Maciej Rutkowski. Polak na fali PWA World Tour

Autor:
Klaudia Krause

- Przez wiele lat byłem najmłodszym zawodnikiem wszędzie gdzie się pojawiłem i wydaje mi się, że był czas kiedy byłem w swoim wieku najlepszy na świecie. W głębi duszy PWA zawsze było marzeniem. Jako dziecko miałem praktycznie obsesje na tym punkcie – mówi Maciek Rutkowski, jedyny polski zawodnik regularnie startujący w PWA. W wywiadzie dla W Ślizgu! opowiada o windsurfingowym zawodowstwie, o tym co jest lepsze - starty w RS:X czy PWA, swoim największym uzależnieniu, prawdziwej mocy oceanu i grande cojones!

„Maciek Rutkowski jest jedynym polskim windsurferem zawodowym” czytamy w nagłówkach, co to znaczy? I dlaczego jesteś jedyny?

Hmm, to może faktycznie średnio fortunne stwierdzenie, ale generalnie chodzi o rozróżnienie między windsurfingiem olimpijskim, którego szczytem są oczywiście igrzyska i klasa RS:X, a windsurfingiem zawodowym, którego szczytem jest PWA (Professional Windsurfers Association). Kiedyś gdzieś ktoś tak powiedział i tak już w mediach zostało. 

No właśnie, jak to się ma do RS:X? Zawodowcem przecież można określić każdą osobę, która zajmuje się wyłącznie sportem, a przede wszystkim z niego się utrzymuje. To właśnie robią czołowi zawodnicy RS:X. Gdzie jest różnica między wami?

Generalnie masz rację, ale historycznie na igrzyskach startowali tylko amatorzy, dla samej idei sportu, a nie dla pieniędzy czy innych korzyści tak jak zawodowcy na innych imprezach. Oczywiście teraz ta linia się zaciera i tylko w niektórych sportach, jak piłka nożna, panuje ten „stary” model. Zawodnicy RS:X oczywiście też zawodowo uprawiają sport. Jest to jednak zupełnie inny sport, niby tu deska i tu deska, ale różnice są ogromne. 

Na przykład?

Zacznijmy od sprzętu: w części „zawodowej” panuje dowolność, a RS:X to monotyp, jedna deska i jeden żagiel na każdy gabaryt zawodnika i każde warunki. My ścigamy się tylko w wietrznych warunkach, mamy limity wiatru i krótką, szybką trasę, bez żadnego kursu pod wiatr, ani żadnej dowolności gdzie płynąć. Przeciętny slalomowiec z PWA waży powyżej 90kg, przeciętny zawodnik RS:X pewnie bardziej w okolicach 72kg. Oni są zdecydowanie bardziej wydolni, my raczej silniejsi, a na pewno bardziej skupieni na aspekcie sprzętowym, bo mamy po prostu prawie nieograniczoną ilość możliwości. A wracając do samej idei i w bardzo dużym skrócie - RS:X to „sztuczny” twór stworzony tylko pod igrzyska, zawodnicy opłacani są z państwowych pieniędzy, żeby wygrywać medale dla swojego kraju. My ścigamy się na sprzęcie, na którym ludzie potem pływają dla przyjemności, promujemy ten sprzęt i jego producentów. Zawody nastawione są pod jak najlepsze widowisko, stąd m.in. brak zasad na trasie. Cały mechanizm jest bardziej, hmmm żeby nikogo nie obrazić, wolnorynkowy i wszystko nakręca się automatycznie. Taki trochę model jak w amerykańskim sporcie typu NBA czy NFL. A RS:X, gdyby wypadł z igrzysk zniknąłby jeszcze szybciej niż się pojawił. Nie do końca wiem do czego te różnice porównać, bo wszystkie porównania, które przychodzą mi na myśl mogłyby zostać odebrane mniej lub bardziej pejoratywnie (śmiech). Prawda jest jednak taka, że po prostu tej klasy nie lubię. Uważam, że jest szkodliwa dla windsurfingu jako sportu, przede wszystkim pod względem wizerunkowym. 

- Szkodliwa? Ja z kolei myślę, że zwycięstwa Polaków w klasie RS:X właśnie chyba służą popularyzacji windsurfingu. Możesz nie lubić RS:X, ale mówienie o szkodliwości to co innego. Wyjaśnij to.

- Jasne. Wizerunek RS:X wpływa chociażby na to, który sport wybiera młodzież. Wpisujesz windsurfing w google’a i wyskakuje ci deska, która bardziej przypomina łódkę i 15-letni żagiel, zamiast uśmiechniętej dziewczyny płynącej w bikini po lazurowej wodzie na Tahiti, gościa na 10-metrowej fali na Hawajach albo ośmiu gości lecących łeb w łeb 35 węzłów do pierwszej boi w slalomie na Kanarach.  Nie zmienia to jednak faktu, że mam ogromny szacunek do zawodników RS:X, bo to naprawdę sportowcy z najwyższej półki. Szkoda tylko, że na igrzyskach nadal panuje ten kretyński XIX-wieczny system jednego zawodnika na kraj, bo moglibyśmy mieć dużo więcej olimpijczyków i dużo więcej medali…

No, z ostatnim zdaniem się zgodzę, ale to już pretensje do MOKL. Startujesz regularnie w Pucharze Świata PWA, czy to taka windsurfingowa liga mistrzów? 

Znów nie brzmi to zbyt dobrze jeśli jesteś RS:X’owcem (śmiech). PWA, czyli Professional Windsurfers Association to organizacja sankcjonująca eventy w 3 dyscyplinach: slalom, freestyle i wave. Jest to liga mistrzów o tyle, że do każdych zawodów zakwalifikowanych jest odpowiednio 64, 48 i 32 zawodników w zależności od dyscypliny. Przykładowo w slalomie jest 48 gości z rankingu i 16 dzikich kart. Żeby taką otrzymać trzeba po prostu mieć wyniki w „niższych ligach”, jak IFCA Grand Prix czy Puchar Europy. Te ostatnie też mają tytuły mistrzowskie i aspiracje, żeby być taką ligą mistrzów, ale standardy sędziowania i nagrody pieniężne są zdecydowanie niższe, więc prawdziwym Mistrzem Świata jest zawsze gość z PWA. 

Dlaczego nie jesteś w kadrze narodowej skoro jesteś jedynym przedstawicielem Polski w PWA?

Mógłbym zadać Ci to samo pytanie! A tak zupełnie poważnie, to rozumiem, że jest jakaś pula pieniędzy z Ministerstwa Sportu, którym dysponuje Polski Związek Żeglarski i rozdaje je tak, jak uważa za stosowne. A, że w RS:X mamy super wyniki to w zupełności rozumiem, że tam idzie kasa. Jedyne czego trochę szkoda to system dofinansowania klubów i punktów za zawody młodzieżowe. To jest naprawdę fajny system, który pomaga wielu dzieciakom odkryć windsurfing. Tylko, że po klasie przygotowawczej Bic Techno większość kończy z pływaniem.  Gdyby była opcja slalomu, to wierzę, że wielu z nich postrzegałoby windsurfing zupełnie inaczej.

A gdybyś miał się znaleźć w kadrze to w jakim miejscu?

Nie wiem dokładnie jak to działa. Jest sekcja windsurfing, ale w niej wszystko idzie na RS:X i klasy przygotowawcze. Slalom dla PZŻ nie istnieje, nie ma go nawet na liście klas. Nawet jakbym wygrał PWA nie dostałbym ani grosza. Bycie w „kadrze” do tego sie sprowadza - do finansowania, a koszulkę z orzełkiem na piersi mogę nosić tak czy siak. 

Czyli można powiedzieć, że jesteś samozwańczym reprezentantem kraju? Tak to rozumieć?

Reprezentuje siebie, ale jestem Polakiem - nie potrzebuje pieniędzy od rządu żeby reprezentować kraj. Samozwańczym to złe słowo. Mam normalnie licencje zawodnika i numer kupiony w PZŻ, ale nie jestem w kadrze, a co za tym idzie - nie jestem objęty programem finansowania. To tylko do tego się w żeglarstwie sprowadza i to jest właśnie różnica między sportem zawodowym, a olimpijskim. Zresztą dla mnie kraj to nie PZŻ. 

Wspomniałeś, że w PWA panuje system „no rules”, o co chodzi? Darwinowskie zasady?

Z zewnątrz tak to wygląda. Prawda jest jednak taka, że nikt nie chce się zderzyć i nikt nie chce wpaść do wody. A tym zazwyczaj kończy się kontakt między zawodnikami. Płyniemy na tyle szybko i jesteśmy cały czas na granicy kontroli, więc każde dotknięcie może spowodować karambol. Przed wprowadzeniem „no rules”, jeśli miałaś prawo drogi mogłaś bez zastanowienia walić w gościa obok i potem przy stoliku walczyć o zadośćuczynienie. A że w slalomie obowiązuje system pucharowy i półfinał nie może odbyć się bez wyników ćwierćfinału itd. to te protesty straszliwie wydłużały rozgrywanie zawodów. Potrafiło wiać cały dzień, a zawodnicy się nie ścigali, bo co wyścig był jakiś protest. Teraz sprawa jest prosta – kto pierwszy ten lepszy. Podnosi to zarówno spektakularność, jak i prędkość rozgrywania zawodów. Oczywiście kraksy się zdarzają, ale jak w wielu sportach wyścigowych jest to po prostu ryzyko wliczone w zawód. Z resztą zrobiłem o tym krótki dokument, wystarczy wpisać w youtube’a „no rules windsurfing” i miłego oglądania! 

Znamy i polecamy! Można pokusić się o stwierdzenie, że to najbardziej brutalna odmiana windsurfingu?

Brutalna to może złe słowo. Za bójki są duże kary finansowe, a my piłkarzami nie jesteśmy, więc nie stać nas na bicie się! (śmiech). Trzeba po prostu podejmować decyzje instynktownie w ułamkach sekund i liczyć, że rywale również nie zrobią nic głupiego. Albo być pierwszym z bezpiecznym marginesem, wtedy nikt nie może Cię dotknąć (śmiech). Ale tak, walka jest, rywalizacja jest, adrenalina jest, wszystko co tygryski lubią najbardziej!

Czasami rozpędzacie się do 60-70 km/h, czy w tej dyscyplinie istnieje w ogóle takie słowo jak bezpieczeństwo? 

Startujesz z najlepszymi gośćmi na świecie, każdy generalnie wie co robi. Fakt, że jeszcze nic groźnego się nie stało wynika właśnie z wzajemnego zaufania i umiejętności zawodników. Oczywiście krew polała się niejednokrotnie, ale wydaje mi się i mam gorącą nadzieję, że na tym się skończy.

Jeśli chodzi o finanse, to windsurfing zawodowy nie jest chyba wspierany w żaden sposób z pieniędzy rządowych czy PZŻ? Jak radzisz sobie z kasą?

Tak jest, od PZŻ nie dostaje ani złotówki. Głównymi sponsorami są producenci sprzętu Gaastra, Tabou i ich polski importer Easy Surf. Dodatkowo za moje podróże odpowiada Into The Void, za ciuchy Quiksilver, a za 4 kółka Hyundai. Także grosz do grosza od sponsorów, plus nagrody pieniężne i jakoś ten budżet się zamyka. Nie ukrywam jednak, że polowanie na sponsora strategicznego trwa – wierzę, że jestem w stanie, wraz z moim małym teamem, zaoferować bardzo dużo. Mam kilka różnych ciekawych projektów rozpisanych i gotowych do wdrożenia. Ekwiwalent mediowy, który generuje co roku jest zdecydowanie większy niż pieniądze, które zarabiam, co chyba jest najlepszym miernikiem atrakcyjności dla potencjalnych partnerów. Staram się ciągle reinwestować, rozwijać się i wierzę, że czas na odcinanie kuponów jeszcze przyjdzie. A jak nie to i tak bardzo mnie cieszy to co robię tu i teraz, więc nie ma czego żałować.

Ok, już zbombardowałam Cię pytaniami technicznymi, więc zacznijmy od początku. Ty – mały blondas, typowy windsurferski look, zrobiłeś spore zamieszanie – swego czasu byłeś chyba jednym z najmłodszych na tak wysokim poziomie w Polsce. Jak to się zaczęło?

Szkoda, że wtedy nie było facebook’a, miałbym pewnie więcej fanek niż teraz! (śmiech). Zaczęło się klasycznie, tata był zapalonym windsurferem, każdy cieplejszy weekend spędzał nad jeziorem, więc nie było opcji, żebyśmy z bratem nie spróbowali. Potem szybciutko wylądowaliśmy na obozie u Mariana Brzozowskiego – ojca seryjnie wtedy wygrywającego Wojtka. Przez wiele lat byłem najmłodszym zawodnikiem wszędzie, gdzie się pojawiłem i wydaje mi się, że był czas kiedy byłem w swoim wieku najlepszy na świecie. I nie chodzi mi tylko o wygrywanie Mistrzostw Świata, tylko ogólne umiejętności windsurfingowe. Jednak mieszkałem w Polsce, chodziłem do normalnej szkoły, pływałem praktycznie tylko w wakacje i ferie – nie myśleliśmy o windsurfingu jako o potencjalnej karierze, nikt nam nie powiedział, że to w ogóle jest możliwe i jak to zrobić, żeby tak się stało. Nawet nie było rozmowy, żeby przeprowadzić się w miejsce, które tę karierę ułatwi. Szczególnie, że nadal wygrywałem międzynarodowe zawody w kolejnych kategoriach wiekowych, ale rówieśnicy byli coraz bliżej, a skok z juniora do seniora okazał się ogromny. Można by gdybać… co by było gdybym wyjechał, ale nie będę tego robił. Normalne dojrzewanie w Polsce, a nawet próba skończenia studiów nauczyły mnie bardzo dużo, a do kariery zawodowego windsurfera i tak udało się dojść, więc absolutnie nie mam na co narzekać! 

Jak znalazłeś się w formule PWA? PWA to od zawsze był Twój cel, czy w grę wchodziły też inne odmiany?

W głębi duszy PWA zawsze było marzeniem. Jako dziecko miałem praktycznie obsesje na tym punkcie. Zbierałem magazyny, katalogi, wszystko gdzie były jakieś zdjęcia i informacje. Mieliśmy na VHS kilka filmów, które oglądałem w kółko jak tylko wyrosłem z bajek (kto ma mój film PWA World Tour ’99 i Namotu Wave Classic, przyznać się!). Jak Internet zaczął być szerzej dostępny ściągnąłem całą bazę filmików manewrów z Continentseven i oglądałem w kółko, wizualizując sobie jak ja to zrobię, gdy wreszcie wyjdę na wodę. Zaczęli mówić na mnie Doktor, bo wiedziałem wszystko o każdym modelu deski, każdym zawodniku, każdym manewrze czy każdych zawodach (przynajmniej tak mi się wydawało!). A jak w 2003 roku jeden z przystanków PWA był w Polsce byłem w siódmym niebie. Był dosłownie miesięczny epizod na RS:X-ie, ale PWA zawsze było tym do czego czułem największe „ciepełko”.

Regularnie startujesz w zawodach. Czy starty to jeszcze fun? Czy po prostu czysta kalkulacja i ciśnienie?

W ostatnich latach było to ciągłe wyzwanie, ciągłe udowadnianie sobie i innym, że potrafię, że mogę potwierdzić te pojedyncze dobre wyniki, które osiągam już od kilku lat całym dobrym sezonem. W tym roku jednak mam zamiar przede wszystkim dobrze się bawić samym ściganiem, każdym heatem, każdym startem, każdym zwrotem, windsurfingiem po prostu. Dać z siebie 100% i zaakceptować wyniki jakie by nie były i nie myśleć o końcowo-rocznym rankingu, kontrakcie na przyszły rok itd. Pozbyć się trochę tego ciśnienia i być tylko tu i teraz. Co wcale nie znaczy, że nie będę miał lekko miękkich nóg, albo „motyli” w żołądku przed pierwszym startem (śmiech).

Na jakim etapie swojej kariery jesteś teraz?

Nie zastanawiam się nad tym. Kariery rozwijają się i kończą w bardzo różnych momentach. Po prostu staram się robić maksimum z danych mi szans i na tym się skupiam. Nie jestem w stanie przewidzieć co będzie za 10 lat. 10 lat temu nie miałem pojęcia, że będę tu gdzie jestem.

Jesteś uzależniony od tego sportu? 

Masz mnie! Czuje się fizycznie chory, jeśli przez zbyt długi czas nie pływam, a psychicznie wpadam w swoisty marazm. Tak chyba definiuje się uzależnienie, mam nadzieję, że po tym artykule nie zostanę wysłany na odwyk! (śmiech) 

Prawie cały rok jesteś w podróży. Jak wygląda Twoja codzienność?

„W podróży” to tylko takie stwierdzenie. Owszem, jestem za granicami kraju, ale całą zimę spędzam w jednym, dwóch miejscach. Wystarczy mi kilka tygodni, żeby w danym miejscu czuć się jak w domu, a na takiej Teneryfie, gdzie spędzam już styczeń i luty piąty raz, moje życie niczym nie różni się od życia w Polsce. Jest tylko cieplej! No może poza nieobecnością rodziny, ale ta prawie co roku mnie tu odwiedza. Cyrk zaczyna się od maja, gdy zaczyna się tour i jak chcesz startować w innych zawodach niż tylko PWA, praktycznie co tydzień jesteś w innym miejscu. Ale to tylko od Ciebie zależy czy ten stan Ci przeszkadza, czy czujesz się w nim naturalnie. Ja staram się po prostu złapać dobry balans między rzeczami „domowymi” typu regularny trening, zdrowe jedzenie i czas na chill, a rzeczami „zawodowymi” typu adrenalina i doświadczenie płynące ze startów czy zarabianie pieniędzy i reprezentacja sponsorów.

Czytałam, że masz złotą zasadę – co najmniej 3 godziny aktywności dziennie?

Pewnie pisałem to jak byłem w jakimś treningowym cugu! (śmiech) Owszem, średnia wychodzi na pewno zdecydowanie wyższa, ale są dni, kiedy po prostu nie jestem w stanie wstać z łóżka i wtedy nie robię nic. Ale takich dni jest pewnie w roku jednocyfrowo, cała reszta trzyma się tej zasady, niezależnie czy ta aktywność to przerzucanie żelastwa na siłowni, wypluwanie płuc na rowerze czy delikatny stretching. 

Maciek, czy to prawda, że masz takie życiowe ADHD? Pływanie, montowanie filmów, tysiąc zainteresowań, a jednak jesteś w stanie sfokusować się na windsurfingu.

Nie lubię nic nie robić, mam wtedy straszne poczucie marnowania czasu. Poza tym zauważyłem, że im więcej robię tym więcej mam energii, a im mniej tym wpadam w większy marazm. A windsurfing? Spędzam tysiące godzin rocznie na wodzie i mi się nie nudzi – czego nie mogę powiedzieć tego samego o żadnej innej dziedzinie życia. 

Niedawno wróciłeś z południowej półkuli z Chile. Przywiozłeś niesamowite zdjęcia i film, to był główny cel tego wyjazdu?

Pojechałem tam przede wszystkim popływać w jednych z najlepszych warunków na świecie. Film i zdjęcia to tylko efekty uboczne. W sezonie wyścigowym dużo jest stresu, czekania, wzlotów i upadków. Wave to bardziej ekspresja, fun w najczystszej postaci, nie ma tam elementu bezpośredniej rywalizacji, bardziej przełamywania własnych barier i synergii z żywiołem, z naturą. Do tego chilijskie steaki z grilla wieczorem, a nawet pierwszy raz w życiu smakowało mi jakiekolwiek wino. Totalna dekompresja, idealna odskocznia od ultra-konkurencyjnego sezonu. Wróciłem gotowy do roboty!

Czasami na wodzie panują ekstremalne warunki, tzw. „pralka”, nie myślisz sobie czasem w duchu – „Rutkowski, ty idioto!”? 

To zdarza mi się myśleć zdecydowanie częściej na lądzie niż na wodzie! (śmiech). Na wodzie raczej nie zdarza mi się panikować, mam na tyle doświadczenia i różnych sytuacji za pasem, że po prostu reaguje, nie myślę za dużo. Szczerze mówiąc czasem wolałbym mieć nawet więcej jaj i rzucać się na warunki czy manewry, które są na granicach moich możliwości. W tej chwili robię wszystko krok po kroku i każda sytuacja wynika z poprzedniej. Czasem chciałbym przeskoczyć kilka tych schodków i zobaczyć co się wydarzy, ale do tego, tak jak mówię, potrzebne są grande cojones (śmiech).

A zostałeś kiedyś tak dosłownie „zmiażdżony” przez falę? Przecież za nią idzie kolejna i kolejna…  

Mój pierwszy raz na tow-in surfingu, w Margaret River w Zachodniej Australii. Margaret River to pierwsze miejsce, w które uderza południowo-zachodni swell rozpędzony przez praktycznie od samej Antarktydy, jakieś 5000 kilometrów. Na tow-in idzie się, gdy fale są za duże, żeby móc złapać je normalnie, przy pomocy rąk. Wtedy na fale wciąga Cię skuter. To był 2012 rok i na surfingu tak naprawdę dopiero zaczynałem cokolwiek ogarniać. Tow-in jednak okazał się super prosty i po dwóch falach wydawało mi się, że jestem królem spotu. Trochę zapomniałem, że fale tego dnia miały 7-8 metrów. Mój partner na skuterze chyba poczuł się podobnie, bo przy najbliższej okazji wciągnął mnie na pierwszą falę 4-falowego setu, a ja czując się pewnie chciałem pojechać trochę radykalniej i się przewróciłem. 

Wtedy zaczyna się walka?

W takich sytuacjach należy pamiętać właśnie, że nie można walczyć, bo i tak się tej walki nie wygra, a traci się tylko tlen. Najstarszy trik big wave surferów jest taki, żeby pod wodą zacząć spokojnie liczyć, bo wydaje nam się, że jesteśmy pod powierzchnią całą wieczność. Zajęło mi dobrych kilka sekund zanim sobie to przypomniałem, potem doliczyłem do 17-stu i dopiero potem znalazłem się w wodzie o wystarczającej gęstości (piana fali po załamaniu to w dużym stopniu powietrze), żeby jakiś efekt przyniosło machanie rękami. 3 duże machnięcia i  już zupełnie bez powietrza znalazłem się na powierzchni. Zdążyłem tylko wziąć jeden duży oddech i już dostałem kolejnego giganta na głowę. Ten sam scenariusz z minimalnie lepszym efektem końcowym. Tym razem udało się wziąć duży oddech i spróbować zanurkować. Zapomniałem jednak, że mam na sobie kamizelkę wypornościową, która jest standardem na dużych falach (w razie utraty przytomności partner na skuterze jest Cię jeszcze w stanie wyciągnąć, zanim do płuc dostanie się za dużo wody), i zdołałem zanurkować może z pół metra, przy czym straciłem kupę energii, więc problem z ilością powietrza był jeszcze większy. 20-30 sekund wydaje się błahostką, ale przy tętnie 180-190 starcza na naprawdę niewiele. Potem jeszcze tylko jedna fala na łeb i już mogłem odpłynąć na bok i dać za fraki wciągnąć się na skuter. Poczułem prawdziwą moc oceanu. 

Czy w Polsce mamy dobre warunki do uprawiania windsurfingu?

Nigdzie na świecie nie widziałem lepszego miejsca do nauki niż Hel. Potem jest naprawdę nieźle na całym wybrzeżu, niestety windsurferzy kurczowo trzymają się zatoki i jezior, mimo iż w Ustce, Łebie czy w Zachodniopomorskiem pływać można zdecydowanie częściej. Oczywiście brakuje nam regularności i cieplejszych miesięcy zimowych, ale naprawdę nie jest źle.

A Twoje ulubione spoty?

Ustka w dobry dzień jest naprawdę super, niestety takie dni liczy się w roku na palcach jednej ręki. Miałem to szczęście, że dotarłem już do wielu rewelacyjnych spotów na całym świecie, wspomniane Chile, Zachodnia Australia, Cabo Verde, Kanary, RPA, Brazylia. A to przecież tylko obszary, na których znajduje się często naście dobrych spotów. Ciężko wybrać ulubione dziecko! (śmiech)

Jak wygląda Twój terminarz zawodów na sezon PWA?

Mieliśmy zacząć 8 kwietnia w Marsylii, ale wycofał się tam sponsor, więc zaczynamy w Korei 1 maja. Potem od razu Japonia, szybki powrót do Europy i Costa Brava. W nasze wakacje za dużo się nie dzieje, ale lipcowa Fuerteventura to chyba najbardziej prestiżowy przystanek touru. Potem we wrześniu i październiku Dania oraz niemiecki Sylt i kończymy w Nowej Kaledonii w listopadzie. Dziury pozapycham zawodami IFCA w Holandii, Francji, Chorwacji i na Azorach oraz krajowymi imprezami. Za dużo wolnego nie będzie, ale jak już wspomniałem, nie lubię się nudzić. 

Co jest twoim aktualnym celem?

Wykrzesać z siebie 100% w każdym pojedynczym wyścigu sezonu 2017.

A marzeniem?

 

Do końca życia bawić się tak dobrze, jak bawię się teraz!