Małgorzata Białecka ZAWSZE MUSZĘ WYGRYWAĆ!

Autor:
Klaudia Krause

- Bardzo wkręciłam się w kolarstwo, triathlon, dwa razy wystartowałam w zawodach Half IronMan, w których stawałam na podium. Jedną nogą byłam w tym triathlonie, ale wtedy podjęłam decyzję, że stawiam wszystko na windsurfing – mówi Małgorzata Białecka. Fanka teatru, kawy i owoców morza, pogromczyni serii niefortunnych zdarzeń, a przede wszystkim aktualna Mistrzyni Świata w klasie RS:X. Nasza wielka nadzieja na olimpijski medal w Rio de Janeiro.  W  ekskluzywnym wywiadzie dla magazynu „W Ślizgu!”.

 

 

Jesteś sprawczynią jednej z największych tegorocznych sensacji sportowych. Z udziału w Igrzyskach Olimpijskich wyeliminowałaś brązową medalistkę z Londynu – Zofię Noceti - Klepacką.

Nikt w zasadzie nie brał takiej możliwości pod uwagę. W naszym sporcie Zosia faktycznie była niezwyciężona i to zawsze też trochę nas frustrowało, mnie i inne dziewczyny z kadry. My pływałyśmy cały sezon, ciężko trenowałyśmy i dawałyśmy z siebie wszystko a tu przychodziła dziewczyna, dwa miesiące  porodzie, która wydaje się nie do końca przygotowana i rozwala całą stawkę. Wtedy pojawia się taka myśl: albo coś jest z nami nie tak, albo coś jest z tym sportem nie tak. Może to była też taka psychiczna bariera, u mnie chyba nastąpiło przełamanie!

Tuż po wygraniu przez Ciebie kwalifikacji słychać było nawet komentarze, że to stało się przypadkiem, że to była kwestia jednego punktu…

Myślę, że swoim zwycięstwem w Mistrzostwach Świata udowodniłam, że to nie była kwestia przypadku. To chyba rozwiało wszelkie wątpliwości wielu osób. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Zrobił się wielki szum, bo Gosia Białecka pokazała, że w sporcie wszystko jest możliwe.

Tak, i to jest w tym wszystkim najfajniejsze! Wszyscy kochają sport, właśnie za tą nieprzewidywalność. 

Klucz do sukcesu?

Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu w moim przypadku jest wielkie zaangażowanie i praca na 100% bez względu na wszystko. Z boku może się komuś wydawać, że stoimy na tej desce i nic nie robimy, ale tak naprawdę to jest ciężka praca i żeby to zrozumieć każdy musiałby chociaż przez chwilę spróbować tego sportu, aby przekonać się jakiej siły i kondycji to wymaga.

Wiele osób podziwia Cię właśnie za tę ciężką pracę, bo jednak trochę czasu minęło żeby się wybić.

Minęło bardzo dużo czasu i sama jestem zaskoczona, że aż tyle wytrzymałam. Konsekwentnie robiłam swoje, byłam uparta i cierpliwie czekałam. Praca jest u mnie zupełnie naturalna. Zawsze ciężko pracuję i muszę się wręcz hamować żeby się nie „zajeżdżać”. Może dlatego wyniki tak późno przyszły. Musiałam się nauczyć słuchać siebie, swojego organizmu, wypracować prawidłowy system działania, kilka razy dotknąć dna, żeby dojrzeć i nabrać odpowiedniego doświadczenia.

Co robisz jak nie pływasz?

Myślę o igrzyskach – cały czas. Generalnie nie da się od tego odejść, w profesjonalnym sporcie jest tak, że za każdym razem, gdy coś robisz musisz myśleć czy to cię do celu przybliża czy może oddala, a może nic nie zmienia. W każdych codziennych sprawach staram się działać tak, aby być w zgodzie z samą sobą. Mogłabym sobie teraz zamówić jakiegoś drinka czy hamburgera, ale jednak wybiorę coś zdrowego, bo wiem, że mój organizm lepiej na to zareaguje. Niby nic takiego, ale trzeba nauczyć się w taki sposób funkcjonować i myśleć o swojej sportowej przyszłości. 

Kiedy, skąd i dlaczego akurat windsurfing?

Zanim zaczął się windsurfing robiłam dużo innych rzeczy. Sport w każdej postaci był zawsze moją pasją. Jestem takim typem osoby, która jak już się czegoś podejmie to daje z siebie wszystko. Nie potrafię się wyluzować, pobiec dla przyjemności, wystartować w regatach bez konkretnego celu, nawet pograć w karty dla zabawy – zawsze muszę wygrywać. Rywalizacja płynie w mojej krwi i nic na to nie poradzę. Najpierw była koszykówka, ale niestety los nie obdarzył mnie odpowiednim wzrostem, więc byłam zmuszona z tego zrezygnować. Zaczęłam kombinować, jeździłam na obozy lekkoatletyczne, pływałam wpław, jeździłam na nartach, łyżwach, pływałam z rodzicami na żaglówkach. Mam dwie siostry i dwóch braci, co ciekawe nikt nie jest w żaden sposób zaangażowany w sport, ale w rodzinie od zawsze panował taki żeglarski klimat. Mój tata pływał na desce. 

No właśnie, to prawda, że pierwszą dechę wystrugał ci tata?

Nie mi, lecz sobie (śmiech). W tamtych czasach tego tak naprawdę nigdzie nie było, tę deskę mamy po dzień dzisiejszy. Jak miałam 13 lat to poprosiłam tatę żeby mnie trochę nauczył, już nie na tej własnej produkcji. Pierwsze kroki stawiałam na Jeziorze Raduńskim. Na początku pływałam z tatą, który z sąsiedniego kajaku mówił mi co mam robić. Był też dzień jak zostałam nad jeziorem sama z mamą. Stwierdziłam, że pójdę popływać. Wypłynęłam na środek jeziora i tak się rozwiało, że nie umiałam wrócić, to był dosłownie moment. Żagiel wpadł mi do wody, nie umiałam płynąć pod wiatr, więc wylądowałam na drugiej stronie jeziora. Wtedy na ratunek przypłynęła kajakiem mama. Nie mieli ze mną łatwo. Zawsze byłam takim małym urwisem, jak było gdzieś drzewo, na które można było wejść to ja oczywiście byłam tam pierwsza.

Potem był Sopocki Klub Żeglarski, sama wpadłaś na ten pomysł?

Mój tata ma bardzo dobrego przyjaciela, z którym kiedyś często pływał na desce w SKŻ, stąd wiedziałam co to jest za klub. Jak już nauczyłam się trochę pływać na jeziorze, to właśnie ten przyjaciel taty stwierdził, że po prostu jestem do tego stworzona. Tata od razu chciał mnie zapisać do klubu, nic innego nie wchodziło w grę. Miała to być odskocznia od szkoły. Miałam 13 lat, na początku w ogóle nie chcieli mnie przyjąć do grupy - to już nie te lata, szybko się jej znudzi, niech idzie do szkółki, weźmie instruktora i zobaczymy. Tata nie odpuścił. Chodziłam przez pół roku do tej najniższej grupy, czyli do UKS-ów. Miałam też z tatą pewien układ – jeśli wygrywam zawody albo zajmuję ustaloną pozycję to w zamian dostaję od niego jakąś część sprzętu. To było motywujące, powoli kompletowałam sprzęt, nie dostałam wszystkiego od razu. W ten sposób nauczyłam się też cieszyć z tych małych rzeczy.

Pierwszy sukces?

Wygrałam w Sopocie Puchar Prezesa Ergo Hestii, w kilku wyścigach pokonałam zarówno dziewczyny, jak i chłopaków. 

Dostałaś wiatru w żagle?

Aż tak łatwo nie było. Późno zaczęłam, dlatego szybko musiałam zmieniać klasy. Następna była Aloha, na której mogłam pływać tylko rok, bo już w zasadzie wychodziła z obiegu. Potem był rok na Mini Mistralu, 2 lata na Mistralu, już w seniorach i w końcu RS:X, wszędzie trzeba było  walczyć o wyniki i miejsce w kadrze.

Był taki czas, że przez kontuzję wypadłaś na jakiś czas z gry. Wyobrażasz sobie jakkolwiek życie bez sportu?

To był bardzo długi okres, cały ciąg niefortunnych zdarzeń, który zapoczątkowała właśnie ta kontuzja. Wcześniej zawsze byłam w kadrze, ale spektakularnych wyników brakowało. Wiedziałam, że pływam na windsurfingu, dostawałam sprzęt, miałam finansowanie, za które jeździłam po świecie, ale tak naprawdę nie mogłam nigdy powiedzieć, że jestem profesjonalnym sportowcem. To jest fajne jak jesteś w liceum, uczysz się, zwiedzasz dalekie kraje, ale potem nagle dochodzisz do takiego momentu, że musisz coś ze swoim życiem zrobić, bo czas płynie, a Ty ciągle stoisz w miejscu. 

Miałaś taki moment, że uciekła ci trochę młodość?

Nigdy nie żałowałam, że trenuję windsurfing, to była najlepsza młodość jaką mogłam sobie wyobrazić, ale bywały ciężkie momenty. Wszyscy dookoła się bawili, wyjeżdżali i ja też czułam, że musiałam na chwilę się oderwać, zmienić towarzystwo. Zawsze uwielbiałam jeździć na nartach, zaczął się boom na wszystkie duże wyjazdy zimowe, pojechałam raz i pokochałam narty na nowo. Wtedy strasznie zafascynowałam się freestylem. Rok później zapisałam się na warsztaty i nauczyłam się kręcić 360. Byłam wniebowzięta! Zajawka na maksa. Był też moment, że pracowałam jako instruktor narciarstwa na Kotlince. To był fajny czas ale wszystko przerwała kontuzja - zerwane więzadła krzyżowe i uszkodzone łąkotki. To było w styczniu 2011, miałam jechać do Livigno na zgrupowanie ogólnorozwojowe, jednak zamiast tam wylądowałam na stole operacyjnym. Byłam operowana w Poznaniu, pięknie mnie poskładali, rehabilitacja była męcząca, ale po 3 miesiącach się pozbierałam, pojechałam na pierwsze zgrupowanie do Francji. Jak już doszłam do lepszej formy zaczęła się druga akcja. Poleciałam na Uniwersjadę do Chin, takie igrzyska dla studentów. Bardzo dobrze mi tam poszło, byłam trzecia, byłam w dobrej formie, cieszyłam się, że wracam. Jednak regaty bardzo mnie zmęczyły. Pogoda, zmiana czasu, ciężkie zawody spowodowały, że się rozchorowałam. Zaczęły się przewlekłe problemy z zatokami. Zaraz po Uniwersjadzie odbyły się Mistrzostwa Europy, gdzie startowałam na antybiotyku, forma beznadziejna. Nie wystartowałam też w Mistrzostwach Polski, ponadto dowiedziałam się od związku, że jestem w kadrze do listopada, więc automatycznie sama muszę sfinansować wyjazd w grudniu na Mistrzostwa Świata do Perth do Australii. Mimo, że miałam już kupiony bilet, nie poleciałam, bo nie byłam do końca zdrowa.

Za własne pieniądze? 

Tak było. Próbowałam się jakoś odbudować, w 2012 r. były igrzyska, o których nawet nie myślałam, chciałam po prostu wrócić do kadry. Los się trochę do mnie uśmiechnął. Dostałam szansę od Maksa Wójcika, który był wówczas trenerem pewnej Amerykanki. Zaproponował mi żebym została jej sparing partnerką i w ten sposób poleciałam na 2 miesiące do Miami. Potem były Mistrzostwa Europy na Maderze, które też finansowałam z własnych środków, wszystko po to, aby zrobić jakikolwiek wynik na kadrę. Byłam całkiem nieźle przygotowana, ale  właśnie tam przytrafiła się największa wtopa mojego życia. 

Mogło być jeszcze gorzej?

Tam obowiązywał system zgłoszeń, w którym trzeba było online wpisać numery seryjne poszczególnych części sprzętu. Jednego dnia regat wygrałam 2 wyścigi i wzięli mnie na rutynową inspekcję sprzętu. Okazało się, że teoretycznie źle wpisałam numer seryjny swojej deski. Komisja złożyła na mnie protest i zostałam zdyskwalifikowana z 8 wyścigów. Nie wiem jakim cudem to się stało, dla mnie cały czas jest to jakiś błąd systemu. Wszystkie marzenia o kadrze, stypendium nagle legły w gruzach. 

Faktycznie, teraz twoje sformułowanie „seria niefortunnych zdarzeń” nabiera sensu…

A to jeszcze nie koniec… Nie poddałam się, prosto stamtąd pojechałam do Kadyksu na MŚ. Wygrywałam wyścigi treningowe, jednak warunki na zawodach całkowicie mnie sparaliżowały. Wiało niemiłosiernie, były dni że wiało 30-40 węzłów, połowa zaplanowanych wyścigów nie odbyła się. Dwudziestokilogramowe deski RS:X fruwały na slipie. Straszny dym! Nie udało mi się z tego nic wycisnąć. Potem były igrzyska i weszła decyzja o zamianie windsurfingu na kite’a.

Myślałaś żeby szybko się przerzucić?

Nie miałam pieniędzy, nie miałam wtedy w zasadzie nic, nikt nie miał podstaw żeby wziąć mnie kadry nawet na wniosek. Wtedy pomyślałam, że to naprawdę koniec, że trzeba zacząć normalnie żyć. To był chyba najgorszy moment w moim życiu. Odpowiadając na wcześniejsze pytanie – nie, nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Różne rzeczy robiłam, pracowałam w sklepie windsurfingowym, trochę pływałam na wavie, ale brak adrenaliny związanej z zawodami spowodował, że dostawałam białej gorączki. Klasa RS:X wypadała z igrzysk, ale rozegrano jeszcze ostatnie Mistrzostwa Polski, które niespodziewanie wygrałam. To pozwoliło mi dalej kontynuować karierę. Miesiąc później okazało się, że RS:X jednak będzie dyscypliną olimpijską i w ten sposób, byłam z powrotem w kadrze. Miałam dobre momenty, wiedziałam, że fizycznie jestem lepiej przygotowana niż inne dziewczyny w stawce, jednak nie przekładało się to na wyniki i to było dla mnie najbardziej frustrujące. Przez to zaczęłam bawić się w inne sporty. Bardzo wkręciłam się w kolarstwo, triathlon, dwa razy wystartowałam w zawodach half IronMan, w których stawałam na podium. Jedną nogą byłam w tym triathlonie, ale wtedy podjęłam decyzję, że stawiam wszystko na windsurfing. Ostatni rok do igrzysk, jakbym teraz odeszła to po prostu byłabym głupia, postanowiłam zaryzykować i dać z siebie wszystko, no i w końcu są tego efekty!

To twój czas, wygrałaś Mistrzostwa Świata, niedługo jedziesz reprezentować Polskę na Igrzyskach…

Igrzyska to główny cel na ten sezon, zrobię wszystko żeby się do nich jak najlepiej przygotować.

Jak podsumujesz swój występ w Pucharze Świata w Heyres?

Byłam 11. moim głównym celem zaraz po wygraniu kwalifikacji było Rio, nawet nie Mistrzostwa Świata – fajnie, że udało się je wygrać, ale w tym sezonie najważniejsze są Igrzyska. Do tego Pucharu Świata we Francji podchodziłam zupełnie kontrolnie i treningowo, tutaj też wpływ miało to całe zamieszanie ze sprzętem. Mimo, że jest to klasa monotypowa - wszystkie deski, żagle i inne elementy wyglądają identycznie, to na wodzie zachowują się różnie. Na niektórych deskach pływa się szybciej, na innych wolniej. Te regaty to był najlepszy moment na to żeby sprawdzić sprzęt, startowałam tam na zupełnie innym zestawie niż na MŚ. To nie jest tak, że mi się coś stało, że straciłam formę, tutaj kwestia dotyczyła sprzętu ale takie testy też są potrzebne, bo na igrzyskach może się zdarzyć, że dostanę wadliwą deskę i będę, musiała jakoś sobie z tym poradzić. Z zewnątrz może się to wydawać dziwne – Gosia Białecka Mistrzyni Świata kończy zawody na
11. miejscu, Zosia Klepacka wygrywa.

Pytania są zupełnie oczywiste w takiej sytuacji.

Tak, ale nikt nie bierze pod uwagę, że Gosia Białecka w silnym wietrze, w którym zawsze plasowała się koło 30 miejsca, nagle przypływa wyścigi na trzecim i szóstym miejscu. Za to nikt mi nie pogratulował, to świetne wyniki, ale wiedzą o tym praktycznie tylko moi trenerzy. Dla mnie liczył się ten postęp w silnym wietrze, sprawdzenie siebie, ustawień, a końcowy wynik w tych regatach nie miał praktycznie znaczenia, dla mnie ważne jest Rio – tam ma być szczyt formy i tam ma być dobrze ustawiony sprzęt.  

No właśnie Rio, jesteś wielką nadzieją na medal olimpijski, jak to widzisz? Presja, podekscytowanie?

To jest żeglarstwo, to jest sport, igrzyska składają się z wielu wyścigów. Moją pracą i zadaniem jest to żeby wyjść na wodę i popłynąć dobrze te wszystkie wyścigi, zrobić jak najmniej błędów. Muszę po prostu wykonać plan, pracę, którą mam teraz zadaną i zrobić to najlepiej jak będę mogła. Presję powodują oczekiwania ludzi, na które ja nie mam wpływu. Ja mam wpływ na to żeby dobrze przygotować się do tych igrzysk i to zrobię, a jeżeli to nie wystarczy, żeby przywieźć medal no to trudno.

Jak wyglądają przygotowania przed Rio? 

Mamy jeszcze jedne regaty - Coaches Regatta, które organizują trenerzy w Rio na początku czerwca. Na tamtym akwenie byłam już z 5 razy, jest bardzo specyficzny, chyba najcięższy na jakim kiedykolwiek pływałam. Zatoka Guanabara jest prawie zamkniętym akwenem otoczonym górami. Bardzo dużą rolę odgrywają tam prądy, które są zależne od faz księżyca. Już teraz wiemy jaki będzie kierunek prądu na samych igrzyskach ale do tego jednak dochodzi wiatr, wyspa na środku zatoki i pływające śmieci – można tam znaleźć dosłownie wszystko. Trzeba bardzo uważać na wszelkiego typu zakażenia. Trzeba brać pod uwagę rożne możliwości i mieć dużą wyobraźnię, bo jest to miejsce ciekawe, ale i niebezpieczne.

W sesji dla W Ślizgu! jesteś wystylizowana bardzo kobieco. Jak się czujesz w takiej odsłonie? 

Wbrew pozorom uwielbiam chodzić w szpilkach, ale niestety nie mam na to czasu. Pływanie na desce to zupełnie inny styl życia. Jednak jak jest jakakolwiek okazja żeby się wystroić, sukienka, pełny makijaż to jak najbardziej z tego korzystam. Poza tym jak nie robisz tego na co dzień, to jest to bardziej ekscytujące!

W tym całym wirze regat czasami masz chwile żeby odpocząć. Co robisz w wolnych chwilach?

Nadrabiam zaległości towarzyskie, kulturalne. Uwielbiam teatr i dobre jedzenie! Szczególnie kuchnię śródziemnomorską, owoce morza i nie wyobrażam sobie zacząć dnia bez dobrej mocnej kawy. Poza tym jestem bardzo wkręcona w kolarstwo, jeżdżę w amatorskim teamie Trek Gdynia, czasem też startuje w wyścigach kolarskich, jeśli tylko nie koliduje to z Windsurfingiem. Na rowerze trenuje, ale też odpoczywam i się relaksuje, to świetne oderwanie od różnych problemów.

Jak wygląda połączenie życia sportowego z prywatnym? Randki? 

Z chłopakami jest ten problem, że to oni muszą się dostosować do mnie, do mojego grafiku. Uprawiając profesjonalnie sport w ogóle ciężko jest ludzi poznawać. My funkcjonujemy w zupełnie innym schemacie. Normalni ludzie spotykają się np. o 21, piją sobie piwko, winko, imprezują, następnego dnia wstaną, odeśpią na kanapie i nic się nie dzieje. A w naszym przypadku jest tak, że nie mogę iść na trening podmęczona, bo taki trening nie ma sensu. Prosta matematyka, trzeba szanować swoją pracę. Trochę może brakuje mi życia osobistego, niestety coś kosztem czegoś. Mam nadzieję, że mi to nie przepadło.

Gosia rok temu i Gosia dziś, co się zmieniło?

Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko. W końcu mam trochę lepsze wyniki. W funkcjonowaniu nie zmieniło się nic, trenuje tak samo, daje z siebie tyle samo, minimalnie zmieniłam system, więcej odpoczywam i potrafię wykorzystywać energię na to co powinnam, a nie na przypadkowe rzeczy. Teraz Rio jest najważniejsze. Po igrzyskach albo może mi się otworzyć dużo różnych drzwi, albo może się nic nie zmienić, zobaczymy!

Jak długo chcesz pływać?

Nie mam deadline’u i na razie nie chce o tym myśleć. Wiadomo wszystko jest powiązane z finansami. Fajnie byłoby zakończyć karierę jak się jest na szczycie ale np. stypendium można dostawać tylko jak się realizuje program szkoleniowy. Generalnie od żeglarstwa jest ciężko  zupelnie odejść.

Inne klasy żeglarskie?

Chciałabym spróbować może Nacrę 17 w przyszłości, ale na razie ta klasa nie istnieje u nas. 

Program już mamy. Jest więc szansa.

W Polsce jest tylko jedna Nacra olimpijska, czarterowaliśmy ją w 2014 roku. Miałam słaby sezon na desce i próbowałam wtedy swoich sił na tej klasie. Z Tymkiem Bendykiem odbyliśmy kilka treningów, fajnie było. Tutaj najważniejsze jest doświadczenie, musi być doświadczony sternik i sprawny załogant. Ja czuję, że dobrze bym się sprawdziła w roli załoganta. Wtedy stwierdziliśmy, że nie mamy pieniędzy, bo to najdroższa klasa w Polsce, trzeba by mieć, ze trzy Nacry, by skutecznie się ścigać. Nie ma trenera ani innych załóg, by się sparować. To jest może wyzwanie na przyszłość, fajna opcja, by kontynuować żeglarstwo. Z wiekiem doświadczenie przecież się zwiększa.

Czyli możemy liczyć, że Gosia, Mistrzyni Świata w klasie RS:X będzie też mistrzem w klasie Nacra. 

Bardzo bym chciała (śmiech).

No to trzymamy kciuki, póki co za Rio.