Szymon płynie w świat

Autor:
Arkadiusz Kus

Dopiero co przepłynął Atlantyk w zaledwie pięciometrowym (!) jachcie wybudowanym ze sklejki. A już planuje kolejny rejs – tym razem dookoła świata. I znów na bardzo małej jednostce. Szymon Kuczyński, żeglarz nagrodzony tegorocznym Kolosem. 

Szczupły 33 – latek w poplamionych spodniach i niebieskiej koszulce kręci się po pokładzie. Krótkie włosy, okulary, telefon wiszący na smyczy, na twarzy wyraźne skupienie. To Szymon Kuczyński. Jesteśmy w hangarze stoczni Northman w Węgorzewie. Towarzyszy mu dziewczyna, również w roboczym stroju. Kończą właśnie budowę nowego jachtu Maxus 22. Pracują w pośpiechu, bo lada dzień ma odbyć się wodowanie.
– Nazwę go „Atlantic Puffin”. Puffin to po polsku maskonur. To gatunek ptaka, a atlantic jest ich najmniejszą odmianą – wyjaśnia.
Maskonur w kulturze ludów północy uważany jest za pośmiertną postać marynarzy i rybaków, którzy zginęli na morzu. Mieszka m.in. na Wyspach Owczych. Dlatego jacht w swój pierwszy większy rejs popłynie właśnie tam oraz na Islandię.
Wodowanie odbędzie się w Gdyni. Tam też stoi też jego pierwszy jacht „Lilla My”. To dzięki niej zdobył sławę, no i Kolosa, nagrodę podróżników w kategorii żeglarstwo.
– Udało nam się udowodnić, że za niewielką kasę można mieć jacht, który sobie radzi wszędzie. A za niewielkie pieniądze można przepłynąć Atlantyk w jedną i drugą stronę, dużo pozwiedzać i poznać fajnych ludzi – cieszy się.

Jacht z łóżka

Szymon od zawsze marzył o własnym jachcie i żeglowaniu po świecie, ale barierą wydawały się pieniądze. Do czasu aż natknął się na pewien artykuł.
– Przeczytałem tekst o zamierzeniach Janusza Maderskiego, konstruktora, który chce zorganizować amatorskie regaty. Warunek był jeden: można wziąć w nich udział tylko na jachcie własnej produkcji – opowiada Szymon. – To było spełnienie moich dwóch największych pragnień, w dodatku możliwe bez wielkich milionów.
Zabrał się do pracy, a wraz z nim jego dziewczyna Dobrochna Nowak. Pierwsze prace wykonywali w swojej… kawalerce na krakowskim Kazimierzu, potem w szklarni, na Mazurach, a skończyli w Sulechowie. Wszystko trwało 7 miesięcy.
Wciąż szukali pieniędzy. Część materiałów dostali, np. żywice do laminowania od Havel Composites, korek na pokład od SeaCorck. Sporo materiałów było jednak używanych.
– Maszt ma ze 20 lat, a część drewna to resztki z budowy domu. Kilka desek wziąłem nawet ze śmietnika. Nie rozumiem dlaczego ktoś wyrzucił kawałek porządnego łóżka – śmieje się żeglarz. – No, ale udało się.
Budowa kosztowała niewiele ponad 6 tys. zł. Efektem jest bardzo niewielka, ale jak się później okazało – solidna, pięciometrowa „Lilla My”, czyli Mała Mi. Swój pierwszy start zaliczyła podczas Regat Poloneza. Już wtedy zrobiła furorę, a Szymon zajął 7 miejsce w swojej klasie. Mała Mi została najmniejszym jachtem, jaki kiedykolwiek wziął udział w tym wyścigu. To oznaczało jedno – teraz mogą porwać się na nieporównywalnie większą rzecz – przepłynięcie Atlantyku.

Polubił gotowanie

– Podczas rejsu nie ma wiele rzeczy do roboty. Wchodzi się w stały cykl dnia, co godzinę zapisuje pozycję geograficzną, robi przeglądy jachtu i zmienia żagle – wymienia Szymon. – Miałem dużo czasu na przemyślenia i czytanie książek, których zawsze jest za mało. Prawdziwą rozrywką staje się gotowanie. W rejsie przytyłem aż 8 kilogramów. Na trasie, którą płynąłem jest niewiele statków, więc często zmienia się kurs tylko po to żeby komuś pomachać i zamienić kilka słów przez radio VHF.
Rejs zajął żeglarzowi 42 dni. Przez ten czas ani razu nie dopadło go zwątpienie, nawet gdy borykał się z trudnymi warunkami atmosferycznymi. Cały limit niepewności wyczerpał wraz Dobrochną podczas organizacji wypraw. Ostatecznie pokonał trasę 2700 mil morskich, czyli prawie 5000 kilometrów.
Wyczyn jest niezaprzeczalny – niewielu śmiałków zdecydowałoby się na tak odważny krok. Jednak sukcesu nie byłoby bez przyjaciółki Szymona.
– Wcześniej pływałem jako skipper w Chorwacji, na Bałtyku i Morzu Północnym, byłem na Biskajach czy w Norwegii, ale nie odbyłem żadnych wielkich rejsów. Całą wyprawę „Małą Mi” organizowałem razem z Dobrochną, która razem ze mną budowała jacht i zajmowała się logistyką przedsięwzięcia. Dzięki niej m.in. na bieżąco było wiadomo co się dzieje na pokładzie. Lilla My pokonała już ponad 10tys. mil morskich. Z czego ponad połowę przepłynęliśmy we dwójkę – przyznaje żeglarz.

W świat na Maxusie

Szymon przygotowuje się teraz do nowego rejsu – dookoła świata na wspomnianym wcześniej jachcie Maxus 22.
– Wyruszę w niego w listopadzie, ale jeszcze w maju jacht przetestuje Dobrochna i popłynie na Islandię. Ja tymczasem będę przygotowywał się do mojego rejsu – opowiada.
Trasa okołoziemska prowadzić będzie przez Atlantyk, Kanał Panamski, Pacyfik, Cieśninę Torresa, Przylądek Igielny i z powrotem na wyspy Kanaryjskie. Rejs potrwa 1,5 roku – Szymon planuje postoje związane z oczekiwaniem na okresy dobrej pogody.
– Po raz kolejny wyprawę organizujemy sami z Dobrochną, co jest bardzo trudnym zadaniem. Robimy to w wolnym chwilach, a jest to zajęcie na cały etat. Rejs Maxus Solo Around ma pokazać, że można żeglować tanio – nasz budżet jest znacznie mniejszy niż innych okołoziemskich rejsów. Mimo tego nie jesteśmy w stanie sami go sfinansować. Zajmujemy się teraz głównie szukaniem środków na wyprawę. Chcemy też zbierać pieniądze przez crowdfounding za pośrednictwem portalu PolakPotrafi. Mamy nadzieję, że uda nam się zebrać fundusze – w końcu możemy być reklamą, która opłynie cały świat – podsumowuje żeglarz.