KARAIBSKA MOZAIKA

Autor:
AGNIESZKA OLSZEWSKA

Przejść się po wąskich uliczkach wypełnionych kamieniczkami w kolorach tęczy, wskoczyć do kryształowo czystej wody, zobaczyć na własne oczy scenerię z Piratów z Karaibów lub po prostu zrelaksować się na gorącej, białej plaży w cieniu palm? Nigdy nie prowadziłam notatek z podróży,  jednak tym razem przez chwilę było inaczej.

Karaiby, a szczególnie Małe Antyle, to prawdziwy raj dla żeglarzy: pomyślne wiatry, wysokie temperatury, krystalicznie czysta woda, błękitne laguny kuszące kolorami raf koralowych i obfitością podwodnego życia, tropikalna zieleń, rum prosto z destylarni, egzotyczne wyspy i wiele miejsc do cumowania, w zależności od upodobań – w gwarnych portach lub odludnych zatokach.

Bliżej niż się wydaje

Fort de France, stolica Martyniki. Wylądowaliśmy. Czarter dopiero jutro. Ufff, jak gorąco! No tak, niby człowiek wie, że „tu” jest ciepło, ale ciężko zapomnieć, że „tam” zima w najlepsze. Zmęczeni kilkunastoma godzinami podróży dowlekliśmy się do postoju taksówek, dotarliśmy do hotelu i z dziką rozkoszą skorzystaliśmy z dobrodziejstw łazienek, a później z hotelowego basenu. Nie tracąc czasu, ruszyliśmy na północ Martyniki. Oddaliliśmy się od wybrzeża i w miejscowości Balata, podziwialiśmy kościół, który był dokładną kopią Sacre Coeur w Paryżu. Brakowało mu tylko spektakularnych schodów przed wejściem jakie ma oryginał, ale widok był równie piękny. Dalej na północy zatrzymaliśmy się w Jardin de Balata. Jest to tropikalny ogród założony przy kreolskiej rezydencji. U wejścia witają gości najprawdziwsze kolibry! Dalej jest już tylko piękniej. Zwiedzających prowadzi niepozorna ścieżka, która ma wiele rozgałęzień i często niespodziewanie się kończy. Rośliny są pięknie wyeksponowane, w głowie kręci się od zapachów i kolorów. Wielką frajdę sprawiało nam odnajdywanie okazów, które do tej pory znaliśmy jedynie w postaci doniczkowej z mieszkań i biur, a tutaj były to nierzadko drzewa lub olbrzymie krzewy. Po powrocie do hotelu wraz z załogą postanowiliśmy spróbować smaków tutejszej kuchni. W recepcji zasięgnęliśmy języka, taksówka o umówionej godzinie miała nas zabrać do restauracji, która niby jest niedaleko, ale bezpieczniej tam pojechać niż iść. Odświeżeni, wpakowaliśmy się do busa i dalej jazda na kolację. Jedziemy i jedziemy... wyjechaliśmy nawet z miasta – tylko droga, taksówkarz i my... Co jest!? Zaczęły się nerwowe rozmowy z taksówkarzem, ale on jak dotąd rozumiał po angielsku, tak teraz nie bardzo. Czarne wizje zaczęły nam migać przed oczami, zrobiło się nieciekawie i wtedy po 40 minutach jazdy (niedaleko!) zobaczyliśmy knajpę, nie robiła najlepszego wrażenia. Jednak niepowtarzalny folklor i tutejsza kuchnia zrekompensowała cały ten stres. Przygodo trwaj!

„Respect nature and nature will respect you”

Następnego dnia pojechaliśmy do Le Marin, gdzie mieliśmy odebrać katamarany. Są! Nasz robił wrażenie… był bardzo duży i nowy – Nautitech 47 do ułomków nie należy. Okazało się, że przejęcie jachtu i odprawa, to nie taka szybka sprawa. Zrobiła się godzina 13.00 jak odbijaliśmy w pośpiechu od kei. Obraliśmy kurs na wyspę St.Lucia, a konkretnie na Marigot Bay – plener kilku hollywoodzkich filmów. Podekscytowani, po kilku godzinach pojawiliśmy się u wejścia do zatoki. Zanim zdążyliśmy napawać się oszałamiającymi widokami, otoczyła nas chmara lokalnych łódek. Wisząc na naszych burtach przekrzykiwali się wzajemnie, oferując dosłowanie wszystko: banany, wodę, paliwo, kokosy, rękodzieło z trzciny, paciorki. Takie uroki!

Rankiem część załogi popłynęła nurkować na rafę, a te są tu niezwykle urokliwe. Na chwilę zeszliśmy na ląd, w większości opanowany przez Niemców z pobliskiego hotelu i postanowiliśmy się przejść. Jeden ze starszych miejscowych zagadał nas i namówił na przewiezienie go pontonem na drugą stronę zatoki. Tam nagle zniknął, by po chwili wrócić z kokosami, które nam rozłupał i dał do picia. Niby nic takiego, a jednak człowiekowi od razu robi się błogo. Utkwiło mi jedno ze zdań, które wypowiedział: „Respect nature and nature will respect you”, niby proste, niby oczywiste, a jakże prawdziwe! Chwilę później, po powrocie na jacht prysła nasza szansa na spokojne parę godzin, ponieważ wiatr stężał i zaczęły się problemy z kotwicą. No, za nic w świecie nie chciała się trzymać dna i już! Jak udało nam się wreszcie usiąść i przez chwilę nic nie robić, to odezwał się telefon, że załoga wraca. Takie życie. Wyciągnęliśmy więc tę z trudem rzuconą kotwicę i ruszyliśmy na północ do Rodney Bay. Wydawało się, że wejście do portu to przesmyk szerokości naszego jachtu. Wrażenie dodatkowo potęgował prąd, który się tam tworzył. Wpłynęliśmy jednak bez szwanku, wokół mnóstwo jachtów, ale cisza! Brak tupania po drewnianych pomostach, nawoływania, gwaru z barów i restauracji…

W pobliżu Pitonsów

Bardzo wcześnie rano, nie budząc naszych załóg odcumowaliśmy jachty i wyszliśmy z portu. Cel był dość odległy – Blue Lagoon na południu wyspy St.Vincent. Po drodze na chwilę zatrzymaliśmy się jeszcze przy małej rafie w pobliżu Pitonsów. Petit Piton i Gros Piton to dwa wulkaniczne stożki bardzo charakterystyczne dla krajobrazu wyspy, które wyrastają wprost z morza na niemalże 800 m. Po kąpieli gnaliśmy, żeby zdążyć przed zachodem słońca, a zachody na tej szerokości geograficznej są niewzruszenie wczesne i szybkie. Wywołaliśmy marinę przez radio żeby zapytać o wolne miejsca. Okazało się, że z postoju przy kei nici. Stanęliśmy więc na pięknie położonym kotwicowisku. Po jakimś czasie podpłynął do nas miejscowy. Różnił się od innych tym, że nie był nachalny. Zaczął od tego czy nie mamy śmieci do wyrzucenia, bo ich wyrzucaniem zarabia na życie. Był dość biedny, nie stać go było nawet na mały silniczek do łódki, który był normą u jego konkurencji. Daliśmy mu śmieci razem z kasą za ich wywóz. Zaczął nam o sobie opowiadać i wypytywać nas o różne rzeczy. Kupiliśmy trochę paciorków na pamiątkę i zamówiliśmy lód, który nam później przywiózł. Kazał na siebie mówić „Baby Boy”.

Odliczanie czasu to strata czasu

Podjęliśmy intensywną naukę luzu od miejscowych, wystarczyło na nich popatrzeć i od razu człowiek nabierał dystansu do wszystkiego i wszystkich. Odliczanie czasu, to... strata czasu – to chyba ich motto. Zaczęliśmy zatracać dygot miejski i poddaliśmy się obezwładniającej temperaturze. W oddali na plaży zobaczyliśmy znajomą twarz, to „Baby Boy”, który zbierał muszelki do wyrobu swoich naszyjników. Po zakupach i tankowaniu ruszyliśmy, zgodnie z życzeniami naszej załogi, dalej na południe. Zatrzymaliśmy się w Admiralty Bay na wyspie Bequia. To była jedna z perełek! Uroczy, stary, karaibski charakter. Piękna, długa plaża, palmy jak z obrazka, złoty piasek, woda jak szmaragd – ma-rze-nie! Dotarcie na plażę pontonem było nie lada wyzwaniem. Na falach przyboju ponton zachowywał się jak narowisty rumak, jednak po krótkiej walce, śmiało mogę przyznać, że była to jedna z najlepszych sjest w moim życiu. O zmierzchu ruszyliśmy w drogę powrotną na północ. Do przepłynięcia 90 mil. Z początku zachłysnęliśmy się prędkością, wiatrem i całą tą otoczką towarzyszącą nocnemu pływaniu, ale po krótkim czasie wiatr osłabł tak bardzo, że nasz krążownik ledwo sunął naprzód. Nie pozostawało nic innego jak włączyć silnik. I tak przez całą noc...

Karaibskie wibracje

Nazajutrz, o wschodzie słońca, pojawili się na horyzoncie niespodziewani goście. W blasku promieni, co chwila wyłaniało się kilkanaście łebków. To delfiny! Do tej pory każda próba pójścia po aparat kończyła wizytę tych przesympatycznych ssaków, ale nie tym razem – to chyba magia nietypowego wschodu słońca. Rankiem stanęliśmy w zatoce Marigot du Diamant nieopodal Le Marin. Czas do popołudnia spędziliśmy na kąpielach, dreptaniu po wybrzeżu i miłym nic nierobieniu. Do mariny wpłynęliśmy dzień przed końcem czarteru ze względu na część załogi, która musiała wrócić wcześniej. Na miejscu zastaliśmy już nasz drugi katamaran. Załogi wykorzystały fakt, że mieli pewny grunt pod nogami w postaci pomostów i postawiły na imprezę. Po oporządzeniu jachtu, przygotowaniu przekąsek, wieczór spędziliśmy na naszym drugim jachcie, przegryzając przepyszną pizzę z pobliskiej budki, delektując się ciepłym, karaibskim powietrzem.

 

Rano, już w okrojonym składzie, wypłynęliśmy z portu i stanęliśmy na kotwicowisku w zatoce Cul-de-Sac du Marin, niedaleko ClubMed. Z rekonesansu brzegowego załogi (w całości męskie) wróciły niepokojąco podekscytowane. Tajemnica szybko się wydała. Dowiedzieli się, że niedaleko na plaży w Salines można zobaczyć dużo miejscowych i nie całkiem ubranych piękności zażywających kąpieli słonecznej. Poza tym, że pań topless było tyle co u nas nad Bałtykiem, to miejsce zdecydowanie lepiej prezentowało się z wody. Przeraził nas tłum, którego nie dostrzegaliśmy z jachtu. Mnóstwo straganów, budek z jedzeniem, samochodów. Zupełnie jak w Łebie latem. Zatoka nie nadawała się na nocleg. Kotwiczenie było wykluczone ze względu na bardzo duże falowanie, a jachty raczej odpływały z tego miejsca. Tak więc, kotwica poszła w górę, a silnik cała naprzód, nieubłaganie zbliżał się zachód. Na tor podejściowy wchodziliśmy w ostatnich promieniach słońca. Spowodowało to lekki wzrost adrenaliny, ponieważ do portu wpływa się między rafami! Obyło się jednak bez niespodzianek. Poranna krzątanina i zdawanie jachtu zakończyło się sukcesem. Załogi odjechały do Fort de France, a my zostaliśmy jeden dzień dłużej, żeby pomóc znajomym przejąć ich katamaran i podzielić się wrażeniami z naszego rejsu. Od rana trwało przejmowanie katamaranu, a po zdaniu relacji z naszej wyprawy zostawiliśmy ich sam na sam z wizją wielkiej przygody, z jaką teraz zostawiam was!