SZYMON KUCZYŃSKI, MAŁE JEST PIĘKNE!

Autor:
wślizgu

Szymon, na pewno oglądałeś film Juliusza Machulskiego pt. „Kingsajz”?

Oglądałem…

Jak wiesz, panuje tam kult małości – „szuflandia”, „małe jest piękne” itd. Czy czułeś się takim żeglarzem z magicznej „szuflandii” na wielkich wodach oceanu?

Mogę tylko potwierdzić - małe jest piękne! I często z racji swojej „wielkości” musi być proste. A proste jest skuteczne. O czym świadczy moja 6,36 m łódka. W pewnym sensie jestem z „szuflandii”. Niezwiązany z wielkim światem jachtingu, pieniędzy, znajomości. Na małej „szufladzie” zrobiłem rzeczy ponoć zarezerwowane dla „prawdziwych” dużych jachtów czy kapitanów.

Dokładnie, opłynąłeś świat na najmniejszym jachcie na świecie! Kiedy płyniesz w podobny rejs?

Jak będzie gotowy kolejny projekt (śmiech). 

Masz już w głowie zalążek?

Pomysłów jest kilka, natomiast zobaczymy, który uda się zrealizować – wersję maxi czy wersję mini.

A która bardziej cię kręci?

Zdecydowanie cieszyłbym się, gdyby udało się zrobić coś w wersji maxi, już bez ograniczeń. Jednak to wiąże się już z zupełnie innym budżetem. Póki co można nad tym pomarzyć, ale trzeba też zacząć nad tym pracować. 

Póki co wróciłeś, ponad miesiąc temu stanąłeś na lądzie.

Tak naprawdę odkąd wróciłem spałem na lądzie jedynie kilka dni w Plymouth, jednak nie miałem tam za dużo czasu dla siebie ze względu na duże zainteresowanie mediów, co ciekawe głównie zagranicznych. Później wsiadłem na łódkę i popłynąłem do Polski, rejs trwał kilkanaście dni. O 17:30 dobiłem do mojego macierzystego Kamienia Pomorskiego, a już o 24:00 byłem w drodze do Warszawy (śmiech). Dwa dni później byłem już w Giżycku, a po kolejnych 48 godzinach znowu wylądowałem w Kamieniu, by przygotować łódkę do sezonu. Potem ekspresowy rejs z Dziwnowa do Górek Zachodnich, gdzie właśnie rozmawiamy, więc z tym lądem to tak widzisz różnie bywa. Z reguły jak już jestem na lądzie to siedzę w jakimś środku transportu, więc niewiele się zmieniło – cały czas się poruszam.

Tak cię słucham i zastanawiam się czy masz w ogóle inne mieszkanie niż łódź?

Właściwie to nie (śmiech). Jak zaczęliśmy budować naszą pierwszą łódkę w 2012 roku, 5-metrową setkę, rozwiązałem umowę najmu w Krakowie. Przeniosłem się wówczas z dziewczyną na Mazury, gdzie przez kilka sezonów pracowaliśmy. Wtedy skończyliśmy budowę setki, wypłynąłem w rejs i wróciłem jesienią 2013 roku. Zimę znowu „przekoczowaliśmy”, a sezon ponownie spędziliśmy na Mazurach, i tak naprawdę już wtedy szykowałem się do rejsu dookoła świata. Od stycznia mieszkałem w Giżycku, bo w Węgorzewie był budowany mój jacht. Wypłynąłem w kolejny rejs, wróciłem po dwóch latach (śmiech). A teraz jestem cały czas na Puffinie.

Spędziłeś na morzu 270 dni, 10 godzin i 29 minut, pokonałeś 29 044 mile morskie, chciałeś wyśrubować czas? To drugi najlepszy czas w historii.

Nie biłem prędkości, moim zadaniem było zrobienie kółka. To nie był rejs sportowy, chodziło przede wszystkim o to, by dopłynąć w jednym kawałku. To, że wyszło mi drugie najszybsze polskie okrążenie to inna sprawa, bo tych kółek po pierwsze było mało, po drugie niektóre wyniki są wiekowe, a po trzecie było to dopiero trzecie kółko non stop, bez zawijania do portów. 

A dlaczego ten rodzaj żeglarstwa – morskie, oceaniczne, samotne?

Na klasy olimpijskie było już chyba za późno. Zacząłem pływać w wieku 12 lat. Wtedy był taki okres, że wszystkie kluby wyprzedały się z 420, 470, w zasadzie zostały tylko optymisty, a ja już na te łódki byłem za duży. Koniec końców zostało mi pływanie turystyczne, zrobiłem patent żeglarza, skończyłem liceum morskie w Gdańsku i zacząłem pływać w sekcji żeglarskiej, w związku z czym pojawiły się pierwsze wyjścia na Bałtyk. To żeglarstwo morskie jakoś mnie ciągnęło. Poza tym jestem długodystansowcem i w kolarstwie, i w biegach, i na łódce zdecydowanie wolę dłuższy dystans od krótkich sprintów. Inna sprawa, że lubię pływać sam. Wbrew pozorom często samotne żeglarstwo jest łatwiejsze od załogowego, bo tam dochodzi aspekt interpersonalny, który w długich rejsach może być bardzo trudny, a nawet kluczowy. Nie ma ciśnienia, jesteś odpowiedzialny tylko za siebie. Wisienką na torcie zdaje się być sponsoring. Łatwiej jest sprzedać sponsorom samotne pływanie, chociaż wbrew wszystkiemu to dwuosobowy rejs dookoła świata byłby znacznie trudniejszy pod każdym względem.

Przewrotne.

Tak to jest odbierane. Samotność dla większości jest trudną rzeczą, a ja mam do tego inne podejście.

Czyli potwierdzasz tezę, że żeby sprzedać projekt żeglarski musi to być challenge?

Zdecydowanie, ponieważ właśnie to ludzi w jakiś sposób pociąga. Chociaż nie starałem się tutaj epatować jakimiś sztormami i innymi ekstremalnymi sprawami, chodziło bardziej o to, żeby udowodnić ludziom, że żeglowanie w pojedynkę jest możliwe. Jestem żywym przykładem na to, że za małe pieniądze, normalny żeglarz może robić takie rzeczy. Wszystko zależy od odpowiedniej organizacji. Wbrew pozorom to niekoniecznie najlepsi żeglarze opływają świat, tylko ci najlepiej zorganizowani. Naszym wyzwaniem jest sprzedaż żeglarstwa oceanicznego jako rzeczy ogólnodostępnej. Nie trzeba robić tego na super drogich jachtach, można to zrobić na łódce o długości 6,36 metra. 

No właśnie niecałe 7 metrów długości. W głowie od razu rodzi się myśl, mała jednostka to mniej bezpieczna.

No właśnie niekoniecznie. Jest mała, ale odpowiednio przygotowana, dobrze radzi sobie na oceanach. Przede wszystkim dzięki dzisiejszym zdobyczom techniki, teraz na mniejszej łódce, da się zrobić to, co 30-40 lat temu było niemożliwe. To jest kwestia zabrania zapasów, wyposażenia. Jacht nie cieknie, mogę baterią słoneczną naładować smartfona, przesłać kilka zdjęć. Jeżeli chodzi o fizykę to mały jacht czasami faktycznie jest w gorszej sytuacji, ale tylko w skrajnych przypadkach, których wcale nie jest aż tak dużo. Margines bezpieczeństwa na małym jachcie jest duży. Często słyszymy, że mały jacht sztormuje już przy 5 w skali B, co jest absolutną nieprawdą. Dobry jacht sztormuje wtedy, kiedy zaczyna się sztorm. Wszystko sprowadza się do odpowiedniego przygotowania jednostki. Największym minusem jest przede wszystkim mniejszy komfort i to jest duże wyzwanie. Być może dla wielu ludzi, tak długa wyprawa, bez podstawowych wygód jak: łazienka, czy w miarę normalna koja, jest nie do przeskoczenia. Dla mnie to nie był problem, jestem minimalistą (śmiech). Za 20-30 lat pewnie bym na niej nie popłynął, mógłbym nie dać rady fizycznie i psychicznie właśnie z powodu jej wielkości.

Wypowiedziałeś dwa ważne słowa, stąd pytanie, co jest ważniejsze podczas takiego rejsu: fizyczność czy psychika?

W moim przypadku chyba raczej mimo wszystko fizyczność, psychicznie nie miałem chyba żadnych problemów, tak mi się przynajmniej wydaje (śmiech). A tak na poważnie, to jest bardzo osobista sprawa. Ja nie miałem problemów z samotnością, ani tego typu rzeczami, po prostu wyszedłem z założenia, że przez jakiś czas nie ma innych ludzi wokół i tyle. Wykonywałem swoje zadanie. Ten czas w samotności starałem się wykorzystać na rzeczy, na które w biegu życia dnia codziennego nie miałem czasu. To ciekawe uczucie, kiedy właściwie tylko ty i pogoda dyktuje rytm dnia. 

Kapitan Tomasz Cichocki powiedział, że: „Zmęczenie i samotność powodowały, że często zdarzało mi się słyszeć jakieś głosy, które mój umysł interpretował opacznie. To było chyba najtrudniejsze.” Też Ci się to zdarzyło?

Nie, słuchałem w tym czasie chyba muzyki (śmiech). Wbrew pozorom jestem rozważny. W 300 dniowym rejsie wszystko sprowadza się do kwestii znajomości własnych limitów i utrzymywania się cały czas w wysokiej formie. Co z tego, że przez te 300 dni będziesz czuwał i to w sytuacji, kiedy niewiele ci grozi, jak później, gdy przychodzi co do czego, to nie jesteś w pełni sił. Ja spałem normalnie, przez cały rejs nie ustawiłem sobie żadnego budzika. Co mogło mi zagrozić? Wieloryb, góry lodowe? Nawet, gdybym nie spał, nie miałbym na to wpływu.

Wiesz, samotna podróż dla wielu stanowi swoiste katharsis. Jedni wyruszają w nią, by odnaleźć się na powrót w świecie, rozprawić z problemami, inni – by udowodnić sobie, że wytrzymają trudy, a pokonanie słabości z nimi związanych ich wzmocni, a jeszcze inni uciekają w ten sposób od nieakceptowanej przez siebie rzeczywistości. Jak było z tobą?

Być może podświadomie od czegoś uciekam, ale tego nie wiem. Po takim rejsie z przyjemnością wracam na ląd, ale znalazłem taki sposób na życie, który mi odpowiada. Od paru lat dzięki temu mogę spędzać czas na morzu. Sam przebieg rejsu utwierdził mnie w przekonaniu, że coraz lepiej radzę sobie jako żeglarz i warto to kontynuować. Wiem, że chciałbym pójść w kierunku żeglarstwa zawodowego.

A zaliczyłbyś samotną żeglugę do sportów ekstremalnych?

Myślę, że poniekąd zahacza o sporty ekstremalne, szczególnie żegluga tam, patrząc chociażby na warunki atmosferyczne – temperatura około 4 stopni C, silny wiatr, wszechobecna wilgoć. Natomiast inną sprawą jest to, jak postrzegamy takie żeglarstwo – czy jest bezpieczne czy nie.

A ty jak uważasz?

Uważam, że jest bezpieczne i już wyjaśniam dlaczego. Przez 8 lat byłem kurierem rowerowym, taki listonosz na rowerze tylko trochę inaczej (śmiech). Jeździsz codziennie przez 8 godzin na rowerze po mieście, szybko i prawda jest taka, że codziennie ktoś cię próbuje zabić. Na jachcie jest inaczej. Nie odczuwam tego, że ocean próbuje mnie w jakikolwiek sposób zabić, bo jeżeli jacht jest przygotowany to dlaczego ma tonąć? Oczywiście od czasu do czasu są akweny trudne nawigacyjnie, zdarzają się rafy, prądy, góry lodowe czy sztormy, ale da się do tego odpowiednio przygotować. Wbrew pozorom przez większość rejsu nie groziło mi praktycznie żadne niebezpieczeństwo. Ryzyko jest, ale nie na co dzień. Od lat w rejsach solowych wypadków śmiertelnych nie ma, oprócz wyjątku z 2016 roku, gdzie utytułowany chiński żeglarz Chuan Guo zaginął na Atlantyku. Także samotne żeglarstwo oceaniczne wydaje się być bardziej ekstremalne niż jest w rzeczywistości.

Wiedziałeś, że samotna żegluga jest często porównywana do lotów kosmicznych? Wiedziałeś, że wyniki psychologicznych badań naukowych prowadzonych na uczestnikach solowych rejsów są wykorzystywane przez NASA w planowanych lotach? Jesteś tego świadomy?

A to nie wiedziałem! Muszę to koniecznie umieścić w piśmie do sponsorów (śmiech). Na pewno coś w tym jest, pamiętaj, że to moja subiektywna opinia, jako samotnik mogę być już trochę „zwichrowany”. Dla mnie bycie kurierem było zdecydowanie bardziej ekstremalne (śmiech)!

Jaskuła, Lewandowski i od niedawna Kuczyński. Brzmi dumnie. Czujesz się spełniony?

Wykonałem dobrą robotę i stawiam sobie obok „plusik”. Nie wiem czy to udowadnianie sobie czegoś czy bardziej samozadowolenie. Połowa sukcesu w takim rejsie to praca na lądzie i poświęcenie czasu na organizację, a później należy tylko tego nie spieprzyć. Patrząc na to jak na całość jestem bardzo zadowolony, jako żeglarz mam do siebie wiele zastrzeżeń.

Dlaczego?

Mogło chociaż nie dojść do uszkodzenia masztu, ale to są chwile słabości, które zważyły na tym, że robiłem w tym czasie coś czego akurat nie powinienem. 

No właśnie, miałeś kilka awarii podczas rejsu, pogoda też nie była wymarzona – opady śniegu, temperatura około zera… 

To była seria niefortunnych zdarzeń. Najpierw uszkodziłem baterię słoneczną, co spowodowało, że musiałem odłączyć autopilota hydraulicznego, później padł wiatromierz, a wisienką na torcie było uszkodzenia masztu pod Hornem. Był silny sztorm, przechodził zimny front, dużo zmian kierunku wiatru i zafalowania. Teoretycznie byłem na to przygotowany, w momencie, gdy przychodziła ta zmiana, miałem wyjść na pokład i pilnować żeby łódka odpowiednio ustawiała się do fali. Tylko zanim wyszedłem, postanowiłem jeszcze coś zjeść, poprawić, ubrać „szaliczek” i zamiast wyjść kilka minut po zmianie, wyszedłem po 40 minutach. W tym czasie przyszła fala, która mnie machnęła, a druga przykryła. Obciążenie było tak duże, że uszkodziło profil. Zaczęło się dryfowanie i skończyło się to tym, że moja kilkutygodniowa przewaga nad oficjalnym czasem Alessandro Di Benedetto mocno spadła i finalnie przypłynąłem dwa dni po nim. Także trochę mnie to załatwiło, ale z powodu własnego lenistwa.

Miałeś chwile zwątpienia?

Zobaczyłem uszkodzenie i przez 30 sekund miałem taką myśl – „a, to tak się kończą takie rejsy”, ale później szybko zacząłem myśleć trzeźwo – „zaraz zaraz, przed startem chwalisz się jak to masz wszystko na tej łódce zdublowane, a jak nie masz czegoś zapasowego to jesteś w stanie to naprawić, a przecież ten masz jeszcze wciąż stoi”. Druga sprawa jest taka, że i tak musiałem coś wymyślić, żeby gdziekolwiek blisko dopłynąć (kilkaset mil), nie miałem przecież silnika. A, że zrobiłem to porządnie to dopłynąłem do Anglii.

Czyli to był taki najbardziej dramatyczny moment?

Może nie dramatyczny, ale na pewno najbardziej ciężki psychicznie. Miałem do siebie wielkie pretensje. 

Co wziąłeś ze sobą na pokład? Ulubione książki, muzę, karty, papierosy?

Miałem dwie rzeczy, które chyba mogą zaskakiwać. Zabrałem ze sobą cegłę szamotkę, która służyła mi do ogrzewania i w sumie jedyna opcja żeby wyprać i wysuszyć bieliznę. Na łódce nie ma ogrzewania ani tapicerki, jest tylko cienki laminat. Kondensacja jest tragiczna i to chyba był największy problem rejsu. Inne ważne urządzenie, przetestowane już w poprzednim rejsie, to czytnik ebooków. Poza tym miałem prodiż na kuchenkę gazową! Piekłem sobie ciasta i chleby (śmiech).

Szymon Kuczyński, pierwszy piekarz na oceanie!

Naprawdę lubię jeść, więc z mojej perspektywy to jest coś cholernie ważnego. Jedzenie poprawia mi też humor, co w takim rejsie jest bardzo ważne. Muszę się pochwalić, że na pokładzie miałem bardzo różnorodną dietę, obiady powtarzały się co 10-12 dni, co jest chyba lepszym wynikiem niż na lądzie. Poza tym chleb z chrupiącą skórką to naprawdę było to coś! Natomiast z rzeczy oczywistych nie miałem odsalarki, po prostu zabrałem wodę. Jedna odsalarka to mało, bo jak się zepsuje to kończysz rejs, dwie już lepiej, ale to też nie daje ci pewności. Trzy to byłaby optymalna liczba, jednak koszt też już dużo większy. Więc skoro mogłem zmieścić wodę na łódce, która kosztowała mnie 500 zł, to decyzja była prosta.

Co dalej? Podobno chcesz wystartować w topowych projektach oceanicznych?

Następnym naturalnym krokiem jest start w Mini Transat 2021, łódka podobnej wielkości, jednak tutaj budżet wynosi już 150 tys. euro, co na polskie warunki nie jest już małym budżetem. Sam koszt łódki wynosi kilkadziesiąt tys. euro, a druga sprawa to logistyka. Tutaj już ciężej znaleźć oszczędności, oczywiście nie trzeba mieszkać w hotelu, można na łódce itd., ale to już zdecydowanie inny poziom.

Widzisz szanse realizacji?

To jest plan. Wystarczy znaleźć sponsorów z zasobnym portfelem, już nie tych, którzy zapewnią wsparcie techniczne i elektroniczne. Potrzebny jest ktoś kto wyłoży pieniądze na zakup łódki i całą logistykę. Żeby sensownie wziąć udział w tych regatach trzeba skupić się już tylko na pływaniu, a nie zaprzątać sobie głowę sprawami wokół projektu. Te koszty są wielkie, mimo że Mini Transat w porównaniu do innych żeglarskich projektów jest tani. Na pewno byłby to krok w stronę prawdziwego  żeglarstwa zawodowego.

Tym rejsem na pewno udowodniłeś, że posiadasz odpowiednie umiejętności szkutnicze, samozaparcie i determinację, pisały o tobie nie tylko polskie, ale też angielskie, francuskie i włoskie media. Myślisz, że to wystarczy, by zdobyć sponsorów i wkroczyć do wielkich żeglarskich projektów regatowych?

Faktycznie, przypłynąłem 2-3 dni przed ślubem książęcej pary, a wylądowałem na czwartej stronie Timesa. Z kolei według francuskich mediów ten wyczyn był jednym z trzech najważniejszych w tym sezonie, zaraz obok wyczynu Gabarta i Volvo Ocean Race. Problemem jest to, że w Polsce jest jeszcze stosunkowo mało firm, dla których ma znaczenie moja rozpoznawalność za granicą. A u nas jak wiemy żeglarstwo się nie sprzedaje. Faktycznie, gdybym był z innego kraju, sytuacja mogłaby wyglądać zgoła inaczej (śmiech).

A plany na najbliższe miesiące?

Zdecydowanie pociąga mnie morze, lubię samotne pływanie, długie i szybkie, więc teraz ciągnie mnie też w stronę regat. 

Będziesz się ścigał?

Taki mam plan. Łódka wymagała trochę odświeżenia, kosmetyki, pojawiły się też nowe żagle. Pierwszy start mam już za sobą. W Górkach Zachodnich zajęliśmy drugie miejsce w wyścigu B8 rozgrywanego w ramach Nord Cup. Zgłosiło się 16 jachtów, wystartowało 11, a ukończyły 3, w tym mój. Duży 46 stopowy Dehler, prawie 13 metrowa Oceana i 21 stopowy Puffin, a reszta jachtów, wszystkie większe od mojego, wycofały się z wyścigu, więc potencjał jest.

Rozmawiając z tobą odnosi się wrażenie, że odbiegasz od większości polskich żeglarzy. Sorry, ale jako jeden z nielicznych nie obiecujesz wielkich wyników i przysłowiowych gruszek na wierzbie, tylko bierzesz łódź, płyniesz i realizujesz. Wbrew pozorom to może właśnie skromność jest kluczem do żeglarskiego sukcesu?

Może. Chociaż z drugiej strony może właśnie to nie pozwala mi zdobyć finansów na większe projekty. Zobaczymy jak będzie, nie mam akurat nic do stracenia. Pływać będę na pewno, kwestia tego w jakim stylu. Może to skończyć się też tak, że z moich projektów i marzeń ze względów finansowych nic nie wyjdzie, ale wtedy wsiądziemy sobie z dziewczyną na 10-12 metrową łódkę i popłyniemy w świat.

 

Szymon Kuczyński (15 października 1980) pochodzi z Sulechowa, z wykształcenia technik obsługi portów. Pomysłodawca i główny organizator projektu Zew Oceanu, w ramach którego realizuje wyprawy żeglarskie małymi jachtami. Zaczynał od budowy sklejkowej setki w małej krakowskiej kawalerce i od udziału w regatach Setką przez Atlantyk. Dwa razy opłynął świat jachtem „Atlantic Puffin”, który dziś ma już na liczniku ponad 72 800 mil morskich. Pierwszy – trasą ze wschodu na zachód, z postojami i przez Kanał Panamski. Drugi – drogą na wschód wokół trzech słynnych przylądków: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Horn. Trasę z Plymouth do Plymouth pokonał w 270 dni, 10 godzin i 29 minut. Wyruszył 19 sierpnia 2017 roku. Pokonał 29 044 mile morskie ze średnią prędkością 4,5 węzła. Schudł ponad 10 kg, przeczytał 143 książki i na dziewięć miesięcy zapomniał o lądowym świecie, a wszystko najmniejszym jachtem w historii żeglarstwa.

 

 

Autor

galeria