też właśnie w ramach organizacji typu Polski Związek Żeglarski. Te organizacje nie są jednak siłą napędową. Czy zdobędą się kiedyś na to, by o żeglarstwie myśleć w perspektywie długoletniej, a nie tylko najbliższej olimpiady? Przez te lata nie zauważyłem żadnej zmiany, nie widzę nic, co by napawało optymizmem.

Czyli praca u podstaw? 

Brakuje systemowych działań popularyzujących ten sport. Dzisiaj żeglarstwo morskie, regatowe istnieje praktycznie dzięki prywatnym inicjatywom. Jedynym obszarem, w którym możemy coś zdziałać, to indywidualna edukacja, rozwijanie tej pasji. Ważną grupą są tu rodziny z tradycją żeglarską, które swoje zainteresowania, doświadczenia przekazują kolejnym pokoleniom. W ich przypadku za pasją żeglowania idzie również finansowanie. To w tej grupie pojawiają się najczęściej nowe talenty. 

Wspomniał pan o indywidualnych pasjach i indywidualnym finansowaniu. Sam występuje pan w dwóch rolach – skippera i szefa teamu, a jednocześnie głównego sponsora. Jak w "Odzie do Młodości" Adama Mickiewicza „Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”.

Coś w tym jest (śmiech). Poza Polską jest to absolutnie bardzo powszechne, że właściciel steruje, sponsoruje, a jeżeli ma sponsorów z zewnątrz to raczej na zasadzie finansowego uzupełnienia. Z kolei u nas, jak spojrzymy chociażby na jedną z klas, w której startuje, czyli J70, oprócz mnie, są jeszcze co najmniej trzy łódki, które działają właśnie w taki sposób. Są to indywidualne projekty, gdzie właściciele są sternikami, finansują je i są jednocześnie szefami projektu. Oczywiście najczęściej jest tak, że mają jeszcze profesjonalnego żeglarza na pokładzie, który jest szefem od strony żeglarskiej.

Te kilka teamów w skali kraju to chyba nie jest powalająca liczba.

Zdecydowanie. Proszę spojrzeć na Zatokę Gdańską w sezonie, i policzyć łódki na wodzie… Czarna rozpacz, pusto. Dramat. Trochę inaczej wygląda to na jeziorach, ale żeglarstwo morskie czy regatowe - leży.

W pana przypadku na szczęście nie leży. Jednym z powodów są pieniądze, dlatego porozmawiamy teraz o pana drodze biznesowej, która pomaga realizować projekty regatowe. Od zawsze działał pan w systemach przeciwpożarowych?

Z wykształcenia jestem nauczycielem wychowania fizycznego, ale nigdy nie podjąłem pracy w tym zawodzie. Zaczęło się od spółdzielni studenckich, które działały w latach 80., za czasów systemu komunistycznego i były zalążkiem działalności. Razem z kolegą, moim późniejszym wspólnikiem Marianem Popinigisem zaczęliśmy się specjalizować się w usługach ogólnoremontowych. W trakcie jednej z nich, zauważyliśmy, że w projekcie budowlanym znajdują się zapisy dotyczące zabezpieczeń przeciwpożarowych, ale brakowało firm, które oferowały niezbędne tutaj rozwiązania. Zauważyliśmy tę lukę na rynku i założyliśmy spółkę, która miała produkować i dostarczać rozwiązania przeciwpożarowe - był to 1988 rok, a dzisiaj Mercor obchodzi swoją 30. rocznicę istnienia.

Kawał czasu i kawał życia. Kiedy zarobił pan pierwszy milion?

Nie wiem, kiedy Mercor zarobił swój pierwszy milion. Wiem natomiast, że już w pierwszym roku działalności miał istotny zysk  Przez te wszystkie lata, firma zawsze generowała zyski, mimo różnego rodzaju kryzysów, które swego czasu bardzo mocno uderzały w budownictwo.

W czym tkwi ten sukces, bo nie wszystkim się udaje.

Jest to na pewno jakiś miks czynników, m.in. trafienia w potrzeby rynku, zbudowania odpowiedniej struktury, no i przede wszystkim ludzi. Myślę, że ludzie i ich zaangażowanie powoduje, że firmy odnoszą sukces.

W latach 80. ciężko było pozyskać różne produkty, materiały. To jest zupełnie inna bajka niż teraz, prawda?

Uważam, że dzisiaj jest jeszcze trudniej. Wtedy na rynku rzeczywiście brakowało wszystkiego, były problemy z zaopatrzeniem, ale też było łatwiej o sfinansowanie pierwszych kroków. Będąc młodym, małym przedsiębiorstwem, można było zakupić towary z wydłużonym terminem płatności czy dostać zaliczki na wykonanie usługi. Dzisiaj tego nie ma, trzeba mieć spore środki, by zacząć prowadzić działalność. 

Kiedy przyszedł taki moment zwrotny w karierze biznesowej?

Nie widzę takich jednorazowych zdarzeń, które w jakiś sposób spowodowały dynamiczny wzrost. Każdy rok z tych 30 lat był rozwojowy. Sukcesem firmy jest stabilny rozwój, inwestowanie wypracowanych zysków w przyszłość - nie konsumpcja, a inwestowanie - chyba to jest głównym czynnikiem.

A na jakim etapie biznesowym jest pan teraz? 

Na etapie stałego wzrostu i rozwoju. Wyzwania cały czas są takie same, choć skala już inna.

Czy żeglarstwo szło zawsze równolegle do biznesu, czy też pojawiło się jako pierwsze? 

Pierwsze kroki na łódce stawiałem na jeziorach Pałuk pod okiem wujka, kiedy miałem 10 lat. Potem nastąpiła długa przerwa i dopiero na AWF-ie zapisałem się na fakultet windsurfingu. Byliśmy chyba pierwszym rokiem, który mógł z tego przywileju skorzystać. 

I co z tą deską?

To były te czasy, w których, żeby włożyć deskę na samochód na dach, potrzebne były dwie osoby. Zaabsorbował mnie ten sport, na tyle, że gdy tylko pojawiły się odpowiednie warunki, to pakowałem sprzęt i jechałem na spot. Później zaczął mi sprzyjać fakt, że miałem własną firmę, a co za tym idzie – elastyczny czas pracy – jak wiało to pływałem, jak nie to pracowałem. Na windsurfingu pływałem tak długo, dopóki wytrzymały stawy.

Po windsurfingu przyszedł czas na?

Gdy stawy nie wytrzymywały windsurfingu, nazwijmy to, ambitniejszego, to pokazała się chęć pływania na żaglówkach. Na horyzoncie pojawiła się klasa 505. To był dosyć naturalny wybór dla windsurfera, bo tutaj też balastowało się na trapezie. Zacząłem pływać z Michałem Korneszczukiem jako załogant. Pamiętam, że dwa razy wygrywaliśmy Mistrzostwa Polski w klasie 505, ale pływaliśmy też w Europie w regatach klasowych, na Gardzie, we Francji, w Niemczech – zawsze plasowaliśmy się gdzieś w środku stawki.

A kiedy pojawił się pierwszy jacht morski?

Chwilę po 505, postanowiłem kupić X35, pełnomorską jednostkę o długości 35 stóp o wdzięcznej nazwie „Swallow”. Tutaj kontynuowałem pływanie z Michałem Korneszczukiem. Celem było przede wszystkim startowanie w regatach. Braliśmy udział w Morskich Mistrzostwach Polski, w mistrzostwach Europy i Niemiec, pływaliśmy na Bałtyku i Morzu Północnym. Ścigaliśmy się. Okazało się, że w Polsce był to na tyle dobry sprzęt, że wielokrotnie byliśmy trudni do pokonania w Morskich Mistrzostwach Polski.

To był pana pierwszy własny team?

Od tego się zaczęło. Był team, więc trzeba było podzielić odpowiedzialność. Byłem ja, czyli właściciel, który ma pasję i trochę środków na ten cel. Ta osoba, najczęściej potrzebuje partnera, profesjonalnego żeglarza, który poprowadzi mu projekt od strony żeglarskiej i zadba chociażby o dobór załogi, pomiary techniczne itd. To on decydował o wszystkim, oczywiście konsultując ze mną od strony takiej menedżerskiej i właścicielskiej. W tym projekcie był to wspomniany Michał Korneszczuk. Podobny schemat był później, przy kolejnym projekcie RC44, gdzie szefem od strony żeglarskiej został Piotr Przybylski - wieloletni sternik meczowy, który w latach 2002-2004 pływał w załodze Karola Jabłońskiego, ówczesnego lidera rankingu match racingowego.

I tym samym płynnie przeszliśmy ze „Swallow” do „Mag Racingu” – chyba największego projektu regatowego. Skąd pomysł na RC44?

Inicjatorem projektu był właśnie Piotrek Przybylski, który przyszedł do mnie z gotowym pomysłem, przy jego sugestiach, powstał team Mag Racing, z którego jestem szczególnie dumny, ponieważ pływaliśmy w gronie najlepszych na świecie, zarówno na naszej łódce, jak i pozostałej stawce. Jacht klasy RC44 – długość to 44 stopy, czyli ponad 13 metrów. W 2011 roku była to jedyna taka jednostka w Polsce i jedna z 30 na świecie.

Kto wchodził w skład załogi? 

Załogę MAG Racing tworzyli najlepsi żeglarze w Polsce. Za taktykę odpowiadał Piotr Przybylski, dziobowym był Jacek Wysocki, trymerami żagli przednich byli Grzegorz Baranowski oraz Mariusz Klupiński, młynkowym Arkadiusz Fedusio, a pitmanem Marcin Rymer. Za trymowanie grota odpowiadał z kolei Piotr Tarnacki, a od strony menedżerskiej cały projekt spinał Arkadiusz Ornowski, doświadczony żeglarz z przeszłością m.in. w Admiral's Cup. Skład załogi ulegał zmianie, gościnnie pływał z nami też wybitny taktyk Karol Jabłoński, Paweł Kacperski czy Dominik Życki. Mieliśmy okazję wówczas ścigać się i zaprzyjaźnić z Russellem Couttsem, który trzykrotnie wygrał Puchar Ameryki. 

Ile lat trwał projekt Mag Racing?

Mag Racing to projekt rozpisany na trzy lata (2011-2014). Braliśmy udział w cyklu Pucharu Świata klasy RC44. Żeglowaliśmy w San Diego, Chorwacji, Szwecji, Austrii, Nowej Zelandii, na Sardynii oraz na mistrzostwach świata na Wyspach Kanaryjskich. Mieliśmy lepsze i gorsze wyniki, zdarzało nam się, że kończyliśmy poszczególne wyścigi w pierwszej trójce, ale też, że płynęliśmy w tzw. ogonie. Ten projekt był niesłychanie kosztowny. Próbowałem znaleźć jakieś dodatkowe finansowanie i mieliśmy jednego sponsora, który dużą część kosztów wziął na siebie, jednak to nie wystarczyło i projekt trzeba było zakończyć.

O jakich kwotach rozmawiamy?

Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają (śmiech). Wystarczy wejść na stronę klasy RC44 i sprawdzić średnią kalkulację projektu. To są kwoty sięgające kilkuset tysięcy złotych rocznie.

Co się stało z jachtem po zakończeniu projektu?

Jacht jest u mnie, jestem jego właścicielem i chętnie sprzedam. Szukamy nabywcy!

Czy jacht jest użytkowany, bierze udział w regatach?

Obecnie nie.

W pewnym momencie scalił pan biznes i żeglarstwo powołując firmę Nautica Boats.

Tak, to wspólny projekt mój i Michała Korneszczuka. Miałem w tym projekcie swój udział finansowy, lecz później się wycofałem, z powodu zbyt dużej ilości własnych zajęć biznesowych. Produkowaliśmy łódki Nautica 450, produkcja odbywała się w Polsce, dzisiaj wiem, że projekt jest kontynuowany i flota tych jachtów jest całkiem spora.

Teraz pływa pan na dwóch klasach - Melges 20 i J70. Zacznijmy od tej pierwszej.

Na Melges 20 pływam już czwarty rok. To wspaniała, bardzo wymagająca łódka, dająca dużo satysfakcji. Jak ktoś pływał wcześniej na windsurfingu to lubi szybkość, ta klasa pływa z wiatrem, osiąga nawet 16-17 węzłów – to jest niesamowite. Pływamy w obsadzie 3-osobowej. Załogantami są Tomislav Basic i Ivan Ivakovic z Chorwacji. Z Tomislavem znamy się jeszcze ze startów w klasie RC44. To bardzo doświadczony żeglarz  o wielkich umiejętnościach, a zarazem szef projektu.

Jak wygląda wasz kalendarz regatowy?

W tym roku na pięć regat pucharowych byliśmy na czterech. Muszę się pochwalić, że na jednym z przystanków wygraliśmy regaty przedstartowe, a na pierwszym (Melges20 World League) stanęliśmy na drugim stopniu podium. Najważniejsza impreza dopiero przed nami, w połowie października czekają nas mistrzostwa świata na Sardynii. 

A w między czasie jest jeszcze miejsce na pływanie na J70…

Trochę tak jest. W zeszłym roku zaczęliśmy startować na J70. Łódka trochę większa i cięższa, czteroosobowa. Ta jednostka jest nieco łatwiejsza od pozostałych, przez co stała się w ostatnich latach bardzo popularna. Na zeszłorocznych mistrzostwach świata startowało około 185 łódek, zajęliśmy wtedy 23. miejsce – a były to nasze trzecie regaty w tej klasie. W tym roku na mistrzostwach Europy zajęliśmy 9. miejsce, więc jak na amatorskie ściganie, te wyniki naprawdę przynoszą mi dużą satysfakcję. 

Gdzie trenujecie na co dzień?

Na morzu Śródziemnym, najczęściej dzień przed regatami. Pracuję i nie mogę sobie pozwolić na bardzo długie nieobecności, regaty są naszym treningiem.

Trochę mnie pan zaskoczył.

Dlaczego?

Jak można osiągać takie wyniki trenując jedynie dzień przed regatami...

Bo regaty są najlepszym treningiem (śmiech). Najczęściej ćwiczymy konkretne manewry, by później móc je wykonać w warunkach walki konkurencyjnej.

RC44, Melges 20, J70 - nie chciałby pan pościgać się na tych łódkach w Polsce?

Na chwilę obecną, mamy trzy łódki klasy J70, być może wkrótce pojawi się kolejna. Michał Korneszczuk organizuje co roku regaty Nord Cup, zorganizował też Mistrzostwa Europy ORC. Ja sam chciałem kiedyś zorganizować regaty RC44, ale niestety mi się nie udało. Była aprobata klasy, swoją obecność zapowiedzieli Russell Coutts, czy Larry Ellison, jeden z najbogatszych ludzi na świecie, natomiast nie udało mi się tego projektu dopiąć.

Dlaczego?

Spotkałem się z przychylnością Sopotu i Gdyni – oba miasta były gotowe udzielić infrastruktury, brakowało natomiast środków m.in. na wynagrodzenie dla trenerów i sędziów, wynajęcie pontonów czy nawet caternig. To nie były duże kwoty, jednak mimo to zabrakło sponsora. Uważam to za duży błąd. To doskonały przykład na to, że coś u nas nie funkcjonuje. Nikt w Polsce nie potrafi zwrócić uwagi na prosty aspekt ekonomiczny. Przeprowadzenie regat - dla całego regionu, dla miasta, dla społeczności - jest wysoce opłacalne. Natomiast ci, którzy mają możliwość dofinansowania, a właściwie państwo, czy samorządy – tego nie robią. Wtedy mamy taką sytuację jak dziś, czyli brak poważnych regat.

Myśli pan o zbudowaniu teamu oceanicznego i starcie w takich regatach jak Sydney-Hobart czy Fastnet?

Nie, zostawiam to najlepszym żeglarzom. Trzeba dać szansę Karolowi Jabłońskiemu, wtedy mamy gwarancję, że przedsięwzięcie będzie w dobrych rękach. Ja takich kwalifikacji nie posiadam.

Nawet marzeń?

Uważam, że przez ocean trzeba przepłynąć, ale jak się zdecyduję to raczej jednorazowo.

Jak pan myśli, dlaczego nie możemy się przebić do światowej czołówki żeglarstwa morskiego? Mamy wybrzeże, mamy morze, mamy miliony żeglarzy i średniej wielkości kraj. Gdzie tkwi problem?

Dlatego, że na tym morzu nikt nie pływa. Zatoka jest pusta. Jak jestem za granicą i widzę liczbę żagli na wodzie, to żal mi serce ściska, że u nas tego nie ma. Powracamy ciągle do problemu z organizacją żeglarstwa. Nie ma inwestycji w młodzież, takiej formy, która, by ich zachęcała. Nie ma też inwestycji w sport, bo jedno i drugie musi działać jednocześnie. Widać to na przykładzie Lewandowskiego – kiedy strzela gole, to dzieci idą grać w piłkę. Powinniśmy iść podobnym tropem w żeglarstwie, ale ktoś musi znaleźć zwarty, spójny system zarządzania.

Ministerstwo Sportu, czy Polski Związek Żeglarski? Na tych instytucjach ciąży inicjatywa?

Na pewno, jak dwa konie ciągną, to na wozie lżej, ale musiałyby te role między sobą podzielić. To muszą być systemowe działania o szeroko zakrojonej skali i wbrew pozorom nie wymagają ogromnych nakładów finansowych.

Czy kibicuje pan komuś szczególnie z polskich żeglarzy? Na jakie osiągnięcia?

Tak,. Mocno trzymam kciuki za 49er Team - Łukasza Przybytka i Pawła Kołodzińskiego. Paweł, pływał u mnie na X35, także tym bardziej mu kibicuje. 

Przyglądał się pan projektowi Polska 100. Co pan o nim myśli?

Dobrze, że projekt Polska 100 ewoluuje. Dziś chyba ma już lepszą formę, niż pierwotnie. Uważam, że dobrze się stało jak się stało. A co z tego wyjdzie - zobaczymy, bo jakby to powiedzieć - nie znam zbyt wielu szczegółów.

Chyba nikt nie zna…

Wydaje mi się, że jeżeli zamiast dobrej zabawy dla kilkunastu żeglarzy, zorganizowanoby porządny system szkoleniowy i naukę dla większej liczby osób - to optowałbym za tym drugim.

Jak powinien być budowany duży projekt żeglarski? Czy potrafiłby go pan skonstruować? Skutecznie zbudować? Czy wreszcie doczekamy się? Ostatni na naprawdę dużą skalę był chyba The Race2000. Mija 18 lat i co?

Patrzę z dwóch stron, od żeglarskiej i biznesowej. Na pewno w pierwszej kolejności trzeba zainteresować firmę, żeby wykorzystała żeglarstwo do promocji. Boss ma swoją łódkę, Rolex ma swoje regaty, Volvo ma swoje regaty, Prada ma swoją łódkę, Louis Vuitton ma swoje regaty - można by tak wymieniać bez końca. Jednak firmy chcą być widoczne, eksponowane, czyli wszystko sprowadza się do promowania w środkach masowego przekazu. Nie mając tego, odcinamy możliwości jakiekolwiek sponsoringu.

Ma pan wiedzę i doświadczenie – nie myślał pan może o tym, żeby kiedykolwiek zacząć współpracę z Polskim Związkiem Żeglarskim? Mieć tam jakąś rolę?

Przyznam, że mnie pani zaskoczyła tym pytaniem. Co miałbym robić? Nie mam pojęcia, nie współpracowałem, nie zamierzam i jakoś nie mogę sobie wyobrazić, jakby to mogło wyglądać. 

A myśli pan, że PZŻ spełnia swoją rolę? Jak ocenia pan ich działalność?

Nie wiem, bo wcale jej nie zauważam.

Auć!